Z Archiwum X Kościoła: Medjugorie.

24 czerwca 1981 roku w małej wiosce położonej w Bośni i Hercegowinie (choć zamieszkałej głównie przez Chorwatów), niedaleko Mostaru, rozpoczęła się jedna z najbardziej tajemniczych historii naszych czasów.

Począwszy od tego dnia bowiem szóstce nastolatków (w wieku od 10 do 16 lat; dziś są to już osoby około 40-letnie) aż do chwili obecnej ma się ukazywać Matka Chrystusa – która sama siebie nazywa Królową Pokoju, zaś „widzący” często nazywają Ją po chorwacku „Gospą” (tj. Panią).

Od razu mówię, że nie zamierzam tu rozstrzygać o prawdziwości tych objawień – oraz przypominam, że w Kościele katolickim NIE MA ŻADNEGO OBOWIĄZKUwierzyć w „objawienia prywatne” (to jest wszystkie te, które nastąpiły już po „zamknięciu” Nowego Testamentu), nawet tak „czcigodne”, jak objawienia różańcowe.

Jeśli więc ktoś np. nie lubi odmawiać różańca albo NIE WIERZY, że Pan Jezus ukazywał się s. Faustynie, nie przestaje skutkiem tego być „dobrym katolikiem”, o ile poza tym wierzy we wszystko, czego Kościół naucza.

Co jednak czyni te objawienia w byłej Jugosławii dość wyjątkowymi na tle wszystkich innych, które dotychczas miały miejsce (nawet w porównaniu z tymi w La Salette, gdzie „Pani” miała ukazywać się dwójce zupełnie niepobożnych dzieci – według mnie jest to niejaka przesłanka na rzecz ich prawdziwości: odpada tu bowiem argument, iż te dzieci „widziały to, co chciały zobaczyć”, względnie to, co im „wmówiło” katolickie otoczenie.:)) to nie tylko długi czas trwania. (Objawienia powtarzają się od 1981 roku, początkowo były codzienne, teraz zaś 25. dnia każdego miesiąca tajemnicza Postać przekazuje „widzącym” swoje orędzia.).

Fakt, że zjawiska te wciąż mają miejsce, jest zresztą jedną z przyczyn sceptycyzmu hierarchii kościelnej wobec nich – Kościół nie może wypowiadać się na temat prawdziwości objawień, dopóki one się nie zakończą. Co zresztą dobrze świadczy o ostrożności Kościoła w takich kwestiach – wbrew zarzutom, jakoby katolicy byli bardzo naiwni i skłonni natychmiast uwierzyć we wszystko, co tylko „trąci” cudownością (zwłaszcza, jeśli do tego, jak w Medjugorie, przysparza im wyznawców – bowiem ta mała wioska rozwinęła się przez lata w wielkie centrum pielgrzymkowe, odwiedzane każdego roku przez setki tysięcy ludzi, najróżniejszych zresztą wyznań i religii, spragnionych czy to wiary, czy zwykłej sensacji).

Ale poprzez czas swego trwania i pewną „powtarzalność” (której brak często zarzucają cudom racjonaliści) objawienia te są bodaj najlepiej przebadanymi od strony czysto naukowej zjawiskami tego typu. Na przykład, dzięki zastosowaniu zarówno badań psychiatrycznych (prowadzonych zresztą przez lekarzy o różnych światopoglądach, w tym ateistów i muzułmanów), jak i coraz bardziej nowoczesnych z latami urządzeń do badania aktywności mózgu, udało się wykluczyć u „widzących” zaburzenia psychiczne lub też uleganie jakiemuś rodzajowi zbiorowej halucynacji.

Od strony czysto neurologicznej ich mózgi zachowują się tak, jakby rzeczywiście rozmawiali z realnie istniejącą Osobą, która jednak dla innych pozostaje niewidzialna.

Dość niezwykły jest także fakt, że od początku objawienia te (rozgrywające się przecież za „żelazną kurtyną” – wychowywane w komunistycznym systemie dzieci, choć praktykujące, nie miały nawet świadomości tego, że podobne wydarzenia miały już wcześniej miejsce gdzieś na świecie!) wzbudzały podejrzenia zarówno u przedstawicieli władzy (wietrzących w tym wszystkim jakiś „antysocjalistyczny spisek ciemnego kleru”) – jak i Kościoła, który z kolei obawiał się w tym przypadku jakiejś komunistycznej prowokacji, mającej na celu skompromitowanie katolicyzmu.

Obydwie strony więc podejrzewały się wzajemnie o jakąś mistyfikację – a w tym wszystkim szóstka całkiem zwyczajnych młodych ludzi, wyśmiewanych, badanych, przesłuchiwanych, straszonych więzieniem, piekłem, zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym lub innymi represjami wobec siebie samych i swoich rodzin – powtarza nieustannie i niewzruszenie swoją wersję wydarzeń: „Tak, widzieliśmy Ją – tak, jak i was widzimy!”

Muszę przyznać, że właśnie ten punkt w całej tej historii – choć nie mam jasno wyrobionego sądu w tej sprawie – daje mi najmocniej do myślenia.

I jeszcze coś: podczas, gdy dla niektórych spośród „widzących” objawienia się już zakończyły (według nich samych ma to jakiś związek z przekazanym im przez Gospę – identyfikowaną z Maryją – tekstem dziesięciu „tajemnic”, analogicznie do „tajemnic fatimskich”, dotyczących przyszłych losów świata), dla innych wciąż jeszcze trwają.

I tak sobie myślę: gdyby to wszystko miało być jedynie sprytnym oszustwem – czemu ci, którzy (nie wiadomo dlaczego) zdecydowali się nagle porzucić tę grę, nie powiedzą teraz po prostu: „Wszyscy kłamaliśmy od samego początku – i my, i ci, którzy twierdzą, że nadal Ją widują”? Ale nie: oni mówią – „kiedyś i my Ją widzieliśmy, teraz już Jej nie widujemy.”

I jeszcze jeden drobny szczegół: choć Medjugorie leży w połowie drogi pomiędzy miastami Mostar i Citluk, które doznały ciężkich zniszczeń podczas wojny w byłej Jugosławii, sama wioska w ogóle nie ucierpiała – dokładnie tak, jak miała przepowiedzieć wiele lat wcześniej Ta, która sama siebie nazywa Królową Pokoju…

Kościół nadal roztropnie milczy – i chwała mu za to.

A ja nie wiem, co o tym wszystkim myśleć – tym bardziej, że wiem, że „wokół Medjugorie”, obok wielu autentycznych nawróceń, narosło też trochę wspólnot o dziwacznej duchowości (sama znałam dwie bardzo gorliwe panie, które uniesione duchem prorockim chciały się za mnie modlić na środku ulicy – tego już nawet jak dla mnie było za wiele!:)).

Czy ja wiem? Może trzeba TAM pojechać i samemu się przekonać?

Archiwum-X-150x150

Na zdjęciu: Kamieniste wzgórze, zwane „Podbrdo„, na którym miały miejsce pierwsze objawienia „Królowej Pokoju.” (Od sierpnia 1981 roku, odkąd władze zabroniły na nie wstępu, wydarzenia te rozgrywają się głównie, choć nie wyłącznie, w kościele parafialnym w Medjugorie).

Poczytajcie sobie sami: Antonio Socci, Tajemnica Medjugorie. Maryja ratuje świat. Wyd. AA, Kraków 2012.

Jest to książka napisana wprawdzie przez zwolennika autentyczności objawień, ale utrzymana w konwencji „śledztwa dziennikarskiego”, zawiera więc dużo użytecznych informacji na temat samego przebiegu wydarzeń (jak choćby ten znamienny szczegół, że kiedy jedna z „widzących”, dziewczyna pochodząca z Sarajewa, usłyszała wołanie swojej przyjaciółki: „Ależ to jest Matka Boża!” nie padła wcale pobożnie na kolanka, intonując „O, Matuchno, witam Cię!” – tylko mruknęła pod nosem: „Tak, jasne, wyobraź sobie, że Matka Boża nie ma akurat nic lepszego do roboty, tylko przychodzić tu, żeby zobaczyć, co robimy!” – aż do chwili, gdy sama „tego” nie zauważyła. Zareagowała więc tak, jak zrobiłaby to każda normalna nastolatka w tej sytuacji, w zupełnie naturalny sposób.) – i wierzę, że może pomóc wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.

Bronię ojca Bashobory.

Mimo, że trudno mi oprzeć się wrażeniu, że cała „impreza” z udziałem ugandyjskiego kapłana – chociaż oczywiście zaplanowana od dawna – pomogła księdzu arcybiskupowi Hoserowi nieco „przykryć” niemiłe wrażenie, jakie wywołuje jego konflikt z ks. Wojciechem Lemańskim. („Popatrzcie, zdaje się tym samym mówić hierarcha, to wcale nieprawda, że polski Kościół jest zamknięty na nowe prądy płynące ze świata – zorganizowaliśmy nawet wielkie spotkanie charyzmatyczne na Stadionie Narodowym!”).

Jako osoba, która ma za sobą długoletnie – i bardzo piękne – doświadczenie z Katolicką Odnową w Duchu Świętym, muszę powiedzieć, że pomysł zorganizowania takiego spotkania na ogromnym stadionie niezbyt mi się podobał. Wydaje mi się, że ten „typ” duchowości i modlitwy znacznie lepiej sprawdza się w mniejszych zgromadzeniach, w poszanowaniu intymności uczestników i w bardziej bezpośrednim kontakcie z prowadzącymi. Mam wrażenie, że przeniesienie tak specyficznego doświadczenia na forum „tak bardzo publiczne” jak stadion, daje tylko pretekst do kpin.

Jak to pisał św. Paweł w Liście do Koryntian: „jeśli wejdą podczas tego ludzie prości, czyż nie powiedzą, że szalejecie?” (1 Kor 14,23).  Ale może to tylko moje subiektywne odczucie.

Nie rozumiem także, czemu głównym „mistrzem ceremonii” musiał być koniecznie tak egzotyczny gość skądinąd – czyżby u nas brakowało żarliwych kapłanów – charyzmatyków? Mogę poświadczyć własnym doświadczeniem, że jest ich wielu.

Tym niemniej szyderstwa, jakich ofiarą padł w naszych mediach o. Bashobora, uważam (delikatnie mówiąc) za mocno przesadzone i nieuzasadnione.

Przede wszystkim, on sam nigdy nie twierdził, że „uzdrawia ludzi” czy że „wskrzesza umarłych” (a z tego dziennikarze pokroju Kuby Wątłego rechotali najgłośniej, postulując wręcz wykopywanie nieboszczyków z cmentarzy, aby „uzdrowiciel” ich ożywił) – zawsze mówił jedynie, że modli się za tych, którzy tego potrzebują.

W jednym z artykułów na ten temat znalazłam jego wzruszające wyznanie: „Kiedy w dzieciństwie katechista powiedział mi, że Kościół, my wszyscy, to Ciało Chrystusa, zapytałem Pana: „Jeśli naprawdę jesteśmy Twoim Ciałem, to czy możesz sprawić, by ci, których będę dotykał, odzyskiwali zdrowie?” Ot, i cała tajemnica…

Jeśli o mnie chodzi, ten 57-letni kapłan (który obok teologii studiował również psychologię) zrobił na mnie wrażenie bardzo zrównoważonego, momentami wręcz „nudnego” kaznodziei – śledziłam fragmenty tego bardzo długiego spotkania dzięki Internetowi. Proszę mi wierzyć, widywałam już w życiu o wiele bardziej egzaltowanych charyzmatyków. (Choć nie wykluczam, że nieco inaczej odebrali to ludzie, zgromadzeni na stadionie).

W każdym razie – naprawdę nie było w tym nic do śmiechu, panie redaktorze Kuźniar!

 

Z Archiwum X Kościoła: Fenomen o. Pio.

O. Pio z Pietrelciny (właść. Francesco Forgione, 1887-1968) należy niezaprzeczalnie do najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii chrześcijaństwa.

Jedni go uwielbiają, czasami wręcz przesadnie – zwłaszcza wśród Włochów nigdy nie brakowało ludzi, którzy traktowali „naszego Ojca” niemal na równi z Chrystusem, a inni, nawet w łonie Kościoła, zachowują daleko posunięty sceptycyzm. Do najzacieklejszych krytyków stygmatyka należał np. o. Agostino Gemelli, również franciszkanin, fundator Uniwersytetu Katolickiego i znany lekarz (jego imię nosi rzymska klinika, w której leczono Jana Pawła II).  Temu człowiekowi z pewnością nie sposób odmówić zarówno głębokiej wiary, jak i naukowej wiedzy – choć czytając dostępne opracowania doszłam do wniosku, że akurat „przypadkiem o. Pio” nie zajął on się z należytym profesjonalizmem (nigdy np. nie zbadał dogłębnie ran zakonnika, czego przecież należałoby oczekiwać od zainteresowanego sprawą lekarza).

A jednak to właśnie na jego „niszczących raportach” (w których między innymi uznał swego współbrata za osobę upośledzoną umysłowo, chorą psychicznie, histeryczną, dokonującą samookaleczeń i ulegającą w zupełności wpływom „dewocyjnego” otoczenia – choć jak sam potem przyzna, nie przeprowadził z pacjentem wywiadu psychiatrycznego, który by uzasadniał taką diagnozę), które trzykrotnie słał do Watykanu, hierarchia kościelna oparła się w swojej nieufności wobec franciszkanina ze stygmatami – co skończyło się m.in. wnikliwym śledztwem Świętego Oficjum (dawnej Inkwizycji) i surowymi restrykcjami, z zakazem spowiadania i publicznego odprawiania mszy na wiele lat włącznie.

Przyznać też trzeba, że Stolica Apostolska od początku (tj. od 1918 roku, kiedy to na ciele o. Pio pojawiły się ślady przypominające rany Chrystusa) nalegała na przeprowadzenie w tej sprawie skrupulatnych badań, w miarę możności prowadzonych także przez naukowców niewierzących, co miałoby stanowić gwarancję obiektywizmu.

I tutaj właśnie spotkało mnie bodaj największe zaskoczenie podczas wszystkich moich lektur i poszukiwań związanych z przygotowaniami do napisania tego tekstu.

Otóż w lipcu 1919 roku o. Giuseppe Antonio z Persiceto, komisarz generalny zakonu, wciągnął do sprawy profesora Amico Bignamiego, ordynatora oddziału patologii i wykładowcę Uniwersytetu Medycznego w Rzymie (a prywatnie, zgodnie z życzeniem przełożonych, ateistę).

Ten, po przeprowadzeniu tym razem (co mu się chwali) znacznie dokładniejszych oględzin, niż to kiedykolwiek zrobił katolik Gemelli, stwierdził, że zaobserwowane zmiany NAJPRAWDOPODOBNIEJ są po części rezultatem jakiegoś bliżej nieokreślonego procesu chorobowego (jako możliwą przyczynę wskazywał np. neurotyczną mnogą martwicę skóry), a po części są sztucznie utrzymywane w niezmieniającym się stanie przy użyciu jakiegoś środka chemicznego, np. jodyny.

Dlatego też rzymski lekarz natychmiast zakazuje zakonnikowi stosowania tego popularnego środka odkażającego, przedstawia też bardzo dokładny plan działań, które w jego mniemaniu powinny doprowadzić do szybkiego i ostatecznego rozwiązania problemu.

Zaleca mianowicie usunięcie wszelkich medykamentów z celi o. Pio, a następnie obandażowanie i opieczętowanie dłoni w obecności świadków. Kurację tego rodzaju radzi prowadzić przez co najmniej 8 dni, by zyskać w ten sposób pewność, że rany nie były w ogóle dotykane, ani też – tym bardziej – drażnione żadnymi substancjami. Postępowanie takie miało (według niego) doprowadzić do naturalnego gojenia się domniemanych stygmatów. Tak się jednak nie stało, mimo (jeśli wierzyć podpisanym przez nich oświadczeniom) bardzo gorliwemu wypełnianiu zaleceń uczonego medyka przez zakonników.

Sam Bignami jednak znika ze sceny wydarzeń równie szybko, jak się pojawił – i już NIGDY, nigdzie nie wypowiada się w sprawach związanych z o. Pio. I tu właśnie tkwi przyczyna mego ogromnego zdziwienia. Przecież gdybym ja zamierzała zdemaskować „świętego oszusta” (ku chwale Nauki i racjonalnego myślenia, oczywiście:)), to przede wszystkim pozostałabym na miejscu, aby osobiście nadzorować wykonywanie moich wskazówek (przecież wiadomo, że „fanatycznym mnichom” nie można wierzyć w takich sprawach, prawda?;)) i aby następnie przekonać się, czy moje działania rzeczywiście przynoszą oczekiwany efekt.

Fakt, że prof. Bignami nie uczynił ani jednego, ani drugiego, nie wystawia chyba najlepszego świadectwa jego naukowej rzetelności. Nie dosyć jednak na tym.

Inny lekarz, dr Giorgio Festa, tak pisze: „Jakież było moje zdziwienie, gdy (…) przeczytałem relację szanownego profesora naszego Uniwersytetu, który badał Ojca Pio jakieś trzy miesiące wcześniej, niż ja. W swojej relacji szanowny profesor nie waha się twierdzić, że „na podeszwach stóp nie istnieje żadna zmiana skórna, lecz jedynie ciemna pigmentacja, spowodowana aplikacją jodyny na powierzchni odpowiadającej bardzo płytkim ranom na grzbiecie stóp.”! Podczas lektury tego wywodu czułem się nieco skonsternowany, ponieważ wydawało mi się, że [stwierdzenie to] było w rzeczywistości rezultatem jego bezpośredniej obserwacji i przeprowadzonych eksperymentów. Mianowicie, że stosując odczynniki chemiczne, które lepiej mogą utrwalić i rozcieńczać jod, udało mu się zlikwidować formacje, które mnie wydawały się prawdziwymi strupami z krwawym uwarstwieniem, i na własne oczy stwierdzić potem, że niżej leżąca skóra nie wykazywała rzeczywiście żadnych anatomicznych zmian tkanki.”

Dociekliwy medyk pyta więc o to przełożonego kapucynów, który z racji swego urzędu musiał być obecny przy każdym badaniu – i dowiaduje się, że nie: żadne tego typu doświadczenie nie zostało przez Bignamiego przeprowadzone!

Festa postanawia wobec tego wykonać je sam: następnym razem udaje się do San Giovanni Rotondo uzbrojony w silne szkło powiększające (aby raz jeszcze, z bliska zbadać powierzchnię ran) oraz najskuteczniejsze znane, jak mówi, rozpuszczalniki jodu: alkohol etylowy i glicerol skrobi.

„[Jednakże] – konkluduje – ani alkohol etylowy, ani glicerol skrobi, zaaplikowane na rany na dłoniach i stopach o. Pio nie wykazały choćby najmniejszego śladu jodu, ani nie wyciągnęły na światło dzienne chociaż drobniutkiego skrawka skóry, leżącej pod nimi.”

No, cóż – do dziś, choć minęło już ponad 40 lat od śmierci niezwykłego zakonnika spór pomiędzy jego zwolennikami i przeciwnikami nie wydaje się wcale definitywnie zakończony. Zawsze jednak warto samodzielnie dowiedzieć się czegoś więcej – do czego serdecznie zachęcam również moich Czytelników.

Bibliografia:

S.Gaeta, A. Tornielli Ojciec Pio – Święty czy oszust? Prawda o zakonniku ze stygmatami,Edycja św. Pawła, Częstochowa 2010 [wszystkie wykorzystane cytaty pochodzą właśnie z tej książki]

F. Castelli, Przesłuchanie ojca Pio – odtajnione archiwa Watykanu., Serafin, Kraków 2009.