Bóg na ławie oskarżonych.

Szczerze mówiąc, byłam trochę rozbawiona, czytając o inicjatywie pewnego amerykańskiego ateisty, który postanowił pozwać… Boga przed Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, m.in. pod zarzutem doprowadzenia do nieszczęść i zbrodni, opisanych w Biblii.

Z podziwu godną logiką zauważył on np. że skoro Oskarżony „jest wszędzie”, to może się także w oznaczonym terminie stawić przed trybunałem. Zabawne?

Nie tak całkiem, jeśli zauważy się, że my wszyscy robimy coś podobnego każdego dnia, choć może w dużo mniej spektakularny i konsekwentny sposób.

Rzecz ciekawa, w naszym dzisiejszym świecie rzadko się zdarza, by ktoś przypisywał Bogu wprost swoje sukcesy. A nawet, gdyby ktoś nieopatrznie tak uczynił (mówiąc np. że „dobry Bóg dał mu trochę talentu”) – łatwo mógłby zostać uznany przez innych za „dewota”, „mohera”, słowem, człowieka, który niepotrzebnie miesza Boga w swoje ludzkie sprawy.

Nie, w takich wypadkach mówi się raczej: „To ja SAM do wszystkiego doszedłem! Tylko SOBIE to zawdzięczam!”

Ale niech no tylko zdarzy się jakieś nieszczęście, wypadek, katastrofa naturalna… Sytuacja wówczas zmienia się diametralnie.

W takich momentach nawet zaprzysięgli ateiści przywołują pytanie: „No, i gdzie był Bóg, że do tego dopuścił?!”

Często odnoszę wrażenie, że dla wszystkich – wierzących i niewierzących – Bóg staje się w takich chwilach Kimś w rodzaju „kozła ofiarnego”, na którego można zrzucić wszystkie NASZE ludzkie błędy i zaniedbania. Staje się idealnym oskarżonym. Tym bardziej, że przecież się nie broni.

Mówimy wtedy: „Gdzie był Bóg, kiedy JA …” No, gdzie On był?!

Przecież powinien był mnie powstrzymać, ochronić, stuknąć mnie w łeb, walnąć piorunem, nie pozwolić mi… Powinien był! Powinien był! W końcu to jest Jego święty obowiązek!

A ja, odkąd jestem matką, wiem, że o ile na początku działanie wychowawcze musi skupiać się głównie na tym, by skutecznie „powstrzymywać” dziecko przed zrobieniem tego, co mu zagraża (jak zjechanie samochodzikiem ze schodów, co Aniela od kilku dni próbuje zrobić z podziwu godnym uporem), to jednak w miarę upływu czasu polega na dawaniu mu coraz większej WOLNOŚCI.

I wydaje mi się, że tak właśnie postąpił z ludźmi Pan Bóg: obdarzył ich wolnością. I rozumem, aby wiedzieli, jak mądrze jej używać.

Ja często mówię, że to nie Bóg nakazał zbudować Oświęcim. I nie Bóg kazał pewnemu młodemu idiocie pędzić na motorze 100 kilometrów na godzinę bez kasku; a innemu (mimo wielokrotnych ostrzeżeń!) skakać na główkę do płytkiej wody. Bóg nie kazał nikomu nikogo zabijać… I tak dalej, i tak dalej.

Z problemem tym wiąże się dla mnie jeszcze inna kwestia, bardziej osobista – czy mianowicie uważam, że kobiety, które urodziły niepełnosprawne dzieci są w jakiś sposób „same sobie winne” – w dodatku jakby „winne podwójnie” bo przecież „skazały swoje dzieci na cierpienie” (co też zdaje się sugerować obiegowa opinia, jakoby te, które się na takie „wariactwo” decydują robiły to na zasadzie dobrowolnego „wyboru.” Pozostałym zaś, tym bardziej „normalnym”, należy wobec tego dać alternatywę w postaci aborcji. Według mnie trudno o większą bzdurę: nie znam nikogo, kto by się obudził rano z myślą: „Och, to takie cudowne mieć chore dziecko! Zrobimy sobie takie!” Po prostu czasami takie się rodzą. I nie zawsze tylko „innym.”

Podejście takie jest przy tym o tyle perfidne, że przerzuca całą odpowiedzialność za to na kobietę, matkę „takiego” dziecka – obarcza ją całą „winą”: „Sama tego chciałaś, więc dlaczego teraz płaczesz? Czego chcesz od nas jeszcze?” Chcącemu podobno nie dzieje się krzywda.

Nie. Nie i jeszcze raz nie. Uważam, że nie są niczemu winne (choć wiem, że był taki czas, gdy np. moja Mama uważała inaczej). No, może poza przypadkami, gdy np. świadomie piły w ciąży alkohol, brały narkotyki. Tam, gdzie nie ma „premedytacji” trudno też mówić o winie czy grzechu.

A gdybym miała szukać „winnych” swojej własnej niepełnosprawności (choć co prawda nie jestem przekonana, że w ogóle muszę to robić) – byliby to raczej ci ludzie – osobiście mi nieznani – którzy w swoim czasie nie dopatrzyli stanu technicznego inkubatora, a potem stanu leżącego w nim dziecka, czyli mnie.

A więc znowu mielibyśmy tu do czynienia raczej z „czynnikiem ludzkim” niż z jakimś złośliwym działaniem (czy zaniechaniem) Boga…

Muszę się przyznać, że osobiście większe problemy w omawianym kontekście sprawiało mi zawsze tzw. „zło niezawinione przez nikogo”, np. katastrofy naturalne.

Można jednak zauważyć, że i część z tych, wydawałoby się, zupełnie „przypadkowych” zdarzeń może być po części skutkiem naszego działania, np. zanieczyszczenia środowiska naturalnego, o czym dość zgodnie mówią i ekolodzy i teologowie.

A pozostałe? No, cóż – choć sama bardzo nie lubię tłumaczenia wszystkiego tym, że (rzekomo) „Bóg tak chciał” (dla kogoś, kto np. właśnie stracił dziecko to raczej marna pociecha; trudno mi też przypuścić, by Bóg faktycznie PRAGNĄŁ cierpienia niewinnych istot) – to jednak sądzę także, że Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie było w Nim miejsca na pewną TAJEMNICĘ.

Nie musimy (choć bardzo chcemy) zaraz wszystkiego „rozumieć” – choć mnie samej wydawało się czasem, że byłoby mi łatwiej, gdybym jednak zrozumiała…

„To, co zrozumiałeś – to już nie jest Bogiem.” – napisał ks. Jan Twardowski.

„Naturalne”=DOBRE?

Czyli etyka według Zbigniewa Hołdysa.:) I nie tylko.

W jednym z ostatnich „Newsweeków” obok zgranych już do granic możliwości tematów (jako to: pedofilia w Kościele i zawsze szczęśliwe związki partnerskie) zaciekawił mnie szczególnie felieton byłego rockmana, w którym to, naśmiewając się ze „wstecznych” poglądów Niesiołowskiego, udowadnia on, że instytucja małżeństwa jest wysoce „nienaturalna.”

Oczywiście, że tak. Wypadałoby zatem przede wszystkim zapytać znakomitego autora, czemuż to pragnie takową niewolą uszczęśliwić coraz to większe grupy ludzi, miast dążyć w ogóle do jej zniesienia?

Nie dosyć na tym. Rousseau, któremu również marzył się powrót do „natury” (tak, jak on sobie ją wyobrażał), twierdził, że pierwotni ludzie nie tylko „parzyli się” ze sobą bez głębszych uczuć i na drodze czystego przypadku (stąd też rozstawali się ze sobą, bez żalu, gdy tylko kopulacja została dopełniona), ale i porzucali własne potomstwo, gdy tylko się dało. Pomijając bezsens takiego założenia (ludzkie dziecko, nawet kilkuletnie, nie przeżyłoby bez pomocy dorosłych) filozof (którego idee legły u podstaw myśli XIX- i XX- wiecznej lewicy) sam zechciał wcielić je w życie, oddając kilkoro swoich pociech do cieszącego się złą sławą przytułku, gdzie najprawdopodobniej umarły. (Przyznawał wprawdzie, że jego konkubina, a matka owych dzieci, trochę się opierała, ale na szczęście zdołał ją przekonać do owego jakże „zgodnego z prawem natury” rozwiązania…).

Nawet zakładając, że można to uznać za „naturalne” (choć sądzę, że dałoby się z tym polemizować), niewielu chyba znalazłoby się takich, którzy by stwierdzili, że to, co zrobił „Ojciec Oświecenia”, było również DOBRE z moralnego punktu widzenia?

Pojęciem tego, co „naturalne” i „nienaturalne” szermują zresztą bez opamiętania wszystkie strony współczesnych światopoglądowych sporów (od pani Pawłowicz po panią Środę) – co wydaje mi się czasem pozbawione sensu.

Oto pewien profesor, badający zwyczaje organizmów jednokomórkowych, na łamach „Polityki” z kolei twierdzi, że powinniśmy w ogóle dać sobie spokój z definicjami płci, małżeństwa, etc., ponieważ „u niektórych gatunków” (przy czym uczony nigdzie nie twierdzi, że ten „naturalny” stan miałby dotyczyć również gatunku LUDZKIEGO!) istnieje nawet 100 różnych płci, a badane przez niego żyjątka radośnie kopulują w tworzonych a priori… trójkątach.

Otóż, moi Państwo, problem z „naturą” jest przede wszystkim taki, że jest ona niesłychanie… różnorodna. Dla przykładu można znaleźć gatunki roślinożerne, mięsożerne, mono-i poligamiczne, tworzące stada i preferujące (poza okresem rui) samotniczy tryb życia. Na której więc z propozycji „wszystkowiedzącej Matki Natury” powinniśmy, jako ludzie, oprzeć nasze życie indywidualne i społeczne?

Przyroda bywa też czasem niezwykle – z naszego punktu widzenia – okrutna. Wilk przypuszczalnie nie zastanawia się ani sekundy, zagryzając łanię, która właśnie ma młode (mimo że bez niej zginą), na porządku dziennym jest defekowanie, gdzie popadnie; porzucanie, a nawet pożeranie własnego potomstwa czy partnera, seksizm, gwałty (molestowanie seksualne to częsty sposób wymuszania posłuszeństwa w stadzie), a nawet kanibalizm. Wystarczy również przyjrzeć się np. wiewiórkom, by wiedzieć, że siódme przykazanie nie ma dla zwierząt jakiejkolwiek wartości – zwierzątka te, zapomniawszy, gdzie ukryły własne zapasy, bez żadnych skrupułów sięgają po to, co zgromadziły inne osobniki.

Wszystko to jest jak najbardziej „naturalne” (występuje wszak w naturze!), a jednak szczerze wątpię, by komukolwiek marzyła się LUDZKA społeczność zorganizowana na takich zasadach. Wielokrotnie już tu pisałam o tym, że naśladowanie zwierząt nie wydaje mi się – wbrew pozorom – najlepszym sposobem, by stać się CZŁOWIEKIEM (jak o tym świadczą choćby smutne historie dzieci, wychowanych przez przedstawicieli innych gatunków).

Już nawet nie wspominając o tym, że TOLERANCJA – która powoli wyrasta na wartość najwyższą w naszych (naturalnie!:)) zróżnicowanych społeczeństwach -zdaje się być czymś „w naturze” nieomal nieznanym (a więc „nienaturalnym”, jak najbardziej!), jak o tym może się przekonać choćby każdy hodowca drobiu, któremu wśród kilkudziesięciu żółciutkich kurczaczków wykluł się choć raz jeden czarny.

Sama byłam w dzieciństwie świadkiem takiego wydarzenia i wiem, że gdybyśmy wówczas nie zaingerowali w „stan natury” owe słodkie, żółciutkie kuleczki byłyby niechybnie  zadziobały na śmierć czarnego braciszka… W tym ujęciu „naturalna” wydaje się więc raczej… nietolerancja! Tolerancja jest „nienaturalna”, podobnie jak małżeństwo i jeszcze parę innych rzeczy, które odróżniają Homo sapiens od zwierząt.

No, to co, panie Hołdys? Schowamy ten transparencik?:)

Ludzkie zwierzę?

Często się słyszy, że zdrada jest częścią naszej „natury” i że tylko represyjne religie jej nam zakazały, oczywiście dla własnych korzyści…

Z tą „naturą” jednak sprawa nie jest wcale taka prosta, jak się zwolennikom „swingu”, poligamii (i innych takich) wydaje.

Przede wszystkim, którą część „natury” chcemy naśladować?:)
Delfiny, na przykład, osaczają w kilku samicę i gwałcą ją, a znów modliszka, jak wiadomo, zjada swego partnera w akcie seksualnym. Czy to oznacza, że i takie zachowania wśród ludzi powinniśmy uznać za DOBRE, bo przecież „naturalne” (występujące w naturze)?

Nigdy nie uważałam, by odwoływanie się do świata zwierząt było najlepszym sposobem na to, by stać się CZŁOWIEKIEM. Znacie termin „zezwierzęcenie”? Nie wydaje mi się, by był on pozytywny – nie tylko w odniesieniu do miłości i seksu zresztą.

Dalej, również wśród zwierząt spotykamy gatunki poligamiczne (jak lwy czy większość małp) i monogamiczne (niektóre ptaki). Dlaczego znowu odwoływać się tylko do tej części „natury” która właśnie odpowiada naszym przekonaniom na temat wierności małżeńskiej?:)

A jednak – u ludzi to nie tylko „natura” warunkuje to, co dobre, a co złe, lecz również KULTURA. No, i w ten właśnie sposób płynnie przechodzimy do Biblii.:) To prawda, że w początkach Starego Testamentu roi się od związków poligamicznych (po kilka żon mieli np. Jakub i Dawid, a Salomon miał podobno cały harem) , ale to dlatego, że taka KULTURA panowała wówczas na całym starożytnym Wschodzie.

Autorzy biblijni jednak stale  podnoszą uciążliwości i niebezpieczeństwa poligamii, podkreślając, że to związek jednego mężczyzny i jednej kobiety jest ideałem, do którego należy dążyć. (Księga Tobiasza, Księga Malachiasza, Księga Judyty. Jedną żonę mieli też np. Mojżesz i Izaak.) Było to zresztą związane z przemianami w całym ówczesnym świecie – bo choć Grecy i Rzymianie dopuszczali (jak zawsze i wszędzie) istnienie „kochanek/kochanków” na boku, to jednak oficjalnie promowali małżeństwa monogamiczne.

A Jezus już mówił WYŁĄCZNIE o takim wzorcu małżeństwa i nie ma to nic wspólnego z późniejszymi „interpretacjami” Kościoła, ani z tym, co mu się „opłaca” (myślicie, że podwójne, potrójne, czy poczwórne śluby byłyby, przynajmniej finansowo, mniej „opłacalne”?:)).

Zapytajcie zresztą kobiety w krajach muzułmańskich, czy naprawdę są szczęśliwe w takich „naturalnych” poligamicznych związkach. A w naszym kręgu kulturowym…

Czytałam kiedyś wspomnienia partnerki Sartre’a, która była przez lata „naganiaczką” młodych mężczyzn i kobiet do jego eksperymentalnej „Rodziny otwartej” – z każdym członkiem tej poligamicznej grupy podpisywano „kontrakt na wspólne życie” na dwa lata. I pod koniec życia ona przyznaje, że prawdopodobnie nie był to najlepszy możliwy sposób na życie i że być może robiła to wszystko tylko po to, aby JEGO zadowolić.

I jeszcze jedna ciekawostka przyrodnicza – mężczyźni nie mają jąder (w stosunku do ciała) tak małych, jak samce zwierząt, które są w pełni monogamiczne, nie mają też jednak „sprzętu” tak okazałego, jak te spośród małp, które „praktykują” poligamię. A dymorfizm płciowy, ta widoczna różnica pomiędzy samcem a samicą, choć występuje u ludzi (a nie występuje np. u „monogamicznych” ptaków, takich, jak np. bociany), nie jest jednak u nas aż tak wyraźny, jak u niektórych innych zwierząt. Warto też dostrzec prosty fakt, że okres „wychowywania młodych” trwa u ludzi znacznie dłużej, niż nawet u tych zwierząt, które łączą się w pary „na całe życie.”

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Że nie jesteśmy „z natury” ani poligamiczni, ani monogamiczni. W przeciwieństwie do zwierząt, które zasadniczo MUSZĄ kierować się w tej kwestii swoim instynktem, my mamy prawo WYBORU. I możemy także – przy pewnym wysiłku – zapanować nad naszą naturą…

Postscriptum: A ostatnio w literaturze fachowej coraz bardziej powszechne staje się twierdzenie, że w „naturze” człowieka leży raczej  coś, co określa się jako „monogamia seryjna” – i nie ukrywam, że jest to pojęcie bliskie także mojemu rozumieniu intymności. Co bowiem oznacza ten naukowo brzmiący termin?

Ano, znaczy to tylko tyle, że „z natury” jako ludzie jesteśmy zdolni do zbudowania głębokiego związku seksualnego i emocjonalnego (najwyżej) z kilkoma osobami w ciągu całego życia. A zatem na pewno nie z dziesiątkami czy setkami przygodnych partnerów…

 

(A ten „świński” obrazek pochodzi z Wikipedii…:))