Bronię ojca Bashobory.

Mimo, że trudno mi oprzeć się wrażeniu, że cała „impreza” z udziałem ugandyjskiego kapłana – chociaż oczywiście zaplanowana od dawna – pomogła księdzu arcybiskupowi Hoserowi nieco „przykryć” niemiłe wrażenie, jakie wywołuje jego konflikt z ks. Wojciechem Lemańskim. („Popatrzcie, zdaje się tym samym mówić hierarcha, to wcale nieprawda, że polski Kościół jest zamknięty na nowe prądy płynące ze świata – zorganizowaliśmy nawet wielkie spotkanie charyzmatyczne na Stadionie Narodowym!”).

Jako osoba, która ma za sobą długoletnie – i bardzo piękne – doświadczenie z Katolicką Odnową w Duchu Świętym, muszę powiedzieć, że pomysł zorganizowania takiego spotkania na ogromnym stadionie niezbyt mi się podobał. Wydaje mi się, że ten „typ” duchowości i modlitwy znacznie lepiej sprawdza się w mniejszych zgromadzeniach, w poszanowaniu intymności uczestników i w bardziej bezpośrednim kontakcie z prowadzącymi. Mam wrażenie, że przeniesienie tak specyficznego doświadczenia na forum „tak bardzo publiczne” jak stadion, daje tylko pretekst do kpin.

Jak to pisał św. Paweł w Liście do Koryntian: „jeśli wejdą podczas tego ludzie prości, czyż nie powiedzą, że szalejecie?” (1 Kor 14,23).  Ale może to tylko moje subiektywne odczucie.

Nie rozumiem także, czemu głównym „mistrzem ceremonii” musiał być koniecznie tak egzotyczny gość skądinąd – czyżby u nas brakowało żarliwych kapłanów – charyzmatyków? Mogę poświadczyć własnym doświadczeniem, że jest ich wielu.

Tym niemniej szyderstwa, jakich ofiarą padł w naszych mediach o. Bashobora, uważam (delikatnie mówiąc) za mocno przesadzone i nieuzasadnione.

Przede wszystkim, on sam nigdy nie twierdził, że „uzdrawia ludzi” czy że „wskrzesza umarłych” (a z tego dziennikarze pokroju Kuby Wątłego rechotali najgłośniej, postulując wręcz wykopywanie nieboszczyków z cmentarzy, aby „uzdrowiciel” ich ożywił) – zawsze mówił jedynie, że modli się za tych, którzy tego potrzebują.

W jednym z artykułów na ten temat znalazłam jego wzruszające wyznanie: „Kiedy w dzieciństwie katechista powiedział mi, że Kościół, my wszyscy, to Ciało Chrystusa, zapytałem Pana: „Jeśli naprawdę jesteśmy Twoim Ciałem, to czy możesz sprawić, by ci, których będę dotykał, odzyskiwali zdrowie?” Ot, i cała tajemnica…

Jeśli o mnie chodzi, ten 57-letni kapłan (który obok teologii studiował również psychologię) zrobił na mnie wrażenie bardzo zrównoważonego, momentami wręcz „nudnego” kaznodziei – śledziłam fragmenty tego bardzo długiego spotkania dzięki Internetowi. Proszę mi wierzyć, widywałam już w życiu o wiele bardziej egzaltowanych charyzmatyków. (Choć nie wykluczam, że nieco inaczej odebrali to ludzie, zgromadzeni na stadionie).

W każdym razie – naprawdę nie było w tym nic do śmiechu, panie redaktorze Kuźniar!

 

„O prawo głosu dla ks. Lemańskiego.”

Z głębokim smutkiem przyjęłam decyzję abp. Henryka Hosera o zakazie publicznych wypowiedzi dla ks. Wojciecha Lemańskiego (ur. 1960), proboszcza parafii w Jasienicy, działacza na rzecz pojednania polsko-żydowskiego.

Można się oczywiście zastanawiać, co ta cała sprawa ma wspólnego z tym, że ks. Wojciech kiedyś wziął w obronę ks. Bonieckiego w podobnej sytuacji, w sporze z biskupem Wiesławem Meringiem – albo z tym, że ostatnio nie dość „bezwzględnie” wypowiadał się w kwestii in vitro.

Zasłynął m.in. wzruszającym listem do Agnieszki Ziółkowskiej, pierwszej Polki urodzonej dzięki tej metodzie, w którym błagał ją, by mimo wszystko nie odchodziła z Kościoła katolickiego (niestety, w tej sprawie nie odniósł sukcesu – i tak podpisała akt apostazji…).

Niedawno zresztą sam arcybiskup Hoser potwierdził, że rozbieżności pomiędzy nim a jego podwładnym w tej kwestii są jedną z przyczyn kłopotów księdza…

Zasmucające jest także, że podobno pryncypał ukarał ks. Lemańskiego „na usilne prośby wielu kapłanów”, domagających się, by biskup wreszcie coś zrobił „z tym Lemańskim” (osobiście podejrzewam, że gros wśród tych proszących stanowili księża związani z Radiem Maryja – czyżby cały Kościół w Polsce zaczął już „myśleć o. Rydzykiem”?). Nie stawia to zresztą całej czcigodnej instytucji – w której, jak się okazuje, „bracia w kapłaństwie” nader chętnie na siebie…donoszą – w korzystnym świetle.

Ciekawe, że z podobnie szybką reakcją nie spotykają się głosy duchownych i wiernych dotyczące zakonnika z Torunia…

Jeśli o mnie chodzi, to zawsze wierzyłam, i wciąż wierzę, że w moim Kościele, w Kościele, który znam i kocham, jest możliwa wolność myśli i wypowiedzi, w granicach wyznaczanych tylko przez prawdy wiary. Ale wygląda na to, że naszym hierarchom (wśród których coraz wyraźniej odczuwa się brak wielkich osobowości, na miarę kardynałów Wyszyńskiego, Macharskiego czy Wojtyły…) łatwiej jest „zamknąć usta” niepokornym kapłanom, nakazać im milczenie, niż z nimi rozmawiać, dyskutować, przekonywać… Niestety, postępując w ten sposób można się „dorobić” tylko kolejnych Kotlińskich i Bartosiów.

Warto też pamiętać, że Jezus „zamykał usta” tylko DEMONOM (Mk 1,25; Łk 4,35; por. Mt 16,23) nigdy zaś LUDZIOM, którzy się z Nim nie zgadzali. Nawet wtedy, gdy uczniowie stanowczo się tego domagali (Łk 9, 54, Mk 9,38-40). A ks. Lemański na pewno „demonem” nie jest, przeciwnie – jest bardzo dobrym kapłanem, jak można sądzić choćby z opinii jego parafian z Jasienicy.

A z przemyśleniami tego kapłana na różne tematy można się zapoznać tu:http://wojciechlemanski.natemat.pl/

„Grupa wsparcia” księdza na Facebooku: https://www.facebook.com/pages/O-prawo-do-g%C5%82osu-ks-Lema%C5%84skiego/470329296380288?hc_location=stream

Oraz strona oficjalna ks. abp. Hosera, gdzie również można wpisywać (i czytać) opinie, związane ze sprawą: https://www.facebook.com/abp.hoser Zapraszam.

Postscriptum: Ale ostatnio cały ten bezprecedensowy w naszym kraju spór „szeregowego księdza” z jego (arcy)biskupem zaczyna przybierać formy wręcz żenujące – gdy arcybiskup stawia pod znakiem zapytania stan zdrowia psychicznego swego kapłana, ten zaś oskarża go (nie wprost, ale na zasadzie: „coś wiem, ale nie powiem!”) o jakieś nieokreślone występki na tle seksualnym (?) – i o to, że (rzekomo) nakazał dziekanowi szukać na siebie „haków.”

Dalsze przedłużanie tego spektaklu Z PEWNOŚCIĄ nie służy wiarygodności Kościoła – i kto wie, czy najbardziej „ewangelicznym” rozwiązaniem tego problemu nie byłoby jednak obustronne „przepraszam”? Na to jednak, przynajmniej na razie, się nie zanosi. Niestety.

Dwaj słudzy Mesjasza.

Wielu z Was na pewno słyszało o ks. Romualdzie Jakubie Wekslerze-Waszkinelu (ur. w 1943 r.), niezwykłym kapłanie, ocalonym z getta żydowskim chłopcu, który po latach został księdzem, działał na rzecz polsko-żydowskiego pojednania i nosi krzyż wpisany w Gwiazdę Dawida…

Ja też wiele o nim słyszałam, więc z przyjemnością przeczytałam niedawno wydaną książkę Dariusza Rosiaka „Człowiek o twardym karku.” (Wyd. Czarne, Wołowiec 2013) – która przybliża tę niejednoznaczną postać.

Ale przyznam się, że dotąd nie wiedziałam, że jest jeszcze jeden chłopiec ocalały z Zagłady, który jest księdzem katolickim – znacznie mniej znany „szerszej publiczności” ks. prałat Grzegorz Pawłowski (Hersz Griner).

Z książką o nim, „Sługa Mesjasza”,(Wyd. Gaudium, Lublin 2011), także zetknęłam się dopiero niedawno.

Starszy o kilkanaście lat od Waszkinela (bo urodzony w 1931 roku), miał też całkiem inną drogę życiową.

Ot, na przykład: Weksler-Waszkinel został ocalony z getta na Litwie, dzięki porozumieniu pomiędzy dwoma kobietami – jego „matką żydowską” i „matką polską.”

Pawłowski (co było przez lata dla niego wyrzutem sumienia) – uciekł od rodziny, czekającej w Izbicy na śmierć, aby ocalić życie…

Młody Waszkinel wzrastał w kochającej (a nawet trochę nadopiekuńczej:)) polskiej rodzinie – Pawłowski zaś przez kilka lat tułał się z miejsca na miejsce, aż wreszcie wylądował w pewnym Domu Dziecka, prowadzonym przez siostry zakonne.

Podczas gdy ten pierwszy (ze względów bezpieczeństwa) nigdy nie był obrzezany i został ochrzczony przez swoją „polską matkę”, jak ją nazywa, już jako niemowlę, ten drugi przez pierwszych kilka lat życia wzrastał w kulturze i tradycji żydowskiej i przyjął chrzest, świadomie, dopiero w wieku 14 lat.

Nie musiał więc mozolnie odkrywać „tajemnicy” swego pochodzenia, jak od lat mozolnie czyni to ks. Romuald, który dowiedział się o swoim „żydostwie” już jako dorosły człowiek i kapłan.

I stale się chyba trochę „szarpie” z tą wiedzą – próbował np. żyć w Izraelu i w żydowskim kibucu religijnym i w katolickiej wspólnocie hebrajskiej – nigdzie nie czując się do końca „na miejscu” i „u siebie.”

Pawłowski, przeciwnie, dość dobrze zaaklimatyzował się w Ziemi Świętej, posługując z powodzeniem jako kapłan wśród Polaków i Żydów-chrześcijan.

Mam wrażenie – ale zastrzegam, że to tylko moje subiektywne odczucie! – że dla ks. Pawłowskiego jego „podwójna tożsamość” jest czymś bardziej naturalnym, niż dla ks. Wekslera-Waszkinela; nie jest więc czymś, o co trzeba nieustannie „walczyć” i sobie (oraz innym!) udowadniać. (Stąd też, chyba niesłusznie i niesprawiedliwie  Waszkinel zarzucał kiedyś Pawłowskiemu – który przez kilka lat pracował m.in. w Komisji Episkopatu d/s Dialogu z Judaizmem – że ten jest za bardzo kompromisowy, „za mało żydowski” – wątpię, czy istnieje gdzieś jakiś „wzorzec żydowskości” – tak samo, jak np. „polskości” – a jeśli nawet, to czy ktoś, kto dowiedział się o swoich korzeniach w wieku 35 lat, jest na pewno właściwą osobą, by taki wzorzec wskazywać komuś, kto nigdy z nimi nie zerwał?)

Tak więc, podczas gdy Romuald jest niezwykle wyczulony na wszelkie przejawy polskiego antysemityzmu, Grzegorz – choć podczas swojej wojennej wędrówki (która, jak sądzę, jest niemal gotowym materiałem na porywający film!) z pewnością spotkał wielu RÓŻNYCH Polaków, zawsze mówi o nich tylko dobrze.

Dla niektórych z tych, którzy go ratowali (a było ich w sumie naprawdę sporo!:)) wywalczył także tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Tytułu tego, co znamienne, początkowo odmówiono Piotrowi i Emilii Waszkinelom, polskim rodzicom ks. Romualda.

„Pańscy rodzice – tłumaczono mu – ratowali żydowskie dziecko, ale nie oddali żydowskiego dziecka. Pan jest księdzem!” 

„Co to ja jestem – paczka, żeby mnie przechowywać i oddawać?!” – irytował się Waszkinel.

I tutaj dochodzimy, pomimo tych wszystkich różnic, do punktów wspólnych w biografii obydwu księży.

Obydwaj przeżywają swoje kapłaństwo nie tyle jako „zerwanie” z tradycją żydowskich przodków – ile jako jej kontynuację i dopełnienie. Obydwóm ich matki (w pewnym sensie) przepowiedziały życiową drogę.

„Będziesz kiedyś żołnierzem Mesjasza!” – mówiła mama małemu Herszowi (później Grzegorzowi); „Pani jest chrześcijanką, wierzy pani w Jezusa. – mówiła Batia Weksler do Emilii Waszkinel – A przecież On też był Żydem. Tak więc przez wzgląd na tego Żyda, w którego pani wierzy, niech pani ratuje to żydowskie niemowlę! Zobaczy pani, on będzie księdzem, będzie nauczał ludzi…”

I, paradoksalnie, dla obydwu to ich przepowiedziane kapłaństwo jest źródłem problemów z państwem Izrael… Obydwaj bowiem nie mogą uzyskać obywatelstwa we własnym kraju, bywają odrzucani nawet przez najbliższych (ks. Pawłowski po latach odnalazł brata, który pozostał przy religii mojżeszowej).

Bo to jest tak: możesz być komunistą (nawet w najgorszym, stalinowskim wydaniu), ateistą a nawet prawosławnym Rosjaninem (jakich wielu napłynęło ostatnimi czasy do Izraela). Możesz W NIC nie wierzyć – a jednak nie przekreśla Cię to jako Żyda. Ale jeśli jesteś księdzem katolickim, sprawa jest prosta: nie jesteś Żydem…