Cena, jaką się płaci…

Niedawno rozmawiałam z mamą P. – i popłakałyśmy się obie.

Ja wiedziałam, że on był bardzo dobrym, gorliwym kapłanem – i nie miałam pojęcia, jak ją pocieszyć, co jeszcze powiedzieć… Jak wytłumaczyć, że nie mogłam, po prostu nie mogłam, postąpić inaczej.

Ale i ona, swoją matczyną intuicją, musiała już od dawna wyczuwać, że z tą jego kapłańską gorliwością coś jest nie tak – i że to się zaczęło na długo przedtem, zanim mnie poznał.

Ale i tak odczuwam głęboki smutek na myśl o tym, że mimowolnie stałam się przyczyną cierpienia dla tej dobrej, „poczciwej” (jak mówi po poznańsku P.) kobiety, która przecież niczego złego mi nie zrobiła.

Tylu ludzi cierpi przeze mnie! Nawet i sam P., choć nie wie o tym. Bo przecież odebrałam mu wszystko, co posiadał – pracę, pozycję społeczną – każąc zaczynać wszystko od początku…

A będą cierpieć i moi rodzice – i to już niedługo. Jutro idziemy na wesele – i wątpię, czy moja suknia będzie w stanie ukryć moje coraz wyraźniej zaokrąglone kształty. A nawet jeśli – to i tak będę musiała wysłuchać wielu uszczypliwych uwag na temat tego, jak to ostatnio utyłam (choć w rzeczywistości przybrałam na wadze zaledwie niewiele ponad 4 kg – jak na połowę ciąży to naprawdę niedużo).

Zawsze, kiedy słyszę coś takiego, mam ochotę krzyknąć: „Przestańcie! Wcale nie jestem gruba, po prostu jestem już prawie w szóstym miesiącu ciąży!” – a ten szósty zacznie się już w poniedziałek…

Ale wiem, że nikt się nie ucieszy na takie oświadczenie. A wtedy ja też będę cierpiała…

Ostatnio byliśmy również w kościele (na drugim końcu miasta). Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu.

Przepłakałam prawie całą mszę, obserwując ludzi, przystępujących do spowiedzi, a potem do komunii świętej. Bo po raz pierwszy tak boleśnie zdałam sobie sprawę, że mnie już NIGDY w życiu nie będzie wolno tego zrobić (choć nie potrafię nawet wyrazić, jak bardzo bym tego pragnęła!) – z tej racji, że ten cudowny człowiek, który stoi przy mnie, jest Bożym kapłanem… I dlatego, że noszę dzieciątko, którego inaczej w ogóle by nie było.

za cenę jednej duszy
nieśmiertelnej
kupiłam sobie miłość
bardzo bardzo wielką
(cierpienie
było gratis)

I jedyne, co mnie w tej sytuacji troszeczkę pociesza to ta znana anegdotka o pobożnym Izaaku, który był tak zapracowanym człowiekiem, że nie miał nawet czasu na przepisane modlitwy. Bardzo smucił się z tego powodu – i w końcu poszedł po radę do rabina. Ten wysłuchał go uważnie i rzekł: „Wiesz, co Izaak? Gdybym ja był Panem Bogiem, to bardziej cieszyłby mnie ten twój smutek, niż Twoja modlitwa…”

„Syn został nam dany…”

Niedawno dowiedzieliśmy się ponad wszelką wątpliwość, że dzieciątko, które noszę jest chłopcem – w co zresztą nigdy nie wątpiliśmy. Kiedyś wprawdzie próbowałam (tytułem eksperymentu) myśleć o nim jako o córeczce, jednak  wewnętrznie coś mi wyraźnie „nie grało.” No i jak tu nie wierzyć w matczyną intuicję? 😉 Zresztą i badania statystyczne podają, że najwięcej dzieci płci męskiej rodzi się wówczas, kiedy rodzice współżyją dokładnie podczas owulacji – a tak właśnie było w naszym przypadku. Natomiast współżycie we wcześniejszej fazie cyklu ponoć wydatnie zwiększa szanse poczęcia dziewczynki (i z pewnością wezmę ten fakt pod uwagę, planując kolejne dziecko :)).

A obecnie (w wieku dwudziestu jeden tygodni) nasz syn wygląda mniej więcej tak:

 

co ma związek z faktem, że na razie jeszcze woli przebywać we mnie główką  do góry, aniżeli odwrotnie.  Fachowo nazywa  się to ułożeniem pośladkowym albo miednicowym – i nie powinno budzić niepokoju, ponieważ aż do 34. tygodnia ciąży dziecko dosyć swobodnie wybiera sobie pozycję w łonie matki, a nawet zmienia ją (pozycję oczywiście, nie matkę!:)) kilkakrotnie w ciągu dnia.Syneczek jest zupełnie zdrowy, co cieszy mnie podwójnie z dwóch zasadniczych powodów:

Po pierwsze, nigdy dotąd nie spotkałam nikogo, kto by miał porażenie mózgowe i urodził dziecko – i czasami mam wrażenie, że jestem w ogóle jedyną taką osobą na tej planecie. 😉

I nawet Internet nie może mi tu służyć żadną pomocą, ponieważ wpisanie w dowolną wyszukiwarkę hasła „porażenie mózgowe a ciąża” wywołuje jedynie lawinę artykułów, dotyczących ewentualnego zagrożenia u dzieci matek ZDROWYCH. Zakłada się zatem niejako automatycznie, że wśród kobiet ciężarnych i rodzących nie może być osób z porażeniem mózgowym. A tymczasem ja nie wiem nawet, czy takie ciąże jak moja rozwiązuje się zawsze przez cesarskie cięcie, czy też mogłabym (bez szkody dla dziecka) „poważyć się” na poród naturalny…

Po drugie natomiast, gdyby – co nie daj Boże! – mój mały teraz umarł, to  (zgodnie z obowiązującymi przepisami) nie potraktowano by go jak człowieka, a jedynie jako…odpadki szpitalne.  Prawo polskie bowiem mówi o „porodzie przedwczesnym” dopiero od 22. tygodnia ciąży – wcześniej jest mowa jedynie o „poronieniu. Niestety, oznacza to również, że dziecku tak małemu jak nasze nie przysługuje prawo do pochówku – nawet na wyraźne życzenie rodziców (mimo że np. Kościół katolicki zezwala na chrześcijańskie pogrzeby takich dzieci).

A bulwersuje mnie to o tyle,  że w naszym kraju można  –  jeżeli tylko ktoś sobie tego życzy – wystawić nagrobek ulubionemu pieskowi…czemu więc maleńkiemu dziecku nie wolno?!

I jak to w końcu jest z tą całą szumnie ogłaszaną „obroną życia poczętego”? Za życia jest to człowiek, ale po śmierci już nie?!

A tego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się, że urodzę syna, w kościołach właśnie czytano ten fragment z Księgi Izajasza: „Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany…” i jeszcze Ewangelię o zwiastowaniu, w której anioł mówi do Maryi: „A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego.”
Amen. Tak jest. Dla Boga naprawdę nie ma NICniemożliwego. A my oboje jesteśmy tego świadkami.

Nielegalne…

Od kilku dni moje dziecko wykazuje całkiem nowy rodzaj aktywności – porusza się, na razie delikatnie, lecz mimo to zauważalnie. A skoro tak się dzieje, to znaczy, że połowę naszej wspólnej podróży mamy już niemal za sobą.

Mój brzuch zrobił się także wyraźnie większy, co prowokuje moją mamę do ciągłych uwag na temat (rzekomo) niewłaściwego trybu mojego życia i odżywiania. Parę razy z trudem powstrzymałam się, aby jej nie powiedzieć – „Mamo, przestań, jestem w piątym miesiącu ciąży!” Bo niby co miałabym „z tym” zrobić – zagłodzić małego?!

Swoją drogą, nie wiem, jak ktoś, kto sam urodził troje dzieci, może być aż tak ślepy? No, tak, zapomniałabym – przecież niepełnosprawni są aseksualni…

Tak więc ona nic jeszcze nie wie – a ja jej nic nie powiem, tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Bo moje dziecko jest „nielegalne” – i to nielegalne podwójnie, bo po pierwsze poczęło się przed ślubem, a po drugie – jest „dzieckiem księdza…” Na takie dzieci, podobno, „Pan Jezus nie dał zgody…”

I nawet, kiedy będziemy musieli im to w końcu powiedzieć – a wiem, że to już niedługo – boję się problemów, które z tego wynikną. Chociażby ten, że moja apodyktyczna mama będzie chciała „zaaresztować mnie” przy sobie (oczywiście dla dobra wnuka!). Albo przeciwnie – że się mnie „wyrzeknie.” (Już sama nie wiem, co gorsze…). No, i nieuchronnie padną pytania o ślub kościelny – a my przecież nie możemy…

Podczas wizyty babci tak mocno wciągałam brzuch (a i tak usłyszałam, że „wyglądam jak bomba i nigdy jeszcze tak nie wyglądałam” – no, jasne, że nie! Przecież nigdy dotąd nie byłam w ciąży…), że teraz Młode bardzo energicznie daje mi do zrozumienia, co sądzi o podobnych pomysłach…