Trzecia „wojna krzyżowa”.

Na początku był krzyż. Krzyż, który po katastrofie z 10. kwietnia ustawili przed Pałacem Prezydenckim harcerze. (Jeśli im wierzyć – tylko po to, aby w ten sposób zwrócić uwagę na potrzebę/konieczność <niepotrzebne skreślić> upamiętnienia stosownym pomnikiem Ofiar tejże katastrofy.Choć mnie się wydaje, że i pomników ci u nas już dostatek…) No, a potem – potem się zaczęło.

Jak zwykle – jedni postanowili zrobić z tego krzyża kolejną „narodową relikwię”, której gotowi są bronić niemalże jak niepodległości. Jeśli o nich chodzi, to chyba zapomnieli, że krzyż jest symbolem miłości do nieprzyjaciół – i z całą pewnością nie powinien służyć do tego, żeby ich nim walić po oczach. Oraz po łbie.

Inni natomiast zwietrzyli w tym doskonałą okazję, by znowu zacząć mówić o tym, jakie to z Polski „państwo wyznaniowe.” No, jasne – Afganistan talibów się chowa. 🙂 Tych z kolei chciałabym zapytać, co w takim razie począć z nieszczęsnym królem Zygmuntem, stojącym jak słup na kolumnie z owym „niepoprawnym politycznie symbolem” od z górą trzech stuleci – było nie było, w przestrzeni jak najbardziej „publicznej”?

  

No, to co? Obalamy, czy wstawiamy do jakiejś kruchty?:)

Nawiasem mówiąc, zawsze mnie uczyli, że krzyż jest znakiem, który powinien ŁĄCZYĆ – człowieka z Bogiem i z innymi ludźmi. Natomiast TEN krzyż, mam wrażenie, nikogo z nikim nie połączy. Prędzej podzieli nas wszystkich na amen.

Z drugiej jednak strony – proszę wybaczyć nieuleczalnej „katolce” – nigdy jakoś nie mogłam pojąć, dlaczego prawo do paradowania nago po ulicy może służyć tylko dobrze idei wolności człowieka – natomiast krzyż (nawet tak niepozorny, jak ten, za którego  noszenie na własnej, prywatnej szyi wyleciał z pracy pewien motorniczy w kosmopolitycznym Amsterdamie) może być dla tej wolności jedynie śmiertelnym zagrożeniem? Zaiste, krucha to musi być wolność…


Postscriptum: Niedawno Szymon Hołownia prosił, by tych ludzi spod pałacu nie nazywać „obrońcami krzyża”, bo w rzeczywistości oni go SPROFANOWALI. I ja się z nim zgadzam. Notabene, ten ich krzyż jest pogański, bo przecież nie pozwolili go nawet poświęcić! Nie rozumiem też, z czego tak się potem cieszyli – wszyscy na tym przegraliśmy, a najbardziej chrześcijaństwo. I kto mi teraz uwierzy, gdy napiszę, że w rzeczywistości krzyż to symbol poddania się i pokory? Widzieliście ją może w tych ludziach?! A te, pożal się Boże, „egzorcyzmy” odprawiane nad młodymi księżmi? Mnie, jako osobę wierzącą, wręcz to przerażało. Na miejscu tych kapłanów (którzy zresztą wyglądali na bardzo zagubionych w tej sytuacji) użyłabym jednak swojej WŁADZY i powiedziała stanowczo: „Ludzie, przestańcie! Dosyć!” Mam wrażenie, że bardzo brakuje nam dzisiaj głowy Kościoła na miarę Prymasa Tysiąclecia…

Bądź dla mnie Skałą zbawienia…

W jednej z książek, którą czytałam, znalazłam piękną legendę o „kamieniu cierpliwości”:

„Taki kamień, który kładziesz przed sobą, i wypłakujesz przed nim wszystkie swoje nieszczęścia, cały swój ból, całą nędzę…któremu powierzasz to wszystko, czego nie śmiesz zdradzić innym… Mówisz do niego i mówisz, a kamień cię słucha, wchłania wszystkie twoje słowa, wszystkie sekrety – aż któregoś dnia wybucha. Rozpryskuje się na kawałki. A wtedy ty  uwalniasz się od wszystkich cierpień, wszystkich zmartwień…”

Jestem chrześcijanką – i było mi dane mieć wiele takich „żywych kamieni” – mądrych i cierpliwych kapłanów, którzy mnie wysłuchiwali z wielkim spokojem, a ich słowa zdejmowały ze mnie ciężar wielu niepokojów. I jakże bardzo teraz mi tego brakuje!

„Tak, to jest kamień dla wszystkich nieszczęśników na tej ziemi…Powierzaj mu swoje sekrety tak długo, aż się rozpadnie…a ty zostaniesz uwolniona od wszystkich swych cierpień.”

Jestem chrześcijanką. Nie będę mówić do martwego kamienia, lecz do”Żyjącego, który mnie widzi.” Będę, jak Jakub, prosić tak długo, dopóki mi, dopóki nam, nie pobłogosławi…

Błogosławieństwo… Czymże jest Jego błogosławieństwo? Czy absolutnie doskonałe ciało mojego synka nie jest nim także? I jego życie, za które byłam gotowa zapłacić cenę swojej wieczności? Wcielona miłość – moja, P. i… Boga? Bo jakże mogłabym przypuszczać, że Bóg nie pragnął narodzin mojego synka? Czy ktokolwiek mógłby go nie kochać?

Dziś jest początek nowego cyklu – cyklu, według którego żyjemy wspólnie z P. Bardzo przyjemna jest świadomość, że nie poprawiamy natury – ale żyjemy według jej praw.

Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego tak wiele kultur i religii uważa ten dzień za początek okresu „nieczystości.” Dla mnie jest to raczej symbol nowego początku.:) I cieszę się, że mężczyzna, którego kocham, dzieli tę wiedzę ze mną.

Oczywiste jest, że ludzie na ogół boją się tego, czego nie rozumieją. A mężczyźni i kobiety często nie rozumieją się nawzajem. Tak więc mężczyźni boją się kobiet (a kobiety mężczyzn:)). Tylko że u nich-przez wieki prawodawców – ten strach przed nieznanym przybierał niekiedy kształt nakazów i zakazów.

Gdybym np. była prawosławna, nie mogłabym teraz stanąć przed ikoną w cerkwi. 🙂

Jak jednak to, co pochodzi z ciała, mogłoby brudzić moją duszę? Nie wierzę w to – zresztą sam Jezus mówił, że jest inaczej (Mt 15,17-20). Nie, nie i jeszcze raz nie! Jestem czysta. Jestem czysta. Przynajmniej jeśli chodzi o to.:) Bo co do reszty, to… jestem szczęśliwa (na ogół).

I zaraz się tu pewnie zlecą różnej maści moraliści, zawsze gotowi przypomnieć mi (jak gdybym sama mogła zapomnieć o tym choć na chwilę:)) jak wielką i straszną „grzesznicą” jestem. I jak ja w ogóle „śmiem” być szczęśliwa?!:)

O, Panie, bądź dla mnie Skałą schronienia…

Cytaty ujęte w cudzysłów pochodzą z książki Atiq’a Rahimi „Kamień cierpliwości” (Nagroda Goncourtów 2008) Wyd. Literackie, Kraków 2009. Polecam!

Oswajanie „Obcego.”

Bardziej ortodoksyjnych Czytelników proszę – w związku z wakacyjnym „sezonem ogórkowym” – o odczytanie tego listu w konwencji „a co by było, gdyby…”

Od: Alba
Do: Czytelniczka

 

Jeśli chodzi o UFO. Wiesz, ja nie traktuję WSZYSTKICH, którzy opowiadają o takich doświadczeniach jako niezrównoważonych psychicznie. Co więcej, uważam, że niektóre z tych relacji mogą być prawdziwe. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że nie wierzyć w możliwość istnienia UFO to ograniczać moc stwórczą Boga, który przecież mógł stworzyć jakie chciał istoty. Oczywiście, jak i w przypadku doświadczeń duchowych, „spotkania trzeciego stopnia” należy podzielić na rzeczywiste, te, które mają jakieś „naturalne” wyjaśnienie (np. pioruny kuliste, testy nowej broni, itp.) oraz będące wynikiem halucynacji czy też złudzenia optycznego.

Niemniej i na urządzeniach obserwatorium astronomicznego jezuitów w Rzymie jest napis, skierowany do „nich” a zaczerpnięty z psalmu: „Przyjdźcie, uwielbiajmy Boga Stwórcę!”:) (por. Ps 95, 6)
Nie wiem, czy wiesz, ale jest nawet dokument Papieskiej Akademii Nauk , który „ich” dotyczy. Mówi się tam mianowicie, że plan Boży, który jest zapisany w Biblii dotyczy tylko planety Ziemia – dla swoich innych dzieci Bóg mógł mieć całkiem inny pomysł, i dlatego nie należy „ich” koniecznie nawracać na naszą religię. (Notabene, m.in takie poglądy głosił niegdyś Giordano Bruno – inne jego zapatrywania były jednak znacznie bardziej dziwaczne:)). Tym bardziej, że – dodają twórczy dokumentu – przynajmniej niektórzy z nich mogą być bezgrzeszni, 'święci’ – mogą być „jak aniołowie” jak „bracia Jezusa.”
Skoro już ustaliłyśmy, że przynajmniej w niektórych przypadkach „oni” mogli nas odwiedzać – spontanicznie rodzi się pytanie, po co? 

I myślę, że są – ogólnie – tylko dwie możliwe odpowiedzi. Albo szukają u nas czegoś, czego im brakuje, albo chcą „cywilizować” biednych dzikusów.

Co do hipotezy pierwszej, istnieją całkiem sensowne teorie mówiące, że na skutek rozwoju technologicznego „oni” utracili jakąś część swego „człowieczeństwa” (jeśli tak można powiedzieć:)) – i dlatego podejmują te wszystkie wyprawy- aby to „coś” znów odzyskać. Może też chodzić o jakąś chorobę, która ich dopadła i na którą lekarstwa szukają w (swojej) przeszłości, czyli u nas. Albo o szukanie nowych terenów do zamieszkania – jeśli ich własne planety są zdewastowane lub przeludnione. W takim przypadku moglibyśmy nawet być zagrożeni „ich” kolonizacją, jak Indianie przez Europejczyków w XVI w.

Co do hipotezy numer dwa to najpierw trzeba by się zastanowić nad teorią, że „kosmici” to my sami, tyle że… z przyszłości. Jeżeli podróże w czasie są możliwe, to załogi „latających spodków” wyprawiają się w przeszłość, w celach badawczych lub dlatego, że chcą nas przed czymś ostrzec.  

Jeżeli jednak trzymamy się hipotezy, że są to raczej jacyś „Obcy”, którzy chcą czegoś nauczyć biednych jaskiniowców (choć kiedy byłam młodsza, oburzała mnie sugestia, że ludzie są „za głupi” żeby mogli SAMI dojść do tego, do czego „inni” podobno doszli bez niczyjej pomocy) to nawet wtedy nie spędza mi to snu z powiek.

Nawet jeśli w swojej „ciemnocie” pomyliliśmy „ich” z bogami czy aniołami, a oni dali nam ogień, koło, Biblię i zbudowali za nas piramidy (w co zresztą nie za bardzo wierzę) – to wcale nie rozwiązuje zagadki, skąd ONI się wzięli – tak więc nie wyklucza to istnienia Boga Stwórcy – a jedynie „odsuwa nas” od Niego o jeden poziom – my nie „znamy” Go bezpośrednio, ale może „oni” Go znają? Możliwe zresztą (cały czas zakładając, że hipoteza, którą wysnuł już wiele lat temu Erich von Däniken – czytałam kilka jego książek – to prawda) że przekazując nam to wszystko „oni” przekazali nam po prostu własną religię, podobnie jak my zrobiliśmy z Indianami. Czy to jednak dowodzi, że ta religia jest „nieprawdziwa”? Moim zdaniem, niekoniecznie.

I jeszcze co do Biblii – poza tym tajemniczym epizodem z „synami Boga, którzy brali sobie za żony piękne córki ludzkie” (por. Rdz 6,2-4) jest jeszcze nie mniej zagadkowy opis u proroka Ezechiela, dotyczący „rydwanu Bożego” – który, jak się dobrze wczytać,  bardzo przypomina jakiś rodzaj machiny latającej. (zob. Ez 1, 4 i nast.) 🙂 Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że CAŁA Biblia mówi wyłącznie o spotkaniach z kosmitami. 🙂 

Mimo że są i na Ziemi grupy ludzi, którzy wierzą głęboko, że kiedyś „przybyli tu z gwiazd”  (nie można mieć żadnej pewności, że nie:)) i pewnego dnia powrócą do domu – albo takich, którzy wprawdzie uważają się za Ziemian, ale sądzą, że kiedyś „oni” zabiorą ich za dobre sprawowanie nie tyle „do nieba” , co w Kosmos. Niektórzy nawet tę wiarę przypłacili życiem – ponieważ powiedziano im, że aby odbyć tę podróż, trzeba „zdjąć” z siebie ludzkie ciało…

Czytałam też kiedyś interpretację tego fragmentu Ezechiela jako wizji padaczkowej proroka – i niestety, należy dopuścić również takie wyjaśnienie. Kiedy miałam zaburzenia świadomości po porodzie wydawało mi się, że opiekujący się mną lekarze to kosmici, którzy zamknęli moją świadomość we wnętrzu gumowej lalki. Doznania, które wówczas miałam, były tak realistyczne, że mogłabym przysięgać, że to, co widzę i czuję, to prawda. Tak, tak – nasza psychika jest równie tajemnicza, jak Wszechświat… 

 

(A tę piękną ilustrację znalazłam na stronie www.adwentysci.pl)