Ktoś mógłby mi zarzucić,że jestem „psychiczną ekshibicjonistką”, obnażając na tym blogu wszystko, nawet moje (ostatnio) histeryczne stany i złości.
Niemniej jednak, proszę mi wierzyć, że robię to wszystko świadomie i w ściśle określonych celach.
Cel pierwszy jest natury osobistej: zawsze mi się wydawało, że ubranie czegoś w słowa stanowi moją naturalną obronę przed stresem. Często to stosowałam i zazwyczaj pomagało. Jako mała dziewczynka napisałam nawet o sobie taki wierszyk:
„Słowa, znane w ludzkiej mowie,
niech posłuszne będą tobie!
Niech cię chronią dobrym cieniem
przed tęsknotą i cierpieniem…”
Poza tym, dzięki temu co tu piszę, także P. (choć zazwyczaj jest daleko) ma na bieżąco wgląd w to, co się ze mną (i we mnie!) dzieje.
Cel drugi natomiast jest natury, że tak się wyrażę, „ogólnoludzkiej.”
Wydaje mi się bowiem, że kobiety i dziewczęta (zwłaszcza bardzo młode lub wychowane na „Ptakach ciernistych krzewów.” – mój spowiednik zawsze żartował, że tytuł tego ckliwego filmidła powinien raczej brzmieć „Ptaki w ciernistych krzakach” czy jakoś tak;)) mają często wyidealizowany obraz tego, czym jest albo czym powinna być tzw. „miłość do księdza.”
I, pisząc to wszystko, chciałam im pokazać…i je przestrzec…że taka miłość ma nie tylko jasne odcienie – że jest w niej miejsce na samotność i ból i na nie dające się rozwiązać rozterki moralne…Że jest jak spieniona, rwąca rzeka, do której wchodzi się zawsze z zamkniętymi oczami. I zawsze tylko na własną odpowiedzialność. Nie wiedząc wcale, co nas czeka…
Niech więc się ludzie dowiedzą, jak wygląda to życie – „że nie zawsze jest szampan i fruwanie w błękicie…” – jak śpiewała kiedyś Alicja Majewska…:)
