Mity edukacji seksualnej.

Czasami naprawdę myślę, że ten obśmiany „od góry do dołu” pomysł Sowińskiej, by seks był dozwolony „tylko dla dorosłych” (od 18. roku życia) nie jest wcale taki głupi. (Choć wiem, że w praktyce byłby niemożliwy do wprowadzenia w życie..). Bo skoro nie pozwalamy „małolatom” prowadzić samochodu, czy pić alkoholu, to skąd pomysł, że akurat seks to bezpieczna dla nich zabawa? Jak się czyta na różnych forach, co nastolatki wiedzą (a raczej- czego nie wiedzą!) na ten temat, to naprawdę nóż się w kieszeni otwiera.

Jednym z prawicowych „mitów edukacji seksualnej” jest na przykład to przekonanie, że lekiem na całe zło miałoby być kompletne nieuświadomienie i „niewinność” młodzieży. „To jest instynkt – twierdzą – i nie trzeba nic o tym wiedzieć, aby to robić!” Niestety, również i takie podejście i intensywna propaganda abstynencji doprowadziły do wzrostu liczby ciąż wśród nastolatek w amerykańskim „pasie biblijnym.” Wiadomo, że owoc (absolutnie) zakazany najbardziej kusi.

Mam wszakże wątpliwości czy coś takiego jak „zupełnie neutralna edukacja seksualna” w szkołach w ogóle gdziekolwiek istnieje. To, co mówimy (i czego nie mówimy) młodzieży na ten temat, jest zawsze jakoś „skażone” przez nasz osobisty światopogląd. Szczerze wątpię, na przykład, czy edukatorzy z organizacji, która bardzo wyraźnie jest powiązana z producentami pigułek, poinformują uczniów rzetelnie również o ich skutkach ubocznych…

Przeczytajcie sobie np. Raport Pontonu na temat edukacji seksualnej w szkołach – powiedzieć o nim, że jest „tendencyjny”, to za mało.

Ja miałam „przysposobienie do życia w rodzinie” w szkole KATOLICKIEJ, i nikt nigdy nie mówił nam takich bzdur, jak te, o których jest tam mowa, np. że „gwałt to kara za rozwiązłość” a w małżeństwie kobieta powinna „poddawać się mężowi z cichością i pokorą” – broń Boże z przyjemnością, bo to, panie, grzech! 😉

Ale uwaga – w krajach, gdzie „nowoczesna edukacja seksualna” (czy też: instrukcja obsługi prezerwatywy lub pigułki) jest na porządku dziennym (mój francuski kuzyn opowiadał mi, że automat z prezerwatywami pojawił się w jego szkole, kiedy miał 12 lat. Zabrał wtedy jedną do domu i zapytał mamę, co to jest :)) – wcale nie jest lepiej w kwestii ciąż młodocianych matek. W niektórych krajach nieletnie uczennice mogą otrzymać pigułki poronne w szkolnym gabinecie bez wiedzy rodziców – w innych „rekordzistki” mają za sobą nawet po kilka zabiegów, nim jeszcze zdążą zdmuchnąć 18 świeczek na torcie…

Jednym z największych „mitów” jest przekonanie, że tam, gdzie „niezideologizowana” edukacja seksualna jest powszechna, a środki antykoncepcyjne ogólnie dostępne, spada liczba zabiegów przerywania ciąży. Gdyby tak było, pierwsza bym jej z entuzjazmem przyklasnęła. 

Niestety, przykład krajów wysoko rozwiniętych, jak Francja, czy Anglia, nie potwierdza tego. Liczba aborcji utrzymuje się tam od lat na mniej więcej stałym poziomie (choć i sam seks i znaczenie owego „zabiegu” znacznie się przez te lata strywializowały – na zasadzie: skoro „mogę” to zrobić, a prawo mi tego nie zabrania, to znaczy także, że to, w gruncie rzeczy, „nic takiego” , ot, jeszcze jedna, dopuszczalna metoda ANTYKONCEPCJI). 
A więc dokładnie odwrotnie, niż twierdzą działaczki proaborcyjne: rzekomo, jeśli kobietom zezwoli się na przerywanie ciąży praktycznie na każde życzenie, to czując się „bezpiecznie” wcale nie będą chciały tego robić. Nic z tych rzeczy. Rosja, która ma dosyć liberalne przepisy, ma również najwyższy na świecie wskaźnik aborcji: 50 na każdy 1000 kobiet. (I dlatego żadna z owych pań nie krzyczy:”Rosjo, daj prawo do aborcji!” – imperium Miedwiediewa i tak już wymiera – również na AIDS.)

LICZBAMI zresztą manipulują obydwie strony sporu – w krajach, które mają bardziej „restrykcyjne” przepisy aborcyjne, organizacje „pro choice” celowo zawyżają rozmiary „podziemia aborcyjnego” (starając się przy tym usilnie wywołać w nas wrażenie, że cała rzecz odbywa się, jak przed wiekami, w brudnych norach „fabrykantek aniołków” – nie zaś, za sowitą opłatą, w antyseptycznych prywatnych gabinetach lekarzy). Z kolei ich adwersarze z ruchów „pro life” udają, że nie widzą tych wszystkich ogłoszeń o „bezbolesnym wywoływaniu miesiączki”, o czym tu już kiedyś pisałam…

Dr. Bernard Nathanson, który w młodości walczył o liberalizację prawa w USA, a po latach przeszedł na „jasną stronę mocy” tak opisuje tę strategię: „Jeżeli na przykład w całym kraju wykonano 250 tysięcy zabiegów, my mówiliśmy o 2,5 miliona…”

Biorąc to wszystko pod uwagę, prywatnie szacuję liczbę aborcji rzeczywiście wykonywanych w Polsce na jakieś 20-25 tysięcy rocznie. To dużo więcej, niż chcą źródła oficjalne, które mówią najwyżej o kilkuset tego typu przypadkach – ale i znacznie mniej, niż chciałyby nam wmówić organizacje feministyczne, które mówią o 200 tysiącach… 

Nawet przy zastosowaniu implantu antykoncepcyjnego (99,99% pewności) raz na 10.000 przypadków może się zdarzyć, że się zajdzie w ciążę. A więc nawet najdoskonalsza antykoncepcja nie zwalnia nas od myślenia i od odpowiedzialności za drugiego człowieka. I o tym także każda dziewczynka i każdy chłopiec (w ramach edukacji seksualnej) dowiedzieć się powinni. Choć wiem, że ludzie zdumiewająco rzadko stosują się do tego, co wiedzą…

A skąd się biorą te wszystkie problemy? Ano stąd, że nasza biologia coraz bardziej „nie nadąża” za zmieniającą się kulturą – i tak jak przed wiekami, 12-letnia dziewczynka i 15-letni chłopiec mogą zostać rodzicami, mimo że w naszym świecie sami są jeszcze „dziećmi”…

Postscriptum: A ostatnio nawet tak modelowo antyklerykalna gazeta, jak „Nie” (w artykule pod wiele mówiącym tytułem: „Świat się skrobie”) niechętnie przyznała, że pomimo wszelkich antykoncepcyjnych wysiłków spadek liczby aborcji na świecie jest wciąż prawie niezauważalny. 

„Szacunkowe dane mówią, iż w połowie lat 90-tych takich zabiegów było 19,9 mln rocznie, a w obecnej dekadzie – 19,7 mln. Z czego – to oczywiście nadal szacunkowe dane – około 8 milionów kobiet cierpi na komplikacje po zabiegu (…)” (NIE, nr 44/2009). Nie może być! Aż tyle?! A ja, głupia, ciemna dewotka, sądziłam, że aborcja to dziś już rutynowy, niegroźny zabieg, obojętny, lub nawet dobroczynny dla zdrowia…

A i tak cały czas się zastanawiam, czy naprawdę pomiędzy „edukacją seksualną” prowadzoną na zasadzie: „Nie róbcie tego, bo to GRZECH!” a taką, która mówi: „Wiemy, że i tak będziecie to robić i nic nie możemy na to poradzić – więc róbcie to przynajmniej tak, by było higienicznie i bezpiecznie!” NIE MA jakiejś „trzeciej drogi”? „Seks jest rzeczą zbyt ważną i zbyt piękną, żeby uprawiać go byle jak, z byle kim i byle gdzie!” Sama przeszłam właśnie taką…


Sterylizacja jako zbawienie ludzkości…

Coraz częściej podnoszą się głosy, że – za przykładem Wielkiej Brytanii – sterylizacja powinna być w Polsce legalna, dostępna „na każde życzenie” i refundowana z budżetu państwa.

Pominę na razie fakt, że to zakrawa na paradoks, iż – wobec postępującego kryzysu demograficznego – ludzie wciąż myślą tylko o tym, jak by tu NIE MIEĆ dzieci…

Ale coraz większa popularność tego zabiegu świadczy chyba o fiasku tradycyjnych metod antykoncepcji, nawet tych rzekomo „stuprocentowo skutecznych” jak implant czy plaster antykoncepcyjny. Wszystkie one przecież były reklamowane jako niezawodny sposób na wyzwolenie z horroru nieplanowanej ciąży (przecież wiadomo, że nic gorszego, niż „niechciane dziecko” nie może się człowiekowi w życiu przytrafić…) – a jednak, po latach takiej polityki, coraz więcej kobiet jest rozczarowanych tym, co miało im przynieść upragnioną „wolność” – i nie chcą się po prostu dłużej męczyć z tymi wszystkimi hormonami, plastrami i globulkami…

Jak by na to nie spojrzeć, wydaje się, że ludzka płodność jest tak straszliwą i nieopanowaną siłą, że jedynym naprawdę skutecznym sposobem, aby nią kierować, jest…pozbyć się jej raz na zawsze.

Idąc tym tropem, należałoby też powiedzieć, że obcinanie rąk złodziejom (stosowane do dziś w krajach muzułmańskich) jest skuteczną i właściwą metodą walki z kradzieżami, wycięcie łechtaczki zapewnia wierność kobiety w małżeństwie, a zabieg zmniejszania żołądka może z powodzeniem zastąpić dietę odchudzającą i zdrowy tryb życia…

Sęk w tym, proszę państwa, że w każdym z wymienionych przeze mnie przykładów chodzi o bardzo poważne okaleczenie. A sterylizacja, z uwagi na swoją nieodwracalność (i możliwe konsekwencje)  NIE MOŻE być polecaną powszechnie metodą antykoncepcji. 

Sądzę, że powinna być stosowana jedynie w wyjątkowych przypadkach (np. jeśli zajście w kolejną ciążę poważnie zagrażałoby życiu lub zdrowiu kobiety, a inne środki okazały się nieskuteczne), zawsze dobrowolnie (bo obawiam się, że ludzkość wkrótce zacznie tak „uszczęśliwiać” osoby niepełnosprawne lub ubogie) i na pewno nie „na każde żądanie.” (Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie domaga się od lekarzy prawa do obcięcia sobie palca na każde życzenie, prawda?) Sprawa to nazbyt poważna.


A niedawno w materiale TVN24 stwierdzono, że nawet jeśli ktoś po takim zabiegu zmieni zdanie i zapragnie jednak mieć jeszcze dzieci, to w zasadzie… żaden problem, bo zawsze przecież można poddać się zabiegowi…in vitro! Ja najmocniej przepraszam, ale to już chyba jest lekka (?) przesada?

Ale z drugiej strony… Na upartego nawet w Ewangelii można by się dopatrzeć (tak, jak zrobił to m.in Orygenes) swoistej „pochwały” sterylizacji jako swego rodzaju „mniejszego zła”. 😉 Przecież Jezus mówi:


Jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego.” <Mt 18, 8-9>

I tak sobie myślę, że gdyby np. pani Alicja Tysiąc w swoim czasie – zamiast domagać się aborcji – poddała się raczej sterylizacji, oszczędziłaby sobie wielu cierpień i upokorzeń, nad którymi teraz tak ubolewa… Przynajmniej WTEDY dyskusja dotyczyłaby rzeczywiście tylko jej prawa do dysponowania własnym ciałem…


Ki czort – ta „mentalność antykoncepcyjna”?

Proszę mi wierzyć, że doskonale rozumiem, że „zwykłym śmiertelnikom” niekiedy trudno jest wychwycić różnicę pomiędzy osobami, które dla uniknięcia nieplanowanej ciąży stosują metody „naturalne”, a tymi, które w tym samym celu wybierają metody „sztuczne.”

No, bo fakt – sama znałam kiedyś dziewczynę, która tak rygorystycznie trzymała się swoich „rytmów płodności” że prędzej by się mrówki zalęgły u niej w domu, niż by się tam pojawiło jakieś dziecko. A zamiast potomka sprawiła sobie…pieska (typowa hollywoodzka rodzina to wszak ON, ONA i pies, o którego potem toczą się zawzięte boje nawet na rozprawie rozwodowej:)). Pisałam już tu wielokrotnie o tym, że kiedy czytam na forach internetowych, jak mało ludzie wiedzą o tym, „skąd się biorą dzieci” to nóż mi się w kieszeni otwiera.

Na pewnym forum natknęłam się na przykład na chłopaka, który był święcie przekonany, że kobieta, która ma miesiączkę, masowo „morduje własne dzieci.” A pewien dojrzały facet sądził, że podczas zwykłej masturbacji giną miliony zarodków. Z kolei pewna 19-letnia panienka uważała, że do menstruacji dochodzi wskutek pęknięcia jajnika… Na moją uwagę, że to zupełnie nie tak, odparła z wyższością, że ona nie musi tego wiedzieć, tylko lekarz, który jej przepisał pigułki. To dopiero jest prawdziwie „antykoncepcyjna mentalność!”:)

Prawda jest jednak taka, że WSZYSTKIE metody antykoncepcyjne (nawet te „super-hiper-ekstra skuteczne”) czasami „zawodzą” (o ile, oczywiście, nowy człowiek może zostać uznany za „zawód”). I różnica pomiędzy nastawieniem proaborcyjnym i pro life tkwi moim zdaniem właśnie w podejściu do tego faktu.

Alicja Tysiąc w pewnym wywiadzie wyznała, że owszem, zabezpieczyła się, ale „zawiodła” ją prezerwatywa – tak więc ona w związku z tym zawodem uważała, że ma pełne prawo działać dalej po swojemu.

(Od razu zaznaczam, że szczerze współczuję takim kobietom jak ona – choć nie mogę się pozbyć poczucia, że akurat tamta pani za swój uszczerbek na zdrowiu powinna skarżyć nie tyle  państwo polskie, co raczej producentów owych prezerwatyw, którzy z pewnością nadal zapewniają użytkowników o ich stuprocentowej skuteczności – oraz, przede wszystkim, lekarzy, którzy zezwolili na poród naturalny w sytuacji tak poważnej wady wzroku. Niemniej śmieszą mnie trochę jej tłumaczenia, jakoby „nie chciała ciąży, a nie dziecka” – biorąc pod uwagę, że w świecie ludzi narodziny dziecka są naturalną konsekwencją ciąży, a ujmując rzecz czysto biologicznie jej najmłodsza córeczka jest TĄ SAMĄ istotą, której „nie chciała”, tyle że na innym etapie rozwoju – podobnie jak noworodek, który po latach staje się starcem.)

Osobom wierzącym w moim odczuciu, zrobić tego jednak nie wolno, bo (podobno) są to ludzie, w których życiu Bóg też ma coś do powiedzenia. A zatem, skoro myśmy się „zabezpieczyli” po same uszy, a MIMO TO pojawia się nowe życie, no, to je przyjmiemy jako Jego niespodziewany dar… Bo może Ktoś większy od nas obojga postanowił nam je ofiarować – mimo że o nie wcale nie prosiliśmy. Ot, i wszystko.

Chrzestnej matce mojej mamy ciąża „przytrafiła się” w wieku 48 lat, a więc właściwie już podczas menopauzy. Oboje z mężem byli przerażeni. A jednak właśnie to nieoczekiwane dziecko stało się dla nich błogosławieństwem i „podporą w starości”, kiedy jego trzej starsi bracia zginęli w tragicznym wypadku…