„Zachustowani.”

Liberalna Francja, ów wzór postępu i wolności wszelakiej, rozprawiwszy się z grubsza z „problemem romskim” wzięła się z kolei za muzułmanów – a właściwie za muzułmanki, zakazując im (pod karą grzywny) noszenia burek i nikabów. (czyli tych zasłon na twarz, które pozostawiają odkryte jedynie oczy:)). Co ciekawe, w głosowaniu ostentacyjnie nie wzięła udziału francuska Partia Socjalistyczna, która (słusznie moim zdaniem) argumentuje, że jest to pewnego rodzaju zamach na prawa obywatelskie.

No, bo jeśli demokratyczne państwo już zaczyna dyktować ludziom, jak (nie) wolno im się ubierać „w miejscach publicznych” – do których, co ciekawe, zaliczono także ulice, parki czy autobusy (zacierając tym samym granice pomiędzy tym, co „publiczne” a tym, co „prywatne” – dlaczego bowiem kogokolwiek miałaby obchodzić, co ja noszę na sobie w swoim wolnym czasie?! Miejsce może i jest „publiczne”, ale ja jestem najzupełniej prywatna!:)) – to czym w istocie różni się taka praktyka od tego, co robią u siebie „islamskie państwa wyznaniowe” – tyle że w odwrotną stronę?

W obydwu przypadkach mamy do czynienia z pewnego rodzaju paternalistyczną postawą państwa – na zasadzie „już my Was nauczymy, czym jest PRAWDZIWA wolność.” Jest nią to, co za taką uznaje wyznawana przez nas ideologia…

Ja jednak mam wątpliwości, czy taka wolność (podobnie jak np. demokracja z jakimkolwiek przydomkiem) rzeczywiście zasługuje na swoją nazwę?

I wydaje mi się, że francuscy socjaliści mają rację, postulując, aby ów zakaz wprowadzić tylko tam, gdzie jest bezwzględnie konieczny ze względów bezpieczeństwa i porządku publicznego (np. w urzędach czy na policji). Tym bardziej, że – co mnie nieco zdziwiło – większość kobiet, które nad Sekwaną tak rygorystycznie zakrywają twarze, to rdzenne Francuzki, nawrócone na islam. Wychodzi więc na to, że państwo zwraca się tutaj nie tyle przeciw kolejnym „obcym” – co przeciwko części własnych obywatelek…

Proszę się nie martwić: zdaję sobie równocześnie sprawę, jak łatwo tego typu zasłony mogą zostać wykorzystane np. w celach terrorystycznych – i mam wrażenie, że zgodnie z nakazami Koranu pobożnej muzułmance powinna wystarczyć zwykła chusta, hidżab (który także, moim zdaniem, nie powinien wadzić nikomu w większości sytuacji…). Nawiasem mówiąc, sądzę, że kiedy fundamentaliści zorientują się, że tak jednoznacznie identyfikujemy zagrożenie terrorystyczne z określonym strojem, z ochotą założą europejskie dżinsy i koszulkę z Kaczorem Donaldem. Po czym spokojnie podłożą bombę.

  

Postscriptum: W kontekście omawianego tematu, muszę jednak przyznać, że zadziwiła mnie liońska kuria arcybiskupia, która na wieść, że jeden z robotników odnawiających tamtejszą katedrę umieścił na jej ścianie napis „Allach jest wielki!”, ażeby (uwaga, uwaga!) sprawić przyjemność swemu szefowi, który jest muzułmaninem,

stwierdziła, że jest to w istocie bardzo piękny przejaw ekumenizmu. Niewątpliwie, księże arcybiskupie. Czekam w takim razie, kiedy będzie można (w duchu pokoju, porozumienia i przyjaźni, oczywiście) umieścić jakiś symbol chrześcijański na ścianie któregokolwiek z europejskich meczetów…

Święta wojna?

Jest raczej oczywiste, że wiary w Chrystusa, Księcia Pokoju, nie głosi się „mieczem”. PRAWDA przecież powinna obronić się sama, nieprawdaż?

A jednak, jak mi mówił mój spowiednik, jest jeszcze zbyt wielu chrześcijan (nie tylko katolików!), dla których najważniejszym zdaniem z całej Ewangelii jest to, że Piotr kiedyś odciął ucho słudze arcykapłana. Chwała mu! Przecież walczył z „wrogami Chrystusa” aż do przelewu krwi…

I tak jakoś sobie o tym przypomniałam, kiedy przeczytałam na „Frondzie”, że jakichś dwóch chrześcijańskich (?) aktywistów w USA zastrzeliło słynnego lekarza-aborcjonistę… I że niektórzy z naszych chcieli użyć mszy świętej (sic!) do zagłuszania koncertu Madonny… Na szczęście kuria się nie zgodziła na takie bezeceństwo…

A kiedyś, w sam Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, osobiście byłam świadkiem, jak pewien ksiądz zachwycał się faktem, że muzułmanie są gotowi nawet zabijać w obronie swojej wiary… „A wy co?!” – pytał retorycznie osłupiałych z wrażenia parafian.

Ostatnio również w radiu TOK FM słyszałam pewnego wielce oburzonego pana, który krzyczał, że za takie teksty o wierze, na jakie pozwala sobie ten i ów redaktor, to w Arabii Saudyjskiej dawno by już poleciały głowy. I się przeraziłam – bo usłyszałam w głosie tego pana nutkę zawodu, że u nas jednak tak nie można…

Wszystko to obrazuje chyba zupełne niezrozumienie pewnej fundamentalnej różnicy, jaka zachodzi pomiędzy chrześcijaństwem i islamem. Dla muzułmanina każda „obraza Boga” jest osobistą zniewagą, która domaga się zmycia nawet krwią bluźniercy.

Ale chrześcijaństwo, o ile mnie pamięć nie myli, jest religią Boga „który sam dał się gnębić” i który „nie zasłonił swej twarzy przed zniewagami i opluciem.” Jako wyznawcy takiego Boga nie powinniśmy chyba spodziewać się niczego innego?

Z drugiej jednak strony… ja jestem – w pojęciu niektórych – tylko „ciemną babą”, ale jakoś tak mi się wydaje, że w PAŃSTWIE DEMOKRATYCZNYM każdy (nawet tak głupi, jak tamten „śmiertelnie oburzony” rady PiS) może mieć jakie chce przekonania, tak długo, jak długo nie stają się one obowiązującym wszystkich PRAWEM.

A czy mi się tylko zdaje, czy także zwolennicy „tolerancji” i „postępu” chcieliby wyrugować z przestrzeni publicznej te poglądy, które się nie zgadzają z ich własnymi?:)

Szczerze powiedziawszy, cała ta sprawa z koncertem Madonny ani mnie ziębi, ani grzeje. Ta pani podobała mi się wyłącznie w musicalu „Evita”- a jej prowokacje „religijne” pomijam wyniosłym milczeniem. Sądzę też, że nieco spoważniała od czasów, gdy grywała w podejrzanych filmikach.

Myślę również, że wszelkiego rodzaju „święte oburzenie” (a swoją drogą, my-wierzący nie mamy na nie monopolu: środowiska laickie też się chętnie „oburzają” na różne rzeczy, tylko że wtedy jest to „słuszne i zbawienne”, prawda?:)) jest raczej świetną reklamą.

Postscriptum: A mój przyjaciel, który często „podrzuca” mi nowe tematy, przysłał mi niedawno  taki artykuł z portalu Sfora.pl:

Prezydent Irlandii Mary McAleese podpisała nowelizację ustawy zakazującej bluźnierstwa. Od października obraza Boga i uczuć religijnych będzie karana w Irlandii grzywną do 25 tys. euro. Karane mają być bluźniercze publikacje i wypowiedzi. 

Wykreśliliśmy karę więzienia i zastąpiliśmy ją karą pieniężną, bo to bardziej pasuje do naszych czasów. Taryfy ulgowej jednak już nie będzie – powiedział Dermot Ahern, minister sprawiedliwości.

Nowe przepisy chronią również wyznawców innych religii.

Ateistom będzie groziła grzywna za stwierdzenie, że Bóg jest wymysłem, Żydom za stwierdzenie, że Chrystus nie był Mesjaszem, a chrześcijanom za obrazę Allaha – pisze „The Irish Independent”,

Kary za bluźnierstwo przewiduje także prawo Austrii, Finlandii, Hiszpanii, Holandii i Włoch.”

 

Osobiście nie jestem pewna, czy Boga w ogóle można „obrazić” – to raczej ci, którzy twierdzą, że w Niego wierzą, (zbyt?) często czują się obrażeni. Z drugiej jednak strony, jeśli prawo chroni przed „obraźliwymi wypowiedziami” ludzi różnych ras czy orientacji seksualnych, to dlaczego nie (nie)wierzących? Bo, gwoli sprawiedliwości, ateistów i ich przekonania też trzeba by objąć ochroną…:)

 

A swoją drogą, to dziwne, że właśnie w Irlandii, która – po ostatnio ujawnionych skandalach kościelnych, zalegalizowaniu aborcji i rozwodów i paru jeszcze podobnych „przemianach obyczajowych” jest dziś wszystkim, tylko nie „państwem wyznaniowym” – wprowadza się tak restrykcyjne przepisy „antybluźniercze.”

Czyżby zadziałała tu stara zasada, że im mniej ŚWIĘTOŚCI, tym więcej „świętego oburzenia”?

 

Por. też: „Obraza uczuć religijnych – czyli co?”

Tolerancyjny islam?

Proszę mnie dobrze zrozumieć – ja WIEM, że również islam zna pojęcie Boga Miłosiernego i Litościwego, i że także w chrześcijaństwie występowały i występują „wojownicze” akcenty, najlepiej chyba ucieleśnione w idei „wypraw krzyżowych.” (Chociaż podobnie jak wielu innych historyków zastanawiam się, na ile zaistnienie takiego zjawiska w naszym kręgu kulturowym mogło być skutkiem wpływu religii muzułmańskiej? No, bo – upraszczając nieco – skoro „oni” są gotowi zginąć za swego Boga, to „my” przecież nie możemy być gorsi, prawda? Istnieje w historii chrześcijaństwa więcej epizodów, które dałoby się wyjaśnić przenikaniem islamu – jak choćby tzw. „ruch ikonoklastyczny” <niszczenie ikon> w Bizancjum w VIII i IX w. Czemuż by i w przypadku krucjat nie zastosować podobnego klucza?).

Tym niemniej, wydaje mi się, że różnica tkwi przede wszystkim w PROPORCJACH – o ile bowiem w Starym Testamencie można jeszcze znaleźć dość liczne wzmianki o „bojach Pańskich” (1 Sm 25,28) tj. toczonych „w imieniu” czy wręcz „z polecenia” Boga – o tyle trudno coś podobnego znaleźć w Ewangeliach, może z wyjątkiem jednego tylko fragmentu (Łk 22,36-38), gdzie Jezus nakazuje uczniom, aby kupili sobie „miecz.”

Może z tego powodu tylu radykalnych chrześcijan w przeszłości było pacyfistami (m.in. arianie i kwakrzy) a dziś jeszcze są nimi Świadkowie Jehowy. Warto jednak w tym miejscu przypomnieć, że przy całej swojej niechęci do użycia miecza (Mt 26,52), a w szczególności do „wojen religijnych” (Mk 9,38-40), wydaje się, że  – podobnie jak Jan Chrzciciel (Łk 3,14) – Jezus NIE BYŁ otwarcie przeciwny służbie wojskowej przy zachowaniu elementarnych zasad moralnych. A w każdym razie nigdy wprost o tym nie mówił.

Natomiast nawet przy pobieżnej lekturze tekstu Koranu (choć należy tu dodać, że chodzi mi tylko o przekład polski Józefa Bielawskiego, ponieważ z punktu widzenia uczniów Mahometa jedynie prawdziwym Koranem – czyli „[świętą] Księgą” – jest ten w języku arabskim) może uderzać wyraźna dysproporcja pomiędzy liczbą fraz nawołujących do przemocy i brutalności (jest ich 180) oraz do nienawiści względem „niewiernych” (349), a tymi, które propagują gotowość do niesienia pomocy innym (69) i tolerancję religijną (11).

Zdaję sobie przy tym sprawę ze specyficznych warunków geopolitycznych, w których islam powstawał – to zapewne wymuszało na jego wyznawcach większą „bojowość”, niżby można było oczekiwać po wyznawcach Boga Jedynego – oraz z tego, że (inaczej, niż np. katolicyzm, a podobnie, jak judaizm) cały światowy islam nie tworzy jakiejś jednej, scentralizowanej struktury – i że w jego obrębie istnieje niezliczona liczba różnych „szkół koranicznych”, skupionych wokół tego czy innego imama.

Wiem również, że liberalni teologowie islamscy reinterpretują nawet samo pojęcie „dżihadu”, nadając owej „świętej wojnie” raczej znaczenie „walki duchowej” ze złem, etc.

Ale…czy to właśnie takie poglądy są dominujące we współczesnej religii muzułmańskiej, a zwłaszcza wśród nowych imigrantów do Europy – można by się spierać. Obawiam się także, że – jak zwykle – „neofici są zawsze najbardziej gorliwi.” Sam mufti Tomasz Miśkiewicz (przywódca Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP) zwierzył się kiedyś w jakimś wywiadzie, że ma problemy z przybywającymi z zagranicy wyznawcami, którzy, jak się wyraził – nie zawsze rozumieją ducha polskiego islamu, który od początku był nastawiony raczej pokojowo.

Czy zatem istnieje „tolerancyjny islam”? Zapewne. Ale czy jego zwolennicy nie uchodzą w oczach radykałów za równie niebezpiecznych, co „niewierni”?

Dość powiedzieć, że chociaż Koran zabrania wiernym uciskać tych, którzy „wierzą w Boga i w Dzień Ostatni” (przede wszystkim więc Żydów i chrześcijan), to jednak konwersja między tymi trzema „religiami Księgi” jest możliwa w zasadzie tylko w jedną stronę. Przejście wierzącego muzułmanina na jakąkolwiek inną religię jest traktowane jako „zdrada islamu” i może być karane nawet śmiercią, podobnie, jak otwarte przyznawanie się do ateizmu.