Dojrzewać…

To oczywiste, że każdy ma prawo do własnych decyzji, zwłaszcza w tak intymnej sprawie jak rodzicielstwo (dotyczy to zresztą nie tylko nieposiadania dzieci, ale również ich POSIADANIA – czy wiecie, na jakie epitety narażają się ludzie, którzy mają więcej niż dwoje-troje dzieci? „Mnożą się jak króliki!” – to chyba najłagodniejsze z nich. A co komu do tego?!), ale…

1) Stwórca, czy jak kto woli, Matka Natura, nie bez kozery tak to ustalił(a), że możemy mieć dzieci tylko do określonego wieku – i potem nagle kobieta 45-letnia lub nawet starsza domaga się „cudu” od nauki, bo ona chce mieć dziecko! Bo ona wreszcie „dojrzała.” Ona może i dojrzała, ale jej ciało już „przejrzało”…

I czy to naprawdę dobrze, kiedy dziecko ma „dziadków” zamiast rodziców? Myślę, że (mimo wszystko) lepiej nie odkładać takich decyzji w nieskończoność. „Wszystko ma swój czas – i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem” – jak mówi Pismo.

2) Paradoksalnie, świat współczesny, który jest pełen niedojrzałych typów płci obojga (czytałam o takim, który powiedział, że kiedy skończył 40 lat, zrozumiał że jego dzieciństwo już się skończyło! Rozumiecie, dzieciństwo mu się skończyło!!! No, to teraz przez kolejnych 40 lat będzie pewnie nieodpowiedzialnym młodzieniaszkiem? A, co tam – wolno mu! Ustatkuje się chyba po osiemdziesiątce… ) ma istnego fioła na punkcie „dojrzałości.”

Ludzie „chodzą” ze sobą po 20 lat, bo „jeszcze nie dojrzeli” do ślubu – a kiedy już wreszcie do tego „dojrzeją” to na ogół się…rozstają.

Tak samo z dziećmi. Tak naprawdę my nigdy nie jesteśmy na to „gotowi”- dziecko jest zawsze zaskoczeniem, nowością – i wszystkiego uczymy się „w praniu.” „Na narodziny dziecka świat nigdy nie jest gotowy.” – napisała Wisława Szymborska. A więc jeśli czekasz aż będziesz „gotowy”/ „gotowa”, to… możesz się nigdy nie doczekać!

Z wiekiem zresztą jest chyba coraz trudniej. Człowiek nabiera pewnych przyzwyczajeń… I w końcu owocuje to postawami typu: „Kocham swoje życie takim, jakim jest i nie pozwolę sobie go zrujnować ciążą!”

Podobno nasze społeczeństwo musi jeszcze „dojrzeć” do modelu „no kids.” No, tak… A kiedy już wreszcie do tego dorośnie, to zacznie…wymierać?:)

Postscriptum: Badania historyczne dowodzą, że na przestrzeni ostatnich 200 lat „okres dojrzewania” młodzieży wydłużył się o co najmniej 5-7 lat. Wynika z tego, że nieszczęśni rodzice są teraz zmuszeni o wiele dłużej niż przed wiekami znosić kaprysy swoich wiecznie „niedorosłych” dzieci…

Dzieje blogów dwóch…

(Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych z Was, jako moich stałych Czytelników, treść tego posta może się wydawać pełna powtórzeń – postanowiłam jednak i ja odpowiedzieć – przede wszystkim sama sobie – na ważkie pytanie: po kiego mi właściwie to całe blogowanie?:))

Myślę, że blogi to po prostu rodzaj współczesnej „agory” albo Hyde Parku – miejsca, gdzie każdy może „wykrzyczeć siebie”, swoje poglądy i pasje…

Żyjemy w szczęśliwych czasach, kiedy to KAŻDY może zostać pisarzem lub dziennikarzem – zamiast własnego pisma zakładając bloga, co jest dużo prostsze i (na ogół) bezpłatne. Choć z talentem bywa już bardzo różnie.:)

Ale, jak pokazały przykłady choćby Wawrzyńca Prusky’ego czy też (ostatnio) Kataryny, dla niektórych to niewinne z pozoru hobby może się stać całkiem niezłą odskocznią do kariery…:)

O blogach się mówi, blogi się szeroko komentuje, traktuje się je z coraz większą powagą…

A jeśli o mnie chodzi, to pierwszego swego bloga (który już, niestety, nie istnieje) założyłam po prostu „dla wygody” – dosyć miałam odpowiadania na różnych forach i czatach w kółko na te same pytania, dotyczące religii, wiary i Kościoła (wierzcie mi, że są to tematy, które wciąż na nowo rozpalają emocje, choćby były „wałkowane” tysiące razy!). Kiedyś na jakimś forum rzuciłam myśl, że gdyby nawet nie było KK, to ku uciesze internautów należałoby go co prędzej wymyślić. :))

Postanowiłam więc w końcu zebrać w jednym miejscu wszystkie swoje odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, jakie mi przychodziły do głowy. 🙂 Drugi z moich blogów (ten, który właśnie czytacie) powstał, jak wiadomo, kiedy miałam niewątpliwe szczęście zakochać się w P. – i rzeczywiście w początkach służył mi głównie jako rodzaj „wirtualnej spowiedzi” czy też autoterapii: pomagał uporządkować szalejące we mnie myśli i uczucia (blogów tego typu jest w Sieci zatrzęsienie, ale zwykle piszą je nastolatki, ja zaś jestem dorosłą kobietą) – teraz zaś, kiedy to wszystko się już „uspokoiło” – w dużej mierze  wróciłam do dawnej formuły.

Czy zatem bloga pisze się „dla siebie” ? Tak – i nie. Oczywiście, któż z nas nie jest mile połechtany, gdy nasz post zostanie polecony? (Choć dla autora bloga oznacza to zawsze dodatkową „pracę”, związaną z odpisywaniem na nawał komentarzy, które się wówczas pojawiają…) 

Ale z drugiej strony, na pewno nie jest tak, że blogowanie to rodzaj ekshibicjonizmu (jak mi niedawno napisał jeden z moich przyjaciół) –  o ile się pamięta, że jednak nie jest to „pamiętnik pisany do szuflady”. Moje posty na pewno jakoś „odbijają” moje życie i przekonania, ale nie są ich fotograficznym zapisem. Pamiętajcie, że zawsze jest w tym jakiś element (auto)kreacji albo intelektualnej prowokacji…

Poza tym jesteście jeszcze Wy, moi Czytelnicy – i Wasze komentarze niejednokrotnie mnie inspirują albo zmuszają do zmiany poglądów na jakąś sprawę…

Tak więc pisze się również „dla innych” , niekiedy nawet „na specjalne zamówienie”, choć, szczerze powiedziawszy, niezbyt lubię, gdy ktoś próbuje narzucić mi gotowy temat.

Ale kiedy piszecie mi, że to, co tu wypisuję, czemuś służy, jestem naprawdę szczęśliwa…

Nie płakałam po Jacksonie!

Nikt już chyba nie zaprzeczy, że media mają dziś ogromną siłę – kreują własnych „bogów”, własnych idoli (to zresztą ciekawe, że tym samym słowem Biblia grecka określa bożki pogańskie…) i każą nam płakać po ludziach, których znaliśmy tylko ze szklanego ekranu – nam, którzy nierzadko nawet nie wiemy, że za ścianą umiera nasza sąsiadka…

Tak było niegdyś z księżną Dianą – i tak jest ostatnio z Michaelem Jacksonem (1958-2009).

Tak więc nawet niespecjalnie się zdziwiłam, gdy na fali tej ogólnoświatowej histerii zaczęto już nawet mówić o „pokoleniu MJ” – a młodzi fani ze wzruszeniem wyznawali do kamery, że piosenki Jacko były dla nich duchowym drogowskazem. No, cóż – każdy ma takiego guru, na jakiego sobie zasłużył…

Nie płakałam po Michaelu Jacksonie (po papieżu też zresztą nie płakałam – w ogóle nie umiem płakać na zawołanie), choć było mi szczerze żal tego skrzywdzonego przez ojca utalentowanego chłopca, który nigdy nie dorósł i który tak usilnie szukał własnej twarzy, że aż ją… stracił (i to zupełnie dosłownie).

Czy to jednak wystarczy, aby ogłaszać go „świętym” autorytetem młodzieży? Czy jego życie naprawdę powinno stanowić dla kogokolwiek wzór do naśladowania, czy może raczej… przestrogę?

Postscriptum: Tymczasem „prasa kolorowa” doniosła, że „kochający dziadek” już planuje zrobić z trójki dzieci Michaela takie same maszynki do zarabiania pieniędzy, jakie wcześniej zrobił z własnych… Jest to, przypominam, ten sam człowiek, który w powszechnym przekonaniu odpowiada za problemy emocjonalne swego syna… I co za kretyn powierzył mu kolejne dzieci?!