„Trybuna” nr 269 (5994) z dnia 17 XI 2009 r. nareszcie ma niezbite dowody: „DWIE MAMY SĄ LEPSZE!” (Ciekawostka, dlaczego „dwie mamy” a nie „dwóch ojców”? Czy ojcowie- geje nie powinni poczuć się w tym momencie urażeni?:) No, tak – zapominałam, że dla lewicy mężczyzna jest mniej więcej tak samo przydatny w wychowaniu dziecka, jak piąte koło u wozu – a może nawet mniej…)
„Homik”, chomik – dwa bratanki?
Niedawno na łamach „Rzepy” znany ze swoich konserwatywnych poglądów redaktor Tomasz P. Terlikowski stwierdził, że jeśliby brać pod uwagę tylko stosunek do prokreacji i wychowania dzieci – to nie ma znaczącej różnicy pomiędzy relacją homoseksualną a zoofilią.
Oczywiście nigdy nie posunęłabym się do takiego porównania, ponieważ w pierwszym przypadku chodzi, mimo wszystko, o związek dwóch OSÓB. I to właśnie, panie redaktorze, jest ta „znacząca różnica”, której nie sposób pominąć – no, chyba że uznamy, że nie ma także wyraźnej różnicy pomiędzy zoofilią a niepłodną parą małżeńską…
Na początek warto sobie przypomnieć, że Jezus mówił o „ludziach NIEZDOLNYCH do małżeństwa, którzy się takimi urodzili, albo których ludzie takimi uczynili” – i jakoś nie mogę się doszukać w tych słowach choćby cienia pogardy. To tylko proste stwierdzenie faktu, że małżeństwo nie jest dla wszystkich.
Ale trzeba też pamiętać, że nasza obyczajowość zmienia się dużo szybciej, niż nasze rozumienie Ewangelii…
I gdybyście zapytali homoseksualistów 40 lat temu, czy chcieliby zawierać ZWIĄZKI MAŁŻEŃSKIE – odpowiedzieliby z pewnością: „Nie, nie, skądże znowu! Chcemy tylko żyć w szczęściu i spokoju we własnym domu, nie wadząc nikomu.” A dziś już domagają się nie tylko uregulowania prawnego dla swoich związków partnerskich (do czego w zasadzie powinni mieć prawo), ale także ślubów kościelnych… Tak samo zresztą było z prawem do adopcji dzieci. I tu także ewolucja poglądów przebiegała od: „Ależ przecież nikt nie mówi, że…” aż do: „Jest naszym naturalnym PRAWEM, by wychowywać dzieci!”
Ostatnio nawet czytałam (i to tym razem nie na „Frondzie”, tylko w uważanej za lewicującą „Angorze”- co, jak sądzę, znacznie podnosi wiarygodność tej informacji:)), że w Anglii i Walii planuje się odebranie statusu organizacji charytatywnych chrześcijańskim ośrodkom adopcyjnym, które „uporczywie odmawiają” przyznawania dzieci rodzinom alternatywnym… No, cóż – wychodzi na to, że nie wypada już wyznawać poglądu, że być może LEPIEJ jest dla dziecka po dawnemu mieć „mamę” i „tatę” niż dwójkę rodziców tej samej płci…
Tak dalece przesunęliśmy granice tego, co jest, a co nie jest „normą” w życiu człowieka, że już niczego nie można być „pewnym.” I niestety, również pedofile przyznają, że wzorem dla nich w walce ze „społecznym ostracyzmem” jest droga, jaką przebyli homoseksualiści.
Tak więc na razie pedofile domagają się jedynie „depenalizacji” swoich skłonności (jeszcze w czasach Oscara Wilde’a także „pederastia”- jak to wówczas nazywano – była przestępstwem ściganym przez prawo). No, bo skoro to jest choroba, to za cóż tu karać? A potem, po cichutku, przegłosuje się, żeby pedofilia nie była i chorobą, tylko jedną z „równouprawnionych orientacji.” (Homoseksualizm został ostatecznie skreślony z listy schorzeń WHO dopiero w 1990 roku).
A jeszcze później z pewnością znajdą się „mędrcy”(w rodzaju „psychologa” Andrzeja S.) którzy przekonają nas, że taka relacja młodego człowieka z dorosłym nie tylko nie musi być ze szkodą dla jego rozwoju, ale nawet może być dla niego „ubogacająca.” A mitologia i historia z pewnością pospieszą z użytecznymi przykładami…:(
Jeszcze 100 lat temu stosunki pomiędzy mężczyznami w naszym kręgu kulturowym miały charakter nieomal „przestępczy” – a dziś już mało kto ośmiela się twierdzić, że w relacji homoseksualnej jest cokolwiek „niezwykłego.” I któż nam zaręczy, że w przyszłości tak samo nie stanie się z pedofilią czy z zoofilią? Niestety, drodzy państwo – to wcale NIE JEST niemożliwe.
Uwaga: ja wcale nie stawiam znaku równości pomiędzy homoseksualizmem a pedofilią! – stwierdzam jedynie, że pewne mechanizmy wywierania wpływu na mentalność społeczną „wypróbowane” przez organizacje gejowskie z powodzeniem dadzą się zastosować we wszystkich innych przypadkach.
A w przypadku zoofilii wystarczyłoby jedynie przyjąć (za Peterem Singerem i jego uczniami), że nie ma nic szczególnego w tym, że należymy akurat do gatunku Homo sapiens – nie ma zatem żadnej JAKOŚCIOWEJ różnicy pomiędzy człowiekiem a kozą… A „w naturze” (to z kolei argument dla zwolenników skrajnego naturalizmu:)) takie przypadki współżycia między osobnikami, należącymi do dwóch różnych gatunków również się zdarzają…
Syndrom oblężonej twierdzy?
Z okazji wczorajszej warszawskiej Parady Równości TVN24 zaprosiła do rozmowy szefa „Kampanii Przeciw Homofobii”, Roberta Biedronia, oraz znanego ze swoich kontrowersyjnych poglądów polityka UPR, Janusza Korwin-Mikke, słusznie zakładając, że takie zderzenie dwóch skrajnych postaw zawsze jest interesujące, albo przynajmniej… zabawne.
Niestety, z dyskusji nic nie wyszło, bo zamiast porozmawiać rzeczowo, obaj panowie zaczęli natychmiast się sprzeczać…o słowa.
Robert Biedroń poczuł się otóż urażony dość żartobliwym zresztą określeniem „homosie”, którego z kolei Korwin-Mikke używał z uporem godnym lepszej sprawy.
Ta dosyć kuriozalna sytuacja skłoniła mnie na nowo do refleksji nad tym, czym właściwie jest ta „mowa nienawiści” – którą to pan R.B. i jego koledzy tropią z takim zaangażowaniem, nawet tam, gdzie jej…nie ma!
Już tu kiedyś pisałam (zob. „Obraza uczuć religijnych…”), że ludzi mogą „obrazić” najprzeróżniejsze rzeczy, nawet najzupełniej niewinne – ale czy wobec tego wszystkie one powinny być zagrożone karą więzienia do lat trzech?
Sama czuję się często zniesmaczona dosyć agresywnym tonem, którego używa niejaki Atton (www.ateistaa.blog.onet.pl), ilekroć pisuje o katolikach – ale czy ja domagam się, aby go za to przykładnie ukarać? NIE!
Bo wiem, że publiczne wyrażanie jakichkolwiek poglądów zakłada także prawo do ich krytyki – na tym, ogólnie rzecz biorąc, polega WOLNOŚĆ SŁOWA.
Natomiast pan Robert Biedroń domaga się, aby „rugować” z mediów osoby, które mają inne przekonania, niż on sam. Innymi słowy: „Kto nie będzie kochał gejów (Żydów, masonów, cyklistów…) zostanie rozstrzelany!” Albo przynajmniej wysłany na przymusową terapię…
No, dobrze… Tylko z kim wówczas środowiska homoseksualne będą prowadzić „debatę”? Zawsze mnie uczono, że aby była dyskusja, muszą zaistnieć co najmniej DWA różne zdania…
Por. też: „Co naprawdę myślę o…HOMOSEKSUALIZMIE?”; „Raport mniejszości.”; „Obraza uczuć religijnych – czyli co?”
