Czy powinnam „wypisać się” z Kościoła?

Wielu ludzi sądzi, że jeśli ktoś nie spełnia absolutnie wszystkich wymogów, jakie powinny obowiązywać „dobrego katolika”, to najuczciwiej by zrobił, wypisując się z tego interesu na dobre.

Myślę jednak, że to nie jest aż takie proste…

Ja na przykład (jak wiadomo) jestem żoną byłego księdza, ALE MIMO TO nigdy nie przestałam wierzyć w Boga i w większość rzeczy, których naucza Kościół katolicki. Na przykład, jeśli chodzi o stosunek do kary śmierci, to jestem zdecydowanie PRZECIWNA (podobnie, jak w przypadku aborcji), a do spowiedzi nie chodzę wyłącznie dlatego, że obecnie nie mogę otrzymać rozgrzeszenia.

Waszym zdaniem, powinnam się już „wypisać” czy jeszcze nie? 😉

Myślę, że to jest tak – NIKT z nas nie jest „w porządku” wobec wszystkich przykazań Bożych i kościelnych – i Bóg to wie. Jednak w tym wszystkim próbujemy jakoś ocalić coś, co jest dla nas ważne i piękne – choćby to była tylko świąteczna tradycja.

I ja także, we własnej sytuacji, staram się ocalić swoją wiarę, albo przynajmniej jakieś jej „ułomki” – i to także Pan Bóg widzi.

A co jest w tym wszystkim najważniejsze? „Tak więc trwają – wiara nadzieja i miłość – z tych zaś największa jest miłość.”

Por. też:Dlaczego nie zostanę protestantką?”

 

Rodzina, ach rodzina…

Niedawno przez blogi przetoczyła się dyskusja, czy rodzice powinni uczestniczyć w podejmowaniu osobistych decyzji przez ich dorosłe dzieci.

Pewna współczesna mistyczka twierdzi, że w piekle jest wiele kobiet, które się potępiły, ponieważ wtrącały się w małżeństwa swoich dzieci…

A ja myślę, że różnie to bywa – są takie „dzieci”, które posłuchały rodziców i teraz żałują, a są i takie, które nie posłuchały i…też żałują! Znałam faceta, który się nie ożenił dlatego, że żadna kandydatka nie wydawała się dość „dobra” jego siostrom – ale znałam także dziewczynę, której sama matka jej „ukochanego” perswadowała (to prawdziwa rzadkość!), że chociaż ona sama go urodziła, to jednak widzi, że jest nic niewart – i jakże później ta kobieta musiała żałować tego „piekła na ziemi”, jakie sobie zgotowała własnym wyborem…

Najmądrzejszą postawę w tej sprawie przyjęła chyba moja śp. Babcia, która mówiła swoim pięciu córkom: „To Twój mąż i Twój wybór – to nie ja będę z nim żyła, tylko Ty!” Niestety, jedynemu (i najmłodszemu) synowi postanowiła „dopomóc” w ożenku – i to zdaje się nie był najszczęśliwszy pomysł, ponieważ tamta dziewczyna wyszła za niego chyba tylko po to, „by nie zostać starą panną.”

Ja sama zaś – jak wiadomo – jestem osobą niepełnosprawną, a w przypadku takich osób temat „miłość/seks/małżeństwo” w ogóle nie istnieje w świadomości rodziców. Tak więc, gdy związałam się z P., nie tylko nie „konsultowałam” z nikim (poza moim spowiednikiem) tej decyzji, ale nawet nic nikomu nie powiedziałam… 🙂 To była moja jedyna szansa na własne życie – i zdecydowałam się ją wykorzystać bez oglądania się na rodzinę… I wcale tego nie żałuję!

Por. też: „Inna Wenus?”

Kościół (księdza) Obirka.

Dopiero niedawno przeczytałam książkę „Przed Bogiem” – wywiad Andrzeja Brzezieckiego i Jarosława Makowskiego z byłym jezuitą, Stanisławem Obirkiem (wyd. WAB, 2005 r.), który wsławił się m.in. krytyką niepohamowanej polskiej „wojtyłomanii.”

Przedstawia on tam własną wizję Kościoła, w którym można myśleć i stawiać (nawet niewygodne) pytania; Kościoła,który jest otwarty na dialog z inaczej myślącymi (bardziej, niż na ich „nawracanie”) i zdolny prawdziwie przyznawać się do błędów – i konstatuje, że niestety nie znalazł takiego, będąc księdzem i zakonnikiem – ja wciąż jeszcze wierzę, że kiedyś się taki stanie…

A otuchą w tej kwestii napełnił mnie przeczytany również całkiem niedawno wywiad z wiekową francuską zakonnicą, s. Emmanuelle („Mam sto lat i chciałabym Wam powiedzieć…”, wyd. Esprit, Kraków 2009), która całe swoje długie życie poświęciła najbiedniejszym z biednych, pracując m.in. w slumsach w Kairze – a sam prezydent Sarkozy wyrażał się o niej z najwyższym uznaniem.

Otóż ta niezwykła kobieta, pracująca w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej z Syjonu (które działa aktywnie na rzecz pojednania chrześcijan i Żydów), przyznawała otwarcie, że zawsze była niezależna, pełna radości życia, chętnie szastała pieniędzmi, lubiła chłopców i taniec. Nigdy też nie żywiła szczególnego nabożeństwa do cierpienia i umartwień.Do tego stopnia zdawała się nie przystawać do stereotypu „potulnej zakonnicy”, że nawet jej własna matka była święcie przekonana, że się po prostu… nie nadaje. A jednak…

To właśnie ta „nieokiełznana” Emmanuelle pisze z Kairu list do Jana Pawła II dotyczący warunków życia w slumsach, (gdzie 12-13-letnie dziewczynki zachodzą w ciążę, często wskutek kazirodztwa) i prosi go o przemyślenie stanowiska w kwestii antykoncepcji w takich wypadkach – i nie zraża jej nawet milczenie Watykanu. (Dosyć roztropnie stwierdziła, że zapewne takie „ustępstwo” w jednej części świata mogłoby łatwo spowodować antykoncepcyjną burzę w Europie, gdzie sytuacja jest zupełnie, ale to zupełnie inna…)To ona mówi, że „pożądanie” między kobietą a mężczyzną, tak silnie piętnowane od początku dziejów chrześcijaństwa, może być rzeczą dobrą, jeżeli tylko oboje kochają się nawzajem i prawdziwie szanują. To ona z całą prostotą modliła się w slumsach z wyznawcami islamu (zawsze odróżniając ich od zbrodniczych fanatyków); to ona wreszcie daleka była od „nawracania” swoich niewierzących przyjaciół…

I tak sobie myślę, że – pomimo wszystkich wstrząsów i afer – jest jeszcze nadzieja dla Kościoła, dopóki służą mu tacy ludzie jak ona. Bez względu na wszystko – niezafałszowana Ewangelia Chrystusa przetrwa w ich sercach…