Cud eucharystyczny – i co z tego?

Na przełomie września i października 2009 r. wszystkie nasze media doniosły o domniemanym cudzie eucharystycznym w kościele p.w. św. Antoniego w Sokółce, jaki miał się zdarzyć na przełomie stycznia i lutego 2009 r.

Według relacji świadków podczas udzielania komunii jeden z księży upuścił konsekrowaną hostię. Zgodnie z ustalonymi na taką okoliczność przepisami liturgicznymi hostię umieszczono w wypełnionym wodą naczyniu, vasculum, w którym miała się rozpuścić.

Kiedy po kilku dniach wylano jego zawartość na korporał,  po odparowaniu wody na jego powierzchni pojawił się czerwony skrzep. Na polecenie kurii jego fragmenty zbadali na przełomie marca i kwietnia 2009 r. dwaj niezależni lekarze-specjaliści(patomorfolodzy): profesor Maria Sobaniec-Łotowska oraz profesor Stanisław Sulkowski z Akademickiego Ośrodka Diagnostyki Patomorfologicznej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Aby niczego nie sugerować, naukowców nie poinformowano, co jest przedmiotem badań.W swojej ekspertyzie stwierdzili oni zgodnie, że badana tkanka to fragment… ludzkiego mięśnia sercowego w stanie agonalnym.

Nie kwestionując wyników powyższych analiz, Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów zwróciło się z kolei do prokuratury z wnioskiem o wszczęcie postępowania wyjaśniającego w tej sprawie, jako że – jak całkiem rozsądnie zauważyli jego członkowie 🙂 – fragmenty mięśnia sercowego raczej nie wydostają się z ciała człowieka w sposób naturalny.:)

Daleko posuniętą ostrożność zachowuje również Kościół. Arcybiskup białostocki Edward Ozorowski powołał własną komisję, złożoną m.in. z teologów, a jej badania mogą potrwać nawet kilka lat. Na razie więc kuria nie potwierdza „cudu” – a duchowni apelują do wiernych o powściągliwość w wydawaniu sądów w tej sprawie.

Pierwsze historyczne świadectwa dotyczące tzw. cudu eucharystycznego pochodzą z VIII w. z włoskiego Lanciano. Ponoć w tamtejszym klasztorze pod wezwaniem św. Longina „pewien kapłan z zakonu św. Bazylego” odprawiał mszę świętą i w chwili, kiedy skończył wypowiadać słowa konsekracji hostia w jego rękach miała przemienić się w okrągły fragment ciała, a wino w krew. Zjawisko to podobno powtórzyło się w roku 1574.

W latach 1970-1971 relikwie z Lanciano przebadał profesor Odoardo Linoli. Badanie wykazało, iż jest to krew człowieka z grupy AB (ponoć bardzo popularnej w rejonie dzisiejszej Palestyny, ale bardzo rzadkiej w Europie), a cząstki ciała to fragment mięśnia sercowego. Obie zaś miały reprezentować tę samą grupę krwi, co krew znajdująca się na całunie turyńskim. Skład krwi odpowiada świeżej krwi ludzkiej. Odkryto również, iż zamoczona w wodzie zakrzepła krew odzyskuje płynną konsystencję. Badania te dowiodły przynajmniej, że badane relikwie rzeczywiście są pochodzenia ludzkiego.


Co chyba warto tu odnotować, zdarzenie bliźniaczo podobne do „naszego”, nieuznanego jeszcze, „cudu z Sokółki”, miało miejsce 18 sierpnia 1996 roku w kościele parafialnym Santa Maria w Buenos Aires. Księdzu Alejandro Pezeta po zakończeniu Mszy św., powiedziano, że na kościelnej posadzce leży porzucona hostia. Podniósł ją z ziemi z zamiarem spożycia, jednak widząc jej stan, umieścił ją w naczyniu z wodą i włożył do tabernakulum. Po kilku dniach zauważył, że hostia zamieniła się w jakąś krwistą substancję, której ilość w ciągu następnych kilku dni jeszcze się powiększyła. (Należy zatem rozważyć i taką możliwość, że ktoś odpowiednio oczytany po prostu w jakiś sposób „skopiował” niedawne wydarzenie z Argentyny…)


W 1999 r. kardynał Jorge Mario Bergoglio zlecił przeprowadzenie badań naukowych.


W dniu 5 października (w obecności przedstawicieli kardynała) niejaki dr Castanon pobrał próbkę, którą następnie przesłano do naukowców w Nowym Jorku. Jak to jest w zwyczaju, celowo nie poinformowano ich, z czym mają do czynienia.


Dr Frederic Zugibe, znany nowojorski kardiolog i patolog, stwierdził, że przesłana mu do zbadania substancja jest prawdziwym ludzkim ciałem i krwią, w której zachowało się DNA.


Oświadczył on mianowicie, że: „badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Mięsień ten jest odpowiedzialny za skurcze serca (…) Mięsień sercowy jest w stanie zapalnym, znajduje się w nim wiele białych ciałek. Wskazuje to na fakt, że [to] serce żyło w chwili pobierania wycinka (…). Co więcej, te białe krwinki wniknęły w tkankę, co wskazuje na fakt, że [ten człowiek] cierpiał – np. jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej.”


Naukowiec dodał, że w takich warunkach białe ciałka krwi powinny przestać istnieć po kilku minutach. Kiedy wyjawiono mu, skąd owa próbka pochodzi, dr Zugibe odparł: „W jaki sposób i dlaczego konsekrowana hostia mogła zmienić swój charakter i stać się ludzkim (…) ciałem i krwią, pozostanie dla nauki tajemnicą, która całkowicie przerasta jej kompetencje.”

I na tym w zasadzie można byłoby zakończyć, gdyby nie to, że to tak naprawdę… niczego nie zmienia. Dla wierzących katolików (i prawosławnych!) KAŻDA konsekrowana hostia jest Ciałem Chrystusa, a niewierzący (takie ich prawo!) pewnie dalej będą szukać zbezczeszczonych zwłok…


Pisząc ten post korzystałam przede wszystkim z informacji zawartych w Wikipedii, w artykułach prasowych, programach i na portalach informacyjnych, ale Czytelnikom bardziej zainteresowanym tematem mogę polecić dwie pozycje książkowe: Joan Carroll Cruz, Cuda Eucharystyczne, wyd. Exter 2002 oraz Renzo Allegri, Krew Boga. Historia cudów eucharystycznych, z roku 2005.

Kolejność uczuć…

Ostatnimi czasy przeżywamy przygotowania do chrztu naszego synka – i przy tej okazji zewsząd słyszymy o potrzebie  „dawania mu dobrego przykładu swoim życiem.”

I przyznam się, że skutkiem tych wszystkich pobożnych napomnień ogarnęło mnie nagłe pragnienie, aby na mszy chrzcielnej przystąpić do komunii, mimo że mi „nie wolno” – na szczęście P., któremu się z tego zwierzyłam, powiedział mi, że powstrzymanie się od tego (choć sprawia mi to pewien ból) jest właśnie wyrazem wierności Kościołowi…

Ale stale prześladuje jedna i ta sama myśl: czy naprawdę byłoby aż tak wielkim złem i zgorszeniem, gdyby Kościół (po stosownym okresie pokuty) udzielał swoim kapłanom sakramentalnego małżeństwa, zamiast zgadzać się, by – z powodu ludzkiej miłości – do końca życia trwali w stanie nieodpuszczalnego grzechu?

W historii często się zdarzało, że udzielano święceń mężczyznom żonatym – ale czy rzeczywiście NIGDY nie bywało odwrotnie?

Dlaczego (będę o to pytać do znudzenia) wolno „opuścić człowieka dla Boga” (cóż to za określenie!), ale nigdy odwrotnie? Czy nie oznacza to w istocie, że – choć mówi się o dwóch „równorzędnych” sakramentach – stawiamy małżeństwo NIŻEJ od kapłaństwa? Bo gdyby było inaczej, jakie znaczenie miałaby KOLEJNOŚĆ ich przyjmowania?

I aż chciałoby się tu zapytać za Arturem Sporniakiem – „Jeżeli mówi się, że kapłani i osoby konsekrowane oddają się Bogu „niepodzielonym sercem”, to czy to oznacza, że małżonkowie mają serca „podzielone”?” Innymi słowy, czy naprawdę uważamy, że ten, kto kocha człowieka całym sercem, tym samym jakby MNIEJ kocha Boga?

I czy rzeczywiście Pan Bóg jest tak po ludzku „zazdrosny” o serce człowieka? A jeżeli tak, to czemu u początków Biblii znajdujemy słowa o tym, że „nie jest dobrze być człowiekowi samemu”? Adam w raju przecież nie był „sam” – teologowie uczą nas, że znajdował się w stanie takiej zażyłości z Bogiem, jak żaden z późniejszych świętych – a jednak potrzebował drugiej istoty podobnej do siebie. Czyżby to oznaczało, że miłość Boga czasami jakby „nie wystarcza” człowiekowi?

I tak jakoś na marginesie tych rozważań przyszło mi na myśl, że chyba już wiem, dlaczego Maryja MUSIAŁA pozostać na zawsze dziewicą (choć, oczywiście, wierzę w nauczanie Kościoła o Jej dziewiczym macierzyństwie)  – przecież jeżeli już Bóg tak cudownie zainterweniował w Jej życie, że nazywa się Ją nawet „Oblubienicą Ducha Świętego” – to nie do pomyślenia było, żeby POTEM „tak po prostu” była Żoną dla zwykłego cieśli, choćby nawet najpobożniejszego, prawda?

A jednak, czy ujmowałoby to cokolwiek Boskości Jezusa, gdyby Jego Rodzice (już po Jego narodzinach) cieszyli się także swoją fizyczną bliskością? Pismo Święte mówi przecież jedynie, że: „Józef nie zbliżał się do Niej, AŻ porodziła Syna.”

A wszystkich oburzonych chciałabym zapytać, czy naprawdę sądzą, że samo miłosne zbliżenie (w małżeństwie!!!) jakoś naruszyłoby Jej niepokalaną świętość?

No, proszę – i znowu ta nieszczęsna kolejność uczuć…

Głód i pragnienie.

W książce Tomasza Jaeschke „Nierządnice” znalazłam między innymi radę, jakiej (ponoć) udzielił o. Jacek Salij (którego zresztą zawsze uważałam za mądrego kapłana) kobiecie, znajdującej się w podobnej sytuacji, jak ja – bo rozwiedzionej.

 

„Proszę się zastanowić – pisze do niej dominikanin – czy Pani ból wynika z głodu Eucharystii, z tęsknoty za Ciałem Chrystusa, czy może z poczucia niesprawiedliwości, że pozbawiono Panią czegoś w sytuacji, w której Pani sama nie widzi nic złego?”

 

Ach, więc mamy „czysty ból” i ból nieczysty, dobry głód i zły głód…

 

Tomasz ripostuje tu mądrze: „Powiedz, ojcze Janie, ile razy przyjmowałeś Ciało Chrystusa z uczuciem GŁODU? Tak między nami-kapłanami?”

 

Nie mnie to sądzić, ale… kiedy przyglądam się (z uczuciem bolesnej zazdrości) ludziom, którzy przystępują do spowiedzi i do Komunii, nieodmiennie nachodzi mnie myśl – czy oni wszyscy naprawdę wiedzą, jak wielkie dary otrzymali? Czy może przyjmują te sakramenty jako coś oczywistego, coś, co po prostu „im się należy”, jak przysłowiowemu psu zupa?

 

Oni – czyści, prawi, bezgrzeszni. Oni – choćby nawet co przewinili,to będzie im zaraz przebaczone. Oni – którzy „by nigdy” nie zakochali się w tym, kogo kochać nie wolno (to mniejsza, że żaden z nich nigdy nie pokochałby także mnie – do tego widać trzeba było być księdzem)

 

Szczęśliwi zjadacze Chleba z Pańskiego stołu…

 

A mnie skręca głód i pragnienie – bo mi nie wolno tknąć nawet okruszyn z tego Stołu. I gdybym nawet kogoś zabiła – to w końcu byłoby mi odpuszczone – ale że się zakochałam – o, to już nie będzie mi darowane ani w tym życiu ani nawet (jeśli im wierzyć) w przyszłym świecie. Amen.

 

Mówią, że dla Boga nie ma nic niemożliwego – a jednak nie wierzą mi, kiedy mówię, że On MÓGŁ sprawić miłość pomiędzy mną a swoim kapłanem – a ja nie byłam w stanie oprzeć się swemu sercu i zaprzeczyć sumieniu. Bóg jednak nie wszystko może – nie może, na przykład, mi przebaczyć…

 

Zapytano kiedyś rzecznika kurii krakowskiej, co – jego zdaniem – żonaci księża powinni robić w Kościele. Odparł, że powinni dobrze wychować swoje dzieci. Nie dostrzegł jednak chyba, jakie to trudne w sytuacji, kiedy Kościół (chcę wierzyć, że dla ich „duchowego dobra…”) pozbawia ich podstawowego Pokarmu…

 

I jakże my zdołamy kiedyś wytłumaczyć Antosiowi, że życie sakramentalne jest czymś ważnym i pięknym, skoro ani mama ani tata nie korzystają z niego nigdy?

 

I tak mi się jakoś ostatnio pomyślało…

Jakże odrzucić mogłam to,

co z ręki Boga na mnie przyszło?

Czyż nie uczono zawsze mnie,

że z Niego i przez Niego wszystko?