„Anglokatolicyzm” – stracone złudzenia?

Nie tak dawno, co chyba w mediach przeszło bez echa, ok. 400 tysięcy wiernych z Kościoła anglikańskiego dokonało konwersji na katolicyzm w proteście przeciwko wyświęcaniu na duchownych czynnych homoseksualistów.

Oczywiście okoliczności tego „powrotu na łono” wzbudzają niemało kontrowersji – strona anglikańska oskarża Watykan o prozelityzm (a  mówiąc prościej, o „łowienie ryb w cudzym stawie”:)), a Stolica Apostolska, ze swej strony, przypomina, że KONWERSJA powinna być zawsze konwersją, a nie aktem PROTESTU.
Warto tutaj dodać, że zarzut braci anglikanów (gdzie zresztą nadal istnieje bardzo silna, wewnątrzkościelna opozycja przeciwko ostatnim „reformom”), dotyczący zastępowania idei „ekumenizmu” ideą „unii z Rzymem” jest o tyle trudny do utrzymania, że inicjatywa w tym przypadku nie wyszła zza Spiżowej Bramy, ale od grupy „konserwatywnych” anglikanów.
Co właściwie papież Benedykt (znany zresztą ze swoich „tradycjonalistycznych” posunięć) miał z tym fantem zrobić? Powiedzieć: „Wracajcie, bracia, do swego Kościoła – i spróbujcie pogodzić się z nieubłaganym marszem postępu!” czy może powiedzieć: „Idźcie i załóżcie sobie jakiś własny Kościół Anglo- Konserwatywny. My was nie chcemy!” 
I tak chyba byłoby źle, i tak niedobrze…
Zamiast tego Watykan postanowił jednak jakoś „zjeść tę żabę” i wydał w tej sprawie specjalną Konstytucję Apostolską Anglicanorum Coetibus, ustanawiającą de facto nowy obrządek dla anglikanów „nawróconych ” na katolicyzm.
Na wzór grekokatolików anglikanie mają zachować swoją dotychczasową liturgię i zwyczaje kościelne – jest tu jednak pewna znacząca różnica, która bardzo mnie niepokoi.
Chociaż bowiem Konstytucja stwierdza, że w poszczególnych  przypadkach (zawsze rozpatrywanych indywidualnie!) żonaci pastorzy będą mogli nadal spełniać posługę kapłańską w ramach Kościoła katolickiego, to jednak już żonaty biskup zostanie „zdegradowany” do zwykłego księdza, mimo, że będzie mógł pełnić funkcje ordynariusza swojej diecezji. Zapisano też, że „kolejnych kandydatów do kapłaństwa spośród anglikanów należy zobowiązać do przestrzegania celibatu.”
Wygląda więc na to, że Benedykt XVI liczy na to, że problem „żonatych księży” w Kościele katolickim umrze (dosłownie!) śmiercią naturalną – i nie on będzie się musiał z nim zmierzyć.
Przychodzi mi jednak na myśl pytanie – w imię CZEGO – deklarując jednocześnie „szacunek” dla ich odmiennej tradycji – chcemy nałożyć na barki braci anglokatolików „ciężar”, który nawet dla wielu „starych” katolików okazał się nie do uniesienia. (Por. Mt 23,4:))? I którego – co znamienne – nie muszą dźwigać bracia unici (grekokatolicy)?
A już miałam nadzieję, że – za sprawą „obrządku angielskiego” – zanosi się w katolicyzmie na wielką obyczajową rewolucję. Ale teraz nie wiem już, czy doczekamy kiedykolwiek czasów, że małżeństwo księdza nie będzie dla Kościoła „mniejszym złem” ale… większym dobrem?
  
(A to jest pierwszy polski diakon stały, Tomasz Chmielewski z rodziną.)

Św. Marcin Luter?

W tradycyjnym katolicyzmie od wieków przyjęło się przeciwstawianie „dobrego” reformatora, np. św. Franciszka, który próbował odmienić oblicze chrześcijaństwa własnym przykładem ubóstwa i modlitwy – oraz „złego”, Marcina Lutra, który otwarcie gromił grzechy Kościoła – a w końcu (chyba trochę wbrew swej woli…) utworzył własny…

A jednak czasami, jak sądzę, trzeba zło i grzech w Kościele odważnie nazywać po imieniu (co wcale nie znaczy – piętnować grzesznika – co tak chętnie i gorliwie robimy czasem w odniesieniu do ludzi, znajdujących się jakoś „poza” Kościołem – patrz: casus Alicji Tysiąc, choć i za nią przecież umarł Chrystus…) – bo inaczej takie przykłady wiary, jak św. Franciszek są tylko rodzajem „listka figowego”, którym osłaniamy naszą własną grzeszność.  My możemy być kiepskimi ludźmi, bo przecież oni byli „święci” – i w perspektywie całego Kościoła to i tak wychodzi in plus.

Tak właśnie z całą pewnością rozumowali dostojnicy i prałaci w czasach Franciszka: mogli się nadal spokojnie tarzać w bogactwie i rozpuście, bo jakaś mała „grupka wariatów” postanowiła być „święta” ZAMIAST nich…

Zestawienie Franciszka i Marcina jest rzeczywiście ciekawe. Pierwszy uważał, że można „naprawić świat” przez miłość, radość i pokorę – a drugi, za swoim mistrzem, surowym św. Augustynem, że świat (a więc i człowiek) jest aż do tego stopnia zepsuty, że uratować go może jedynie łaska Boża. 

Z drugiej strony, czy mógł dość do innych wniosków, obserwując rozpasanie i korupcję w Kościele Juliusza II? Czy mógł bez zastrzeżeń, pokornie uwierzyć, że WSZYSTKO, co robią ci ludzie, jest przejawem „świętości Kościoła”? 
W październiku 1510 roku Luter przyjechał do Rzymu w sprawach swojego zakonu i wrócił zdruzgotany tym, co tam zastał. 
Zobaczył papieża, poświęcającego więcej czasu wojnom niż administrowaniu Kościołem (to o Juliuszu II opowiadano przecież dykteryjki, że w razie gdyby św. Piotr nie zechciał go wpuścić do raju, gotów ze swoją armią szturmować Niebo), gorszące zachowania księży, bluźniercze szafowanie sakramentami, a wreszcie – co wywołało w nim największy wstrząs i oburzenie – odprawianie aż siedmiu mszy świętych przy jednym ołtarzu (Pewien ksiądz, widząc, że Luter odprawił dopiero jedną trzecią swojej mszy, miał ponaglać go słowami: „Pospiesz się, inni czekają!” Podobne problemy miał zresztą kilka wieków później o. Pio…).
Nie bez racji chyba powiedział o nim papież Jan Paweł II:
„Naukowe badania uczonych, tak ze strony katolickiej, jak i ewangelickiej, (…) w których już osiągnięto znaczną zbieżność poglądów, doprowadziły do nakreślenia pełniejszego (…) obrazu osobowości Lutra oraz skomplikowanej rzeczywistości historycznej, politycznej, społecznej i kościelnej pierwszej połowy XVI wieku. W konsekwencji została przekonująco ukazana głęboka religijność Lutra, którą powodowany stawiał z gorącą namiętnością pytania na temat wiecznego zbawienia. Okazało się też wyraźnie, że problemu zerwania jedności Kościoła nie można sprowadzić ani do niezrozumienia ze strony pasterzy Kościoła katolickiego, ani też jedynie do braku zrozumienia prawdziwego katolicyzmu ze strony Lutra…”
Wydaje się zresztą, że sam Luter wcale nie pragnął zrywać z kościelną tradycją, a jedynie ją „oczyścić” i zachować w takim kształcie, na jaki pozwalało jego pojmowanie Pisma Świętego. Zaciekle zwalczał niektórych co bardziej radykalnych reformatorów (zresztą trochę jakby wbrew własnemu poglądowi, że każdy powinien mieć prawo do osobistej interpretacji Pisma…:)) – do końca wierzył np. w rzeczywistą (a nie jedynie symboliczną) obecność Chrystusa w Eucharystii – co zresztą spowodowało, że wiele z ponad 500 istniejących dziś Kościołów i sekt protestanckich wypiera się jakichkolwiek związków z „doktorem Marcinem.”

Oczywiście, popełnił przy tym wiele błędów (a jednym z nich było chyba właśnie to przekonanie, że w miejsce „obalonej” Tradycji katolickiej wszyscy teraz powinni entuzjastycznie przyjąć JEGO punkt widzenia)  , a polityczne konsekwencje niektórych z nich były wręcz tragiczne w skutkach (wojny religijne w nowożytnej Europie itp.) – ale który ze świętych był od nich wolny?

A trzeba sobie powiedzieć jasno i stanowczo, że dopiero tak wielkie „trzęsienie ziemi”, które wywołał, obudziło niektórych chrześcijan z letargu, w którym tkwili od kilku stuleci, przekonani, że wystarczy  formalnie „być w Kościele” i spełniać pewne czysto zewnętrzne praktyki, aby wejść do nieba obydwiema nogami. 

Wystąpienie Lutra doprowadziło m.in. do zwołania soboru, który m.in. powołał do życia seminaria duchowne i pozwolił przełożyć Biblię na języki narodowe także w środowiskach katolickich (choć musiało upłynąć jeszcze kilka stuleci, nim katolicy zaczęli Biblię CZYTAĆ…). 

To Luter przypomniał całemu Kościołowi, że oprócz „uczynków” ważna jest także wiara, wewnętrzna przemiana serca… Inna sprawa, że nie wiadomo, na ile to osobiste spotkanie z Chrystusem zaszło w nim samym. Ale przecież nie można powiedzieć, by owoce jego działania były jednoznacznie złe.

Dlatego kiedyś z radością przyjęłam poświęconą mu ekumeniczną konferencję pod znamiennym tytułem: „MARCIN  LUTER – ŚWIADEK JEZUSA CHRYSTUSA.” Z pewnością zasłużył sobie na ten zaszczytny tytuł.


Święta wojna?

Jest raczej oczywiste, że wiary w Chrystusa, Księcia Pokoju, nie głosi się „mieczem”. PRAWDA przecież powinna obronić się sama, nieprawdaż?

A jednak, jak mi mówił mój spowiednik, jest jeszcze zbyt wielu chrześcijan (nie tylko katolików!), dla których najważniejszym zdaniem z całej Ewangelii jest to, że Piotr kiedyś odciął ucho słudze arcykapłana. Chwała mu! Przecież walczył z „wrogami Chrystusa” aż do przelewu krwi…

I tak jakoś sobie o tym przypomniałam, kiedy przeczytałam na „Frondzie”, że jakichś dwóch chrześcijańskich (?) aktywistów w USA zastrzeliło słynnego lekarza-aborcjonistę… I że niektórzy z naszych chcieli użyć mszy świętej (sic!) do zagłuszania koncertu Madonny… Na szczęście kuria się nie zgodziła na takie bezeceństwo…

A kiedyś, w sam Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, osobiście byłam świadkiem, jak pewien ksiądz zachwycał się faktem, że muzułmanie są gotowi nawet zabijać w obronie swojej wiary… „A wy co?!” – pytał retorycznie osłupiałych z wrażenia parafian.

Ostatnio również w radiu TOK FM słyszałam pewnego wielce oburzonego pana, który krzyczał, że za takie teksty o wierze, na jakie pozwala sobie ten i ów redaktor, to w Arabii Saudyjskiej dawno by już poleciały głowy. I się przeraziłam – bo usłyszałam w głosie tego pana nutkę zawodu, że u nas jednak tak nie można…

Wszystko to obrazuje chyba zupełne niezrozumienie pewnej fundamentalnej różnicy, jaka zachodzi pomiędzy chrześcijaństwem i islamem. Dla muzułmanina każda „obraza Boga” jest osobistą zniewagą, która domaga się zmycia nawet krwią bluźniercy.

Ale chrześcijaństwo, o ile mnie pamięć nie myli, jest religią Boga „który sam dał się gnębić” i który „nie zasłonił swej twarzy przed zniewagami i opluciem.” Jako wyznawcy takiego Boga nie powinniśmy chyba spodziewać się niczego innego?

Z drugiej jednak strony… ja jestem – w pojęciu niektórych – tylko „ciemną babą”, ale jakoś tak mi się wydaje, że w PAŃSTWIE DEMOKRATYCZNYM każdy (nawet tak głupi, jak tamten „śmiertelnie oburzony” rady PiS) może mieć jakie chce przekonania, tak długo, jak długo nie stają się one obowiązującym wszystkich PRAWEM.

A czy mi się tylko zdaje, czy także zwolennicy „tolerancji” i „postępu” chcieliby wyrugować z przestrzeni publicznej te poglądy, które się nie zgadzają z ich własnymi?:)

Szczerze powiedziawszy, cała ta sprawa z koncertem Madonny ani mnie ziębi, ani grzeje. Ta pani podobała mi się wyłącznie w musicalu „Evita”- a jej prowokacje „religijne” pomijam wyniosłym milczeniem. Sądzę też, że nieco spoważniała od czasów, gdy grywała w podejrzanych filmikach.

Myślę również, że wszelkiego rodzaju „święte oburzenie” (a swoją drogą, my-wierzący nie mamy na nie monopolu: środowiska laickie też się chętnie „oburzają” na różne rzeczy, tylko że wtedy jest to „słuszne i zbawienne”, prawda?:)) jest raczej świetną reklamą.

Postscriptum: A mój przyjaciel, który często „podrzuca” mi nowe tematy, przysłał mi niedawno  taki artykuł z portalu Sfora.pl:

Prezydent Irlandii Mary McAleese podpisała nowelizację ustawy zakazującej bluźnierstwa. Od października obraza Boga i uczuć religijnych będzie karana w Irlandii grzywną do 25 tys. euro. Karane mają być bluźniercze publikacje i wypowiedzi. 

Wykreśliliśmy karę więzienia i zastąpiliśmy ją karą pieniężną, bo to bardziej pasuje do naszych czasów. Taryfy ulgowej jednak już nie będzie – powiedział Dermot Ahern, minister sprawiedliwości.

Nowe przepisy chronią również wyznawców innych religii.

Ateistom będzie groziła grzywna za stwierdzenie, że Bóg jest wymysłem, Żydom za stwierdzenie, że Chrystus nie był Mesjaszem, a chrześcijanom za obrazę Allaha – pisze „The Irish Independent”,

Kary za bluźnierstwo przewiduje także prawo Austrii, Finlandii, Hiszpanii, Holandii i Włoch.”

 

Osobiście nie jestem pewna, czy Boga w ogóle można „obrazić” – to raczej ci, którzy twierdzą, że w Niego wierzą, (zbyt?) często czują się obrażeni. Z drugiej jednak strony, jeśli prawo chroni przed „obraźliwymi wypowiedziami” ludzi różnych ras czy orientacji seksualnych, to dlaczego nie (nie)wierzących? Bo, gwoli sprawiedliwości, ateistów i ich przekonania też trzeba by objąć ochroną…:)

 

A swoją drogą, to dziwne, że właśnie w Irlandii, która – po ostatnio ujawnionych skandalach kościelnych, zalegalizowaniu aborcji i rozwodów i paru jeszcze podobnych „przemianach obyczajowych” jest dziś wszystkim, tylko nie „państwem wyznaniowym” – wprowadza się tak restrykcyjne przepisy „antybluźniercze.”

Czyżby zadziałała tu stara zasada, że im mniej ŚWIĘTOŚCI, tym więcej „świętego oburzenia”?

 

Por. też: „Obraza uczuć religijnych – czyli co?”