Wolność okiem filozofa.

Profesor Magdalena Środa, która podczas kampanii prezydenckiej zasłynęła powiedzeniem, że kobieta, która nie pracuje zawodowo, wyznaje „prehistoryczne poglądy” (czekam w związku z tym, kiedy pani filozof zacznie wyzwalać z tej straszliwej niewoli panią Małgorzatę Napieralską….) – ostatnio wzięła się też za pewną Polkę nawróconą na islam, która „miała czelność” stwierdzić, że jej religia daje jej poczucie wewnętrznej wolności.

„Nie wydaje mi się, aby taka głęboka religijność była czymś DOBRYM.” – stwierdziła wyniośle z wyżyn własnego światopoglądu.
A ja, głupia, myślałam, że „feminizm” to między innymi wolność wyboru – i nie ocenianie w kategoriach etycznych wyborów, których dokonują inni ludzie (a zwłaszcza kobiety:)). Podobno dopóki ktoś wybiera jakiś sposób życia z własnej i nieprzymuszonej woli, nikomu nic do tego?:)
Okazuje się jednak, że (podobnie jak w przypadku aborcji, którą eufemistycznie nazywa się „wyborem” – jak gdyby wybór przeciwny w ogóle na tę nazwę nie zasługiwał:)) „dobry”, słuszny i właściwy wybór może być tylko jeden. Taki, jakiego dokonała prof. Środa…
I być może jedyna dobra rzecz, jaka z tego wszystkiego wynikła, to fakt że filozofka była zmuszona przyznać, że „i  wśród polskich katolików zdarzają się związki partnerskie” – bo dotychczas twierdziła, że KK jeśli nawet wprost nie nakazuje, to przynajmniej milcząco popiera bicie żon przez swoich wyznawców płci męskiej… (Muszę wobec tego powiedzieć P., żeby lepiej wywiązywał się ze swoich obowiązków religijnych – przez trzy lata naszego związku nie wybił mi jeszcze ani jednego zęba…)



Która z tych młodych kobiet czuje się bardziej wewnętrznie wolna? A, Bóg jeden raczy wiedzieć…



Wojenko, wojenko – co z Ciebie za PANI?!

Jakiś czas temu na jednym z blogów jakiś „prawdziwy macho” pastwił się nad ideą, że kobiety mogłyby służyć w wojsku.

Wywodził, że wówczas działania wojenne mogłyby się nie odbyć z powodu…złamanego paznokcia, a najbardziej chronionymi obiektami byłyby salony kosmetyczne, podczas gdy „cała nasza (męska?) cywilizacja” obracałaby się w perzynę…

Mniejsza z tym, że sądzę, że kobiety dowodzące armią chroniłyby raczej szpitale i domy dziecka – i że osobiście uważam, że „świat rządzony WYŁĄCZNIE przez kobiety” byłby równie beznadziejny jak ten, w którym rządziliby JEDYNIE mężczyźni (popatrzcie, jaki „raj” urządzili w Afganistanie talibowie…). Od strony kobiet podobny popis złej woli i (przy okazji) niezrozumienia „męskiego świata” dała ostatnio prof. Magdalena Środa, pytając po pierwsze, po co NAM te stadiony i to całe Euro 2012? (Przecież to „oczywista oczywistość”, że jeśli ona, kobieta, nie interesuje się futbolem, to cała ta „durna, męska gra” jest całkowicie zbędna dla ludzkości!) A po drugie, oburzając się na rzekomo „seksistowskie” hasło, promujące Kraków, które mówi, że jest to dobre miejsce „do zaliczenia.”

Mnie, kobiecie, skojarzyło się to WYŁĄCZNIE „z zaliczeniem” egzaminów lub obowiązkowej wycieczki. A pani z czym, pani profesor? 😉

Prawda jest jednak taka, że potrzebujemy siebie nawzajem (nie tylko w wiadomych celach!) i żaden szowinizm tego nie zmieni. Wiele kobiet (w tym i niżej podpisana!)jest kompetentnymi, sumiennymi pracownicami, którym nie w głowie damskie intrygi. Zresztą, czy zauważyliście, co się dzieje w czysto męskich zespołach? Może nie kwitnie w nich plotkarstwo (to plaga zespołów kobiecych – wiem, co mówię, skończyłam żeńskie liceum!) ale za to rywalizacja i nierzadko otwarta agresja (kobiety, jak już tu gdzieś pisałam, wolą agresję niebezpośrednią).

Badania pokazują, że najbardziej efektywnie pracują zespoły mieszane. O czym rozmawiają kobiety, gdy są same? O facetach, ciuchach, dzieciach, seksie, koleżankach, serialach, kosmetykach. (blee!;)) A faceci? O kobietach, seksie, piłce nożnej, samochodach… Naprawdę ciekawe dyskusje toczy się w gronie mieszanym! 🙂

Ale wracając do kobiet w armii…Jestem historyczką – i wiem, że od zarania dziejów kobiety służyły w wojsku i jakoś nie czytałam, by któraś wymówiła się od walki menstruacją czy bólem głowy! Mityczne Amazonki podobno odcinały sobie nawet pierś, by sprawniej rzucać oszczepem, a Spartanki wychowywano równie surowo, jak chłopców… Do dzisiaj kobiety służą w armii Izraela, a Finowie zawdzięczają swoim żołnierkom sukcesy w wojnie ze Stalinem w 1939/40 roku. (Kobiety także – co im się nie chwali – bez strachu przeprowadzają zamachy terrorystyczne…).

Problemem mogą tu być raczej mężczyźni, którzy nie chcą widzieć w swoich koleżankach równorzędnych partnerek w mundurach (stąd kwestia „molestowania” w armii itd.)

Oczywiście, rozumiem chęć pozostawienia przynajmniej wojny wyłącznie w męskich rękach – skoro „te baby” szturmem wdzierają się wszędzie – ale błagam,  nie mówmy, że to dlatego, że one po prostu „nie nadają się” do solidnej roboty!

Postscriptum: Niedawno oglądałam wstrząsający reportaż o młodych Amerykankach, które wróciły z wojny w Iraku. Wszystkie cierpiały na Zespół Stresu Pourazowego, czy jak kto woli, syndrom pola walki (miały poważne zaburzenia emocjonalne).  I pod wpływem tego zaczęłam się ponownie zastanawiać, czy wojna to jednak nie powinna być wyłącznie „męska sprawa”? Pal sześć, co o tym sądzą feministki…

  

(Izraelska żołnierka pocieszana po śmierci trzech towarzyszy broni. Zdjęcie pochodzi z www.kobieta.gazeta.pl)

Czy każda kobieta to anioł?

Nie da się ukryć, że niektóre kobiety LUBIĄ być traktowane jak boginie (miałam taką koleżankę, iście posągową piękność, której jedyną przyjemność stanowiło doprowadzanie tych nieszczęsnych facetów do stanu wrzenia, a potem do rozpaczy – bo jako „bogini” nie potrafiła im odwzajemnić żadnych LUDZKICH uczuć…), ale zauważyłam, że jako takie zazwyczaj pogardzają swoimi wiernymi czcicielami (a niekiedy wręcz perfidnie ich wykorzystują, wyciskając jak cytrynkę).

I mam nieodparte wrażenie, że tak naprawdę potrzebują mężczyzny, który by się odważył strącić je z tego piedestału, przerzucił przez ramię i… zaciągnął do jaskini. 😉

Przyznam się też, że nigdy jakoś nie mogłam zrozumieć tej męskiej tendencji do „ubóstwiania” kobiet – czytałam np. o wielu facetach, którzy chodzili zaspokajać swoje fizyczne potrzeby do wiadomych agencji, bo żona była w ich oczach już tylko matką ich dzieci i „kapłanką domowego ogniska” – a jakże tu „pokalać” taką świętość?

W XIX w. dochodziło z tego powodu wręcz do tragedii (już nie wspominając o histerycznych spazmach w noc poślubną!) – kobiety np. nagminnie chorowały na nerki, bo w obecności mężczyzn wstydziły się iść nawet do toalety. Bo „anioły” przecież nie siusiają, prawda?

W dzisiejszych zaś czasach wyraźną tendencję do idealizowania kobiet wykazują niektóre środowiska feministyczne – w myśl ich ideologii nosicielem wszelkiego zła jest zawsze tylko i wyłącznie mężczyzna (słyszałam nawet o planach, by mężczyznom podawać preparaty hormonalne, mające neutralizować rzekomo „złowrogi wpływ” testosteronu!). W większości różnorodnych „kampanii przeciw przemocy” czarnym charakterem jest jedynie mężczyzna. To on jest tym, który „pije, bije a i molestuje też!” – tak, jakby nie było prawdą, że również kobiety maltretują swoje dzieci, na przykład…

Niektóre szczególnie radykalne odłamy feministek oddają nawet cześć żeńskiej bogini (Gai, Matce-Ziemi), albo też „Chryście” zamiast Chrystusowi… Pierwiastek żeński symbolizuje wtedy dobro, piękno i pokój, a męski – ciemność i wojnę…

I kiedy ktoś mi mówi (a zdarzało się to czasem:)), że jestem „jak bogini” – to ja mówię jasno i stanowczo: nie! Nie, nie i jeszcze raz nie!

Pomijając już fakt, że dla mnie, jako chrześcijanki, jest to zwykłe bałwochwalstwo 😉 – sądzę, że kobieta nie jest ani „aniołem” ani „diablicą.” jest tylko – i „aż”! – człowiekiem. Tak samo jak mężczyzna zresztą.

 

 

(Obrazek pochodzi z www.mojageneracja.pl)