Uwolnić sumienie!

W mediach szum: papież wreszcie pozwolił biednym, uciśnionym przez NPR katolikom (innych przecież ten zakaz nigdy nie dotyczył!) na korzystanie z prezerwatyw! Swoją drogą, ta troska o wyzwolenie seksualne „ciemnych katoli” jest doprawdy wzruszająca.

W rzeczywistości Benedykt powiedział jedynie: „W konkretnych przypadkach, kiedy celem jest zmniejszenie ryzyka zarażenia się wirusem HIV, użycie prezerwatywy może być krokiem w kierunku bardziej ludzkiej seksualności.” Wydaje mi się, że jest to krok w dobrą stronę – w inną jednak, niż się na ogół sądzi.

Wcale nie marzy mi się Kościół nauczający: „bzykajcie się z kim chcecie, jak chcecie i gdzie chcecie – byle bezpiecznie i odpowiedzialnie! W prezerwatywie!”

Niektórzy znani publicyści, jak choćby Sam Harris, dowcipkują, że „tak zwanego Boga” nie może aż tak bardzo obchodzić to, „co ludzie robią na golasa.” Jeśli chodzi o goryle i szympansy, piszą, jest oczywiste, że Stwórcy nie interesuje, czy publicznie pocierają genitalia, czy właśnie kryją samicę, czy też są pokrywane. No, cóż – pisze Michael Novak w świetnej książce „Boga nikt nie widzi. Noc ciemna ateistów i wierzących.” – wygląda na to, że od ludzi oczekuje się nieco więcej samokontroli, romantyczności i wzajemnego szacunku. To wcale nie jest kwestia wiary. To kwestia ludzkiej godności.

To prawda, że w nauczaniu Kościoła katolickiego (szczególnie w Polsce) różne kwestie związane z seksem czasami niepotrzebnie przesuwają się z pozycji SZÓSTEJ na samodzielną pierwszą. Grzechem (nawet w świadomości niewierzących!) jest aborcja, in vitro, seks pozamałżeński, masturbacja, a potem… długo, długo nic. A przecież głęboko niemoralna jest również przemoc w rodzinie, wywożenie śmieci do lasu (słynny „grzech ekologiczny” z telewizyjnej reklamy:)) albo dawanie (i branie!) łapówek… Ale nie o tym chciałam.

W moim przekonaniu wypowiedź Benedykta w sprawie prezerwatyw mogłaby stanowić pierwszy, nieśmiały krok w kierunku innej, znacznie donioślejszej reformy.

Chciałabym, aby mój Kościół wreszcie zrezygnował z pragnienia dokładnego i ostatecznego definiowania WSZYSTKIEGO: „stąd dotąd jest grzech, a tutaj już nie!” która to praktyka chce ująć właściwie całe życie bogobojnego chrześcijanina w sztywne ramy zakazów i nakazów – nawet w jego najbardziej intymnych i osobistych aspektach („taki to a taki rodzaj pieszczot jest zakazany nawet w małżeńskiej sypialni!”), nie pozostawiając prawie zupełnie miejsca na własny osąd sumienia.

Marzy mi się taki Kościół, w którym sprawy związane nie tylko z antykoncepcją, ale także np. z leczeniem niepłodności, kapłaństwem czy rozwodami byłyby rozstrzygane nie tyle „z góry”, jednym, ogólnym, nie znoszącym sprzeciwu orzeczeniem („Roma locuta, causa finita!”) ale raczej „z dołu” – w indywidualnych rozmowach z lekarzem, psychologiem i kierownikiem duchowym. Każdy przecież przyzna, że JEST znacząca różnica w ocenie moralnej człowieka, który stosuje środki antykoncepcyjne jedynie po to, by „bez konsekwencji” zaliczać kolejne kochanki, a kobietą, która przy ich użyciu broni się przed mężem, który gwałci ją po pijanemu… W podobny sposób wiele z tych „drażliwych” kwestii rozstrzyga już dzisiaj siostrzana Cerkiew Prawosławna, do której zdrowej doktryny i szacunku dla chrześcijańskiej tradycji mam duże zaufanie.

A wystarczy tylko obudzić sumienie… 🙂

Jak NIE NALEŻY uczyć NPR.

1) BŁĄD „OSÓB PROWADZĄCYCH” – Proszę mi wierzyć, że doceniam i szanuję wybór rodzin świadomie wielodzietnych (jak je nazywam) niemniej sądzę, że dla współczesnego świata, który ocenia „skuteczność metody” głównie według tego, „czy aby na pewno nie będzie z tego bachora” (ciekawe, że nie według tego, do ilu poczęć udało się doprowadzić w przypadkach pozornie „beznadziejnych”) widok pani, która na samym wstępie z uśmiechem oznajmia, że ma ośmioro dzieci, może być raczej odstręczającą antyreklamą.

Podobnie w przypadku, gdy kurs prowadzi para nazbyt wiekowa (z całym szacunkiem dla seniorów, jestem gotowa się założyć, że 5 na 10 osób słuchających wykładu myśli wówczas „Tobie, babciu (dziadku) to już tylko prosić o lekkie skonanie, a nie o seksie nas nauczać!”) – albo przeciwnie, zbyt młoda („A co wy tam wiecie, rok po ślubie, pogadamy za 20 lat!).” 🙂
Odstraszający może być, niestety, nawet sam wygląd par prowadzących – osoby o wyglądzie udręczonych „Matek Polek” lub sióstr zakonnych w cywilu (aczkolwiek osobiście wiele z nich lubię:)) nie nadają się na pociągający przykład do naśladowania dla tych młodych kobiet, które chociaż (z nie zawsze zrozumiałych dla mnie przyczyn) pragną „wziąć ślub w kościele” z samym Kościołem (przez duże „k”) czasami nie miały nic wspólnego od czasów bierzmowania. Albo i Pierwszej Komunii Świętej…
Jacy zatem powinni być ci „idealni” prowadzący? Nie za starzy, ale i nie za młodzi, posiadający jedno, dwoje, a najwyżej troje dzieci (na dobry początek, potem, w ramach tego samego kursu można nawet zorganizować spotkanie z rodziną typu „pięć plus” – ot, tak tylko w ramach obalania stereotypu, że są to „króliki”, co się bezmyślnie mnożą…), wykształceni, uśmiechnięci… Pomarzyć?
2) BŁĄD CZASU I MIEJSCA. 99% „przyspieszonych kursów planowania rodziny” odbywa się, niestety, przymusowo w ramach przygotowań do ślubu kościelnego, gdzieś pomiędzy przymiarką sukni a wynajmem sali – które to elementy „uświęconego obrządku” są oczywiście dla wszystkich o niebo ważniejsze, niż jakaś tam „nawiedzona gadanina.” Nierzadko wtedy szczęśliwa panna młoda jest już w stanie błogosławionym, albo nawet posiada odchowane dziecię. Tacy „starzy wyjadacze” zazwyczaj „wiedzą już wszystko” na temat „tych” metod („Jedna pani drugiej pani powie, że to jest do bani”) a „taktowne” pytania personelu kościelnych poradni, w rodzaju: „Czy pani bada sobie śluz?” mogą zadziałać wręcz traumatycznie. Już chyba bardziej na miejscu byłoby zapytać, czy wybranka lubi sado-maso…;)
Do poznawania metod naturalnych powinno się zachęcać nastolatki jeszcze przed podjęciem współżycia płciowego.W każdej sprawie zawsze lepiej najpierw potrenować „na sucho” – a trening, jak wiadomo, czyni mistrza. Niestety, w ramach edukacji szkolnej i „pozaszkolnej” można co najwyżej usłyszeć że „to” jest (dziewczęta!) potwornie trudne, nieskuteczne i nieodpowiednie właściwie dla kobiet w żadnym wieku i sytuacji życiowej. Przyznacie, że trudno to uznać za zachętę do nauki?
3) NIEDOUCZENIE. Ogromnym, a niestety wciąż jeszcze częstym błędem jest, że niektórzy edukatorzy, zamiast podnosić zalety własnego stylu życia, straszą cudzym, często odwołując się przy tym do nieaktualnych danych (i stąd można się np. dowiedzieć, że pigułki skutkują wysypem kobiet z brodą, a prezerwatywy wywołują impotencję). Tymczasem – jak pisał Szymon Hołownia – nie chodzi przecież o to, by za wszelką cenę udowodnić, że życie z antykoncepcją jest koniecznie „gorsze” – lecz by pokazać, że bez niej może być jeszcze LEPSZE
Zdarza się również, że prowadzący kursy przedmałżeńskie (szczególnie ci starszej daty) uznają prosty „kalendarzyk” za jedyną istniejącą metodę naturalnego planowania rodziny i nic (a przynajmniej niewiele) nie słyszeli o metodzie Billingsów, o różnych wersjach metody objawowo-termicznej, o komputerach cyklu, czy choćby o testach płodności ze śliny. Niewiele też potrafią poradzić w sytuacjach „nietypowych”, takich jak nieregularne cykle,  premenopauza, powrót płodności po porodzie czy trudności z poczęciem. A przecież są to problemy, które dotykają ogromnej rzeszy ludzi!
Przyznaję jednak ze wstydem, że coraz częściej, gdy czytam że „te metody sprawdzają się tylko u kobiet „działających” regularnie jak szwajcarski zegarek” lub, co gorsza, natrafiam po raz tysiąc pierwszy na to „sakramentalne” pytanie: „Jak, do cholery, OBLICZYĆ te dni płodne?” – łatwo tracę swoją ewangeliczną  łagodność (której i tak u mnie jak na lekarstwo, zwłaszcza odkąd nie mogę korzystać z sakramentów -więc się nie dziwcie,  drodzy Czytelnicy, że taka straszna ze mnie zołza…) – i mam ochotę wycedzić przez zęby: „Najlepiej na liczydłach!”
4) MIT HEROICZNOŚCI. Czasami, czytając strony i inne publikacje poświęcone tej tematyce, można doprawdy odnieść wrażenie, że stosujące te metody pary to święci męczennicy, dokonujący codziennie rzeczy, przekraczających możliwości zwykłych śmiertelników. Nie wiem, może taka mitologizacja własnych wysiłków pomaga komuś poczuć się LEPSZYM od ogółu, który takowych nie podejmuje?
Spieszę jednak raz jeszcze zdementować: wiedza o kobiecej płodności nie jest jakąś potwornie skomplikowaną wiedzą tajemną, wymagającą lat studiów i wielogodzinnego wsłuchiwania się we własny organizm („Wiadomo, te baby nie mają nic innego do roboty, to sobie śluz oglądają!”:)). Chociaż przyznaję, że nierzadko słuchając uczonych wyjaśnień tzw. „fachowców” można nabrać takiego przekonania…
Według mnie w każdym razie metody naturalne są dosyć nieskomplikowane, a cały ten „kram” zajmuje mi nie więcej, niż 10 minut dziennie. Przykro mi, ale na dłuższe celebracje naprawdę nie mam czasu.
5) MIT BEZPROBLEMOWOŚCI. W pewnym sensie stanowiący odwrotność poprzedniego. Co tu ukrywać, podobnie, jak WSZYSTKIE inne metody, NPR ma również swoje „skutki uboczne” – i, moim zdaniem, trzeba o nich otwarcie mówić. A najpoważniejszym z nich jest chyba (nie tylko moim zdaniem:)) owa wpisana w samą zasadę konieczność powstrzymywania się od stosunków przez około 1/3 cyklu. (Brzmi to jednak bardziej przerażająco, niż może być w rzeczywistości – w toku wieloletnich obserwacji nigdy nie zaobserwowałam u siebie więcej, niż 11 dni potencjalnie płodnych, a dodać należy, że ja mam zazwyczaj bardzo długie cykle – standardowy okres „posuchy” w większości małżeństw wynosi 7-9 dni w miesiącu).
Myślę, że jest to problem, przed którym nauczyciele metod NPR absolutnie nie powinni uciekać (a niestety często tak czynią). Oczekiwałabym od nich raczej praktycznych – i najlepiej wziętych z własnego życia! – rad, jak sobie z „tym fantem” radzić. UWAGA: porady w stylu „weź szklankę wody zamiast”, albo „zjednoczcie się w swoich cierpieniach z ukrzyżowanym Chrystusem” – jakkolwiek chwalebne, rzadko okazują się przydatne…:)
 

ANEKS z dnia 12 grudnia 2011 roku.

Niedawno stacja HBO2 wyemitowała świetny film dokumentalny o działalności „uświadamiającej” o. Ksawerego Knotza. Szczególnie utkwił mi w pamięci pewien młody żonkoś, który opowiadał uczestnikom zorganizowanych przez „franciszkanina od seksu” rekolekcji:

„Pani, prowadząca nasz kurs przedmałżeński, to była normalna, młoda kobitka – ubierała się w szorty, itd. Ale tego dnia, kiedy miała nam wygłosić wykład o metodach naturalnych, założyła jakąś okropną, workowatą suknię do ziemi.. A z jej skomplikowanego wywodu wynikało, że w całym cyklu są może ze 2 dni, kiedy można współżyć, a i to nie na pewno… Słuchając tego, myślałem sobie: „O czym ona do mnie mówi, w ogóle?!”” Ano, właśnie…

Bezpieczny seks i inne takie…

Nieuchronnie zbliżają się wakacje, i z pewnością, jak co roku, wielu nastolatków straci dziewictwo pod namiotem – i równie wielu edukatorów będzie im zachwalać bezpieczny seks.

Na pewno znowu narażę się komuś tym tekstem (i po co mi to było – nie lepiej to nie ujawniać się ze swymi zaściankowymi poglądami?:)) – chociaż NAPRAWDĘ nie mam nic przeciwko uświadamianiu młodzieży oraz uczeniu jej odpowiedzialności – ale…

Nic nie poradzę na to, że na hasło „bezpieczny seks” moja przekorna wyobraźnia nieodmiennie podsuwa mi obraz Leslie Nielsena w filmie z serii „Naga broń” – wraz ze swoją partnerką owiniętego od stóp do głów w gigantyczną prezerwatywę – i z komentarzem: „Uznajemy tylko bezpieczny seks!” 🙂

Wiem, wiem, że prezerwatywa znacznie zmniejsza (choć nie eliminuje całkowicie!) ryzyko zarażenia wirusem HIV i innymi chorobami przenoszonymi drogą płciową – o które niezwykle łatwo w naszym świecie, gdzie o „przypadkowy seks” jest łatwiej, niż kiedykolwiek.

A jednak musicie mi wybaczyć, że jest mi zwyczajnie i po ludzku smutno, kiedy czytam, że WHO zaleca stosowanie jakiejś bariery ochronnej podczas wszelkiego typu kontaktów seksualnych. Ciekawe, czy kiedyś będziemy się musieli nawet całować „higienicznie” przez specjalne maseczki (takie, jak te, których już dziś używają ratownicy przy metodzie „usta-usta”), a dotknięcie partnera „niezabezpieczoną” ręką będzie uchodziło za niebezpieczną ekstrawagancję (albo rzadki luksus)?

Myślę, że popularność pigułki antykoncepcyjnej można po części przypisać i temu, że ludzie (a zwłaszcza mężczyźni) pragnęli się pozbyć tego problemu – stąd zresztą wynika konieczność przypominania kobietom o potrzebie używania prezerwatyw, nawet jeśli równocześnie stosuje się pigułkę. Wiele bowiem z nich, czując się „bezpiecznie” (przecież wiadomo, że niechciana ciąża to najgorsze, co się może kobiecie w wyniku przygodnego seksu przytrafić – AIDS przy niezaplanowanym dziecku to już doprawdy mały pikuś!:)) chętnie zapomina poprosić partnera o założenie prezerwatywy…

(I możliwe, że jednym z dowodów na to, że ludzie nie czują się wcale komfortowo w towarzystwie swojej lateksowej ochrony, jest również istnienie specjalnego Dnia bez Prezerwatywy -28 maja…Przerażają mnie też na różnych młodzieżowych forach wątki typu: „Czy sama pigułka bez prezerwatywy to dobry wybór?” NIE! To z pewnością nie jest mądry pomysł…)

Tymczasem wiadomo, że idąc z kimś do łóżka, zapraszamy jednocześnie do naszej sypialni wszystkich jej/jego partnerów (czasami musi tam zatem panować niezły tłok…) – i smutno mi jeszcze bardziej, gdy pomyślę, że wobec tego najpiękniejszym „dowodem miłości” narzeczonych powinno być wspólne wykonanie przed ślubem testu na HIV tudzież inne choroby weneryczne. („Nie bój się, patrz, jestem zdrowy! Możesz mnie dotykać bez żadnych zabezpieczeń!”) Przecież nikomu (choćby wcześniej był księdzem!:)) nie można wierzyć w żadne zapewnienia w tej kwestii.

Tylko medycyna może nam dziś wystawić wiarygodne świadectwo moralności… czy może raczej certyfikat bezpieczeństwa…

Zgoda, być może seks z tymi wszystkimi kondomami, pigułkami i implantami jest zachowaniem nieco bezpieczniejszym, ale czy jest także ZAWSZE mądrzejszy, lepszy i szczęśliwszy? Śmiem wątpić. Bo czy jakakolwiek prezerwatywa jest w stanie uchronić ludzi (a szczególnie tych młodych i wrażliwych) przed emocjonalnymi następstwami przypadkowego seksu?

Nigdy nie zapomnę rozmowy z pewnym seksoholikiem, który mi wyznał, że jedyne chwile, kiedy czuje „dotknięcie czegoś większego, niż on sam” to te, w których uprawia seks. Zrobiło mi się go wtedy szczerze żal. Kto wie, może większość z nas w rzeczywistości szuka w życiu szczęścia i spełnienia? Zbyt szybko przekonujemy się jednak, że seks jest na tym świecie znacznie tańszym towarem – i zadowalamy się nim, nierzadko biorąc go za miłość, albo, co gorsza, próbując „kupić” sobie trochę ciepła w zamian za seks. Jak nigdy pragniemy bliskości – a w rezultacie często jesteśmy dziś od siebie dalej, niż kiedykolwiek…