Chrzest dzieci – za i przeciw.

Jakiś czas temu przeprowadziłam na Facebooku bardzo ciekawą dyskusję z braćmi protestantami na temat zasadności chrztu małych dzieci.

Przede wszystkim chciałabym tu serdecznie podziękować pastorowi Pawłowi Bartosikowi z Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Gdańsku, który udzielił mnie, katoliczce, serdecznej gościny na swoim profilu – i niejednokrotnie bronił mnie przed „misjonarskimi” zapędami niektórych protestantów.

Najpierw warto się więc zastanowić, czy praktyka chrztu „nieświadomych niemowląt” jest zgodna z Pismem Świętym.

Otóż zdziwicie się, ale – TAK!

W Dziejach Apostolskich niejednokrotnie spotykamy wzmianki o tym, że ktoś został „ochrzczony wraz z całym swoim domem.” (Dz 10,2; 16,34;18,8).

A kto zna język grecki i ówczesną kulturę, ten wie, że starożytny oikos (dom) to był mężczyzna, jego żona, niepełnoletnie dzieci (aż do momentu zawarcia małżeństwa), a także służba i niewolnicy, również z rodzinami.

Stąd wniosek, że już w starożytności niekiedy chrzczono dzieci – zawsze na prośbę i „ze względu na wiarę” ich rodziców.

Warto dodać, że Kościół katolicki zawsze uważał chrzest dokonany wbrew woli opiekunów dziecka (jeśli samo było jeszcze za małe, by taką wolę wyrazić) za nieważny, nawet jeśli zostałby dokonany w dobrej wierze. Znane są przypadki ze Średniowiecza, kiedy papież nakazuje zwrócić rodzicom dzieci żydowskie, podstępem ochrzczone przez jakichś nadgorliwych katolików, aby mogły wzrastać w tradycji swoich przodków.

Zatem ci wszyscy apostaci, którzy teraz chcą się procesować z Kościołem (zwłaszcza katolickim; nie wiem, jak to jest w innych wspólnotach), że rzekomo „zrobiono z nich chrześcijan wbrew ich woli” – powinni raczej mieć pretensje do własnych rodziców, którzy zrobili dla nich to, co w danym momencie uważali za najlepsze.

Nawiasem mówiąc, jeśli (jako się rzekło) chrzest bez wiary jest nieważny, to właściwie powinno się odmawiać chrztu tym dzieciom, u których rodziców śladów wiary nie widać ani-ani.

Lecz, po pierwsze, niełatwo to czasem rozeznać (czyż nie modlimy się podczas każdej mszy świętej „za wszystkich zmarłych, których wiarę jedynie Ty znałeś”?) – po drugie zaś, już sobie wyobrażam to „święte oburzenie” tych, którzy są przekonani, że sakramenty po prostu im się należą, jak przysłowiowemu psu zupa.

Poza tym, trzeba pamiętać, że chrzest dzieci jest zawsze tylko MOŻLIWOŚCIĄ, daną wierzącym rodzicom, ich przywilejem – nigdy zaś nie jest PRZYMUSEM. Jeśli więc ktoś uważa, że należy dziecku „dać czas”, aby uzyskało większą świadomość i dojrzałość, to przecież może tego nie robić.

Notabene, chrzty dzieci (jakkolwiek od zawsze obecne w tradycji chrześcijańskiej) zaczęły przeważać liczebnie nad chrztami osób dorosłych dopiero gdzieś około VI wieku, kiedy liczba chrześcijan w społeczeństwie wzrosła na tyle, że uznano, że „wychowanie chrześcijańskie” (w rodzinie) może z powodzeniem zastąpić dawny katechumenat.

(Trzeba jednak z całą mocą podkreślić, że to nie tyle PRAKTYKA Kościoła uległa wtedy nagłej zmianie – bo od zawsze byli – i są nadal – w nim i dorośli katechumeni, i dzieci. Zmieniły się jedynie PROPORCJE między jednymi i drugimi.)

Dziś jednak, gdy ludzie często traktują chrześcijaństwo bardziej na zasadzie zwyczaju, odziedziczonego po rodzicach, niż osobistego wyboru, wiele Kościołów (także Kościół katolicki) zaczyna zauważać, że ten dawny model już się nie sprawdza – i wprowadzać różne formy „katechumenatu pochrzcielnego”, czyli chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych.

Sama kiedyś przeszłam takie.

Powiedzenie jednego z Ojców Kościoła, Tertuliana, w myśl którego „nie rodzimy się chrześcijanami, lecz stajemy się nimi”, zawsze pozostaje w mocy.

Dlatego proszę mi wierzyć, że rozumiem i szanuję pobudki tych chrześcijan (głównie baptystów), którzy kładą nacisk na „świadomość i dojrzałość” do chrztu. Wiara ZAWSZE powinna być w którymś momencie osobistym wyborem.

Rację miał także jeden z nich, gdy w toku dyskusji stwierdził, że przesadny nieraz nacisk na jak najwcześniejszy chrzest dzieci wynikał po części z błędnej koncepcji Boga – niemiłosiernego i okrutnego – który rzekomo miałby wszystkie dzieci zmarłe bez chrztu posyłać natychmiast do piekła (a w najlepszym razie – do „Otchłani Niewiniątek”, miejsca, gdzie wprawdzie nie miały one cierpieć katuszy, ale Boga też oglądać nie miały. Tę trudną do przyjęcia koncepcję zmienił na szczęście papież Benedykt XVI, przypominając, że powinniśmy mieć nadzieję, iż takie dzieci także znajdują się w zasięgu miłości Ojca.). A śmiertelność wśród nich była wówczas bardzo wysoka. I tylko ksiądz lub pastor z kropidłem mogli je ocalić od ognia piekielnego.

Niemniej warto tu też dodać, że i praktyka „późnego chrztu” miała niekiedy swe błędy i wypaczenia, w postaci tych wszystkich, którzy – jak np. cesarz Konstantyn – traktując chrzest raczej jako „punkt dojścia” niż „wyjścia” w wierze, zwlekali z tym aż do śmierci.

I jeszcze jedno: podnoszony czasem argument, jakoby należało chrzcić tylko dorosłych, „ponieważ Jezus został ochrzczony jako dorosły”, jest o tyle nietrafiony, że „chrzest Janowy” NIE BYŁ tym samym chrztem, którego później Jezus nakazał udzielać swoim uczniom „w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…”

Był to raczej pewien obrzęd pokutny, połączony z wyznaniem grzechów, któremu Jezus poddał się jedynie przez wzgląd na solidarność z grzesznymi ludźmi. Mówiąc po prostu: choć może się to wydawać dziwne, Jezus NIE BYŁ w tym sensie „pierwszym chrześcijaninem”!:)

Bez względu na to, jak bardzo może to razić naszych rodzimych antysemitów, „według ciała” był On Izraelitą, „obrzezanym w ósmym dniu” , jak wszyscy inni żydowscy chłopcy na świecie. :)

A chrześcijanie z pierwotnych wspólnot, jak np. Koptowie, nieprzerwanie od początku chrzczą również niemowlęta. A bardzo stara zasada jednego z pierwszych soborów powszechnych, jeszcze sprzed dwóch wielkich podziałów chrześcijaństwa (w XI i XVI wieku) – a więc obowiązująca nas WSZYSTKICH! – głosi, że „prawdą jest to, co zawsze, wszędzie i przez wszystkich było głoszone.”

Zatem, jeśli większość wyznań chrześcijańskich dziś naucza, że warto chrzcić niemowlęta, a jedynie mniejszość – i to taka, która wyodrębniła się stosunkowo późno, bo już po Reformacji, jest przeciwnego zdania – to ja jestem skłonna się przychylić w tej kwestii jednak do zdania większości.

Tym bardziej, że i pastor Bartosik, odpowiadając na moje rozważania o wierze jako o zawsze (w ostatecznym rozrachunku) dobrowolnej decyzji i o wolności rodziców w sprawie „ochrzcić dziecko czy nie?” zwrócił mi uwagę na dwie bardzo ważne kwestie.

Po pierwsze, na podobieństwo, jakie zachodzi pomiędzy żydowskim rytuałem obrzezania (którego także, notabene, nasz politycznie poprawny świat próbuje zabraniać rodzicom – np. w Niemczech – rzekomo w obronie dzieci), a chrztem niemowląt.

Jedno i drugie, dowodził słusznie, jest nie tyle znakiem WIARY – bo ta powinna przyjść później – co po prostu znakiem przynależności do określonego „ludu”, określonej wspólnoty.

I muszę przyznać, że taka argumentacja wyjątkowo trafiła mi do przekonania. Czyż w imię „dobra” dziecka czekalibyśmy np. z nadaniem mu imienia, nazwiska, z przyjęciem go do naszej rodziny (z wszystkimi jej tradycjami) czy narodu? Czy czekalibyśmy, aż „samo sobie wybierze” język, którym chce mówić?

Choć wiem, że i takie pomysły już były w przeszłości – i wciąż powracają. (Czytałam nawet, że niektórzy sądzą, że określanie płci dziecka tuż po urodzeniu – co jest nadal powszechną i dość naturalną praktyką – jest już „nieuprawnionym ograniczaniem jego wolności” i „wciskaniem go na siłę w płciowe koleiny.”:)).

Po drugie zaś, dowodził pastor, odmowa udzielenia chrztu małemu dziecku świadczy o tym, jakbyśmy chcieli mu zakomunikować, że ze względu na wiek i stopień dojrzałości jest jeszcze „za małe” (niezdolne, niegodne), by nawiązać własną, niepowtarzalną więź z Bogiem.

I to, jak się zdaje, wbrew intencjom samego Jezusa, który niejednokrotnie stawiał dzieci za wzór wiary dorosłym (Mt 18,1-5; Mk 9,36 i nast.; Mk 10,15…) i mówił, że „aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca…” (Mt 18,10)

 

Rodzice-chrzestni

 

Na zdjęciu: Ceremonia chrztu dziecka w jednym z Kościołów wschodnich. (Źródło: www.national-geographic.pl)

Postscriptum: Tymczasem nasze wygłodniałe media rzuciły się na kolejną „Franciszkową” sensację, niczym szczerbaty na suchary – oto ogłosiły, że papież w niedzielę Chrztu Pańskiego ochrzcił nie tylko dziecko samotnej matki (której wcześniej to obiecał), ale również kilkoro dzieci, których rodzice nie byli związani sakramentalnym małżeństwem.

No, i cóż z tego? Czy papież w ten sposób pochwalił „rozpustę i grzech”, jak by powiedzieli niektórzy? (Nawet na tym blogu!:)) Nie!

Moim zdaniem przypomniał jedynie, że Kościół jest (musi być!) domem otwartym dla wszystkich ludzi, także dla grzeszników – i że DZIECKO, każde dziecko (także moje…) jest zawsze błogosławieństwem, nigdy zaś „grzechem”… I chwała mu za to!

I czy to nie ciekawy przypadek, że niechcący opublikowałam ten jakże „ekumeniczny” post właśnie w czasie, gdy Kościół katolicki będzie obchodził Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan?:)

„Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich.” (Ef 4, 5-6). Tak wierzę. Amen.

Z Archiwum X Kościoła: Medjugorie.

24 czerwca 1981 roku w małej wiosce położonej w Bośni i Hercegowinie (choć zamieszkałej głównie przez Chorwatów), niedaleko Mostaru, rozpoczęła się jedna z najbardziej tajemniczych historii naszych czasów.

Począwszy od tego dnia bowiem szóstce nastolatków (w wieku od 10 do 16 lat; dziś są to już osoby około 40-letnie) aż do chwili obecnej ma się ukazywać Matka Chrystusa – która sama siebie nazywa Królową Pokoju, zaś „widzący” często nazywają Ją po chorwacku „Gospą” (tj. Panią).

Od razu mówię, że nie zamierzam tu rozstrzygać o prawdziwości tych objawień – oraz przypominam, że w Kościele katolickim NIE MA ŻADNEGO OBOWIĄZKUwierzyć w „objawienia prywatne” (to jest wszystkie te, które nastąpiły już po „zamknięciu” Nowego Testamentu), nawet tak „czcigodne”, jak objawienia różańcowe.

Jeśli więc ktoś np. nie lubi odmawiać różańca albo NIE WIERZY, że Pan Jezus ukazywał się s. Faustynie, nie przestaje skutkiem tego być „dobrym katolikiem”, o ile poza tym wierzy we wszystko, czego Kościół naucza.

Co jednak czyni te objawienia w byłej Jugosławii dość wyjątkowymi na tle wszystkich innych, które dotychczas miały miejsce (nawet w porównaniu z tymi w La Salette, gdzie „Pani” miała ukazywać się dwójce zupełnie niepobożnych dzieci – według mnie jest to niejaka przesłanka na rzecz ich prawdziwości: odpada tu bowiem argument, iż te dzieci „widziały to, co chciały zobaczyć”, względnie to, co im „wmówiło” katolickie otoczenie.:)) to nie tylko długi czas trwania. (Objawienia powtarzają się od 1981 roku, początkowo były codzienne, teraz zaś 25. dnia każdego miesiąca tajemnicza Postać przekazuje „widzącym” swoje orędzia.).

Fakt, że zjawiska te wciąż mają miejsce, jest zresztą jedną z przyczyn sceptycyzmu hierarchii kościelnej wobec nich – Kościół nie może wypowiadać się na temat prawdziwości objawień, dopóki one się nie zakończą. Co zresztą dobrze świadczy o ostrożności Kościoła w takich kwestiach – wbrew zarzutom, jakoby katolicy byli bardzo naiwni i skłonni natychmiast uwierzyć we wszystko, co tylko „trąci” cudownością (zwłaszcza, jeśli do tego, jak w Medjugorie, przysparza im wyznawców – bowiem ta mała wioska rozwinęła się przez lata w wielkie centrum pielgrzymkowe, odwiedzane każdego roku przez setki tysięcy ludzi, najróżniejszych zresztą wyznań i religii, spragnionych czy to wiary, czy zwykłej sensacji).

Ale poprzez czas swego trwania i pewną „powtarzalność” (której brak często zarzucają cudom racjonaliści) objawienia te są bodaj najlepiej przebadanymi od strony czysto naukowej zjawiskami tego typu. Na przykład, dzięki zastosowaniu zarówno badań psychiatrycznych (prowadzonych zresztą przez lekarzy o różnych światopoglądach, w tym ateistów i muzułmanów), jak i coraz bardziej nowoczesnych z latami urządzeń do badania aktywności mózgu, udało się wykluczyć u „widzących” zaburzenia psychiczne lub też uleganie jakiemuś rodzajowi zbiorowej halucynacji.

Od strony czysto neurologicznej ich mózgi zachowują się tak, jakby rzeczywiście rozmawiali z realnie istniejącą Osobą, która jednak dla innych pozostaje niewidzialna.

Dość niezwykły jest także fakt, że od początku objawienia te (rozgrywające się przecież za „żelazną kurtyną” – wychowywane w komunistycznym systemie dzieci, choć praktykujące, nie miały nawet świadomości tego, że podobne wydarzenia miały już wcześniej miejsce gdzieś na świecie!) wzbudzały podejrzenia zarówno u przedstawicieli władzy (wietrzących w tym wszystkim jakiś „antysocjalistyczny spisek ciemnego kleru”) – jak i Kościoła, który z kolei obawiał się w tym przypadku jakiejś komunistycznej prowokacji, mającej na celu skompromitowanie katolicyzmu.

Obydwie strony więc podejrzewały się wzajemnie o jakąś mistyfikację – a w tym wszystkim szóstka całkiem zwyczajnych młodych ludzi, wyśmiewanych, badanych, przesłuchiwanych, straszonych więzieniem, piekłem, zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym lub innymi represjami wobec siebie samych i swoich rodzin – powtarza nieustannie i niewzruszenie swoją wersję wydarzeń: „Tak, widzieliśmy Ją – tak, jak i was widzimy!”

Muszę przyznać, że właśnie ten punkt w całej tej historii – choć nie mam jasno wyrobionego sądu w tej sprawie – daje mi najmocniej do myślenia.

I jeszcze coś: podczas, gdy dla niektórych spośród „widzących” objawienia się już zakończyły (według nich samych ma to jakiś związek z przekazanym im przez Gospę – identyfikowaną z Maryją – tekstem dziesięciu „tajemnic”, analogicznie do „tajemnic fatimskich”, dotyczących przyszłych losów świata), dla innych wciąż jeszcze trwają.

I tak sobie myślę: gdyby to wszystko miało być jedynie sprytnym oszustwem – czemu ci, którzy (nie wiadomo dlaczego) zdecydowali się nagle porzucić tę grę, nie powiedzą teraz po prostu: „Wszyscy kłamaliśmy od samego początku – i my, i ci, którzy twierdzą, że nadal Ją widują”? Ale nie: oni mówią – „kiedyś i my Ją widzieliśmy, teraz już Jej nie widujemy.”

I jeszcze jeden drobny szczegół: choć Medjugorie leży w połowie drogi pomiędzy miastami Mostar i Citluk, które doznały ciężkich zniszczeń podczas wojny w byłej Jugosławii, sama wioska w ogóle nie ucierpiała – dokładnie tak, jak miała przepowiedzieć wiele lat wcześniej Ta, która sama siebie nazywa Królową Pokoju…

Kościół nadal roztropnie milczy – i chwała mu za to.

A ja nie wiem, co o tym wszystkim myśleć – tym bardziej, że wiem, że „wokół Medjugorie”, obok wielu autentycznych nawróceń, narosło też trochę wspólnot o dziwacznej duchowości (sama znałam dwie bardzo gorliwe panie, które uniesione duchem prorockim chciały się za mnie modlić na środku ulicy – tego już nawet jak dla mnie było za wiele!:)).

Czy ja wiem? Może trzeba TAM pojechać i samemu się przekonać?

Archiwum-X-150x150

Na zdjęciu: Kamieniste wzgórze, zwane „Podbrdo„, na którym miały miejsce pierwsze objawienia „Królowej Pokoju.” (Od sierpnia 1981 roku, odkąd władze zabroniły na nie wstępu, wydarzenia te rozgrywają się głównie, choć nie wyłącznie, w kościele parafialnym w Medjugorie).

Poczytajcie sobie sami: Antonio Socci, Tajemnica Medjugorie. Maryja ratuje świat. Wyd. AA, Kraków 2012.

Jest to książka napisana wprawdzie przez zwolennika autentyczności objawień, ale utrzymana w konwencji „śledztwa dziennikarskiego”, zawiera więc dużo użytecznych informacji na temat samego przebiegu wydarzeń (jak choćby ten znamienny szczegół, że kiedy jedna z „widzących”, dziewczyna pochodząca z Sarajewa, usłyszała wołanie swojej przyjaciółki: „Ależ to jest Matka Boża!” nie padła wcale pobożnie na kolanka, intonując „O, Matuchno, witam Cię!” – tylko mruknęła pod nosem: „Tak, jasne, wyobraź sobie, że Matka Boża nie ma akurat nic lepszego do roboty, tylko przychodzić tu, żeby zobaczyć, co robimy!” – aż do chwili, gdy sama „tego” nie zauważyła. Zareagowała więc tak, jak zrobiłaby to każda normalna nastolatka w tej sytuacji, w zupełnie naturalny sposób.) – i wierzę, że może pomóc wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.

Dzielenie włosa na czworo, czyli gdy NPR atakują „swoi.”

Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałam, że nadejdzie taki czas, kiedy będę musiała bronić metod NPR nie tylko przed wojującymi ateistami (do czego już się zdążyłam z grubsza przyzwyczaić), ale i przed niektórymi katolikami, którzy odkryli właśnie – przy okazji premiery książki Marty Brzezińskiej-Waleszczyk„Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać” (której, notabene wielu z nich nawet jeszcze nie czytało!) – że być katolikiem to podobno znaczy absolutnie NICZEGO w tej sprawie nie planować – inaczej to podobno „prawie grzech” i włażenie z butami w Boskie kompetencje!

 

Mówią oni do „npr-owców”: „Wy to sobie PLANUJECIE dzieci, JA jestem od Was lepszy, lepsza, bo zdaję się w tej sprawie CAŁKOWICIE NA BOGA!”

 

A mnie się wydaje, że Pan Bóg nie po to dał nam rozum i pozwolił poznać PRAWA NATURY (w tym wypadku – rządzące naszą seksualnością) byśmy nie mogli z nich korzystać (bez wzbudzania w nas poczucia winy!) ku własnemu pożytkowi.

Gdyby bowiem było inaczej, należałoby także np. nie szczepić dzieci (jeszcze sto lat temu mówiono, że każda rodzina „musi przynajmniej jedno dziecko oddać Bogu na aniołka”) ani nie używać znieczuleń – bo może „wolą Bożą” jest także, żeby nas bolało? Trudno w to uwierzyć, ale kiedyś naprawdę używano tego typu argumentów w dyskusji nad moralnością korzystania z tych osiągnięć medycyny!

Tymczasem przecież Biblia wcale nie „absolutyzuje” posiadania licznego potomstwa w małżeństwie. Owszem, mówi, że dzieci są „darem Pana” (Psalm 127) i znakiem błogosławieństwa Bożego, ale też dodaje, że czasem „lepsza niepłodna, ale nieskalana” (to Księga Mądrości) oraz że więź łącząca małżonków jest zawsze ważniejsza od fizycznego „owocu” ich miłości. („Czyż ja nie znaczę dla Ciebie więcej, niż dziesięciu synów?” – pyta przyszły ojciec proroka Samuela jego mającą problemy z płodnością matkę).

A i dokumenty Kościoła mówią w sprawie rodzicielstwa zarówno o „hojności” i „wielkoduszności” jak i „rozeznaniu” i „roztropności.” Czyli: Ufaj Bogu tak, jakby wszystko zależało tylko od Niego, ale dokładaj starań tak, jakby zależało tylko od Ciebie.” Pan Bóg widzi, że ja, niepełnosprawna, dając życie swojej córeczce (która jest moim drugim dzieckiem) okazałam się równie „hojna i wielkoduszna” jak ktoś, kto w lepszej sytuacji zdrowotnej i społecznej decyduje się przyjąć piąte dziecko…

A stygmatyzowanie osób stosujących NPR w celu odłożenia poczęcia jako tych, które są po prostu „egoistycznie zamknięte na dar życia” uważam za równie niesprawiedliwe, jak obrzucanie obelgami rodzin wielodzietnych – i jak pomysł pewnej katechetki, by kazać wszystkim jedynakom nosić czarne wstążeczki „bo skoro nie ma was więcej w rodzinie, to znaczy, że Wasi rodzice NA PEWNO zabili kilkoro Waszych braciszków i siostrzyczek!”
Ja jednak NIGDY nie odważyłabym się powiedzieć mojej sąsiadce, którą mąż gwałcił po pijanemu, że było „wolą Bożą” by doczekała się w ten sposób dziewięciorga dzieci – i że właściwie powinna być szczęśliwa. Bo po prostu w to nie wierzę.

Dzieci powinny się poczynać przede wszystkim Z MIŁOŚCI, a nie w wyniku aktów przemocy. Jak to mówiła moja pani od „przysposobienia do życia w rodzinie”, osoba świadomie wielodzietna, którą BARDZO szanuję – „każdy powinien mieć tylko (i aż) tyle dzieci, ile czuje, że będzie w stanie POKOCHAĆ.” Otóż to.

Niektórzy, jak się tak na nich patrzy, to lepiej, żeby nie mieli ani jednego…

Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że ci, którzy twierdzą, że są tak „całkowicie zdani na Boga” w tej jednej kwestii – swego rodzicielstwa – ufają Mu równie bezgranicznie także w innych sprawach. Czyli np. nie zamykają domu przed złodziejami, nie zapinają pasów w samochodzie („przecież jeśli Pan Bóg chce, żebym miał wypadek, to i tak będę go miał!”), nie robią żadnych oszczędności, nie chodzą do lekarzy…

Że co? Jednak chodzą? A, fe, cóż za „karygodny brak wiary” w to, że Pan Bóg MOŻE(bo przecież może!) ich uzdrowić także bez tych wszystkich „ludzkich sposobów”!

Gdyby Pan Bóg chciał, by (jak twierdzą niektórzy) „podstawowym celem małżeństwa było zrodzenie licznego potomstwa” to urządziłby to tak, jak u zwierząt, gdzie każde zbliżenie osobników przeciwnych płci z reguły kończy się zapłodnieniem.

U ludzi tak jednak nie jest – biolodzy twierdzą raczej, że jesteśmy „mało efektywni prokreacyjnie” – w typowym, płodnym cyklu prawdopodobieństwo poczęcia nie przekracza 30%.

Niektórzy ludzie „pobożni” próbują więc za wszelką cenę Stwórcę nieco poprawić i mówią: „O, nie, żadnego „seksu” w katolickich małżeństwach (co ciekawe, oburza ich nawet sam tytuł książki, której nawet nie przeczytali!) – jedynie czysta, pobożna PROKREACJA.”

Ciekawam, co na to powiedziałby o. Ksawery Knotz, który także nader chętnie używa tego „zakazanego” słowa w tytułach swoich książek…:)

Nawiasem mówiąc, sądziłam, że kiedy mój dawny spowiednik, Tadeusz Bartoś, niedawno zjadliwie mówił w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” o „aseksualnych katolikach” – jak zwykle grubo przesadził (z gorliwością właściwą wszystkim neofitom). Teraz jednak okazuje się, że może nie przesadził aż tak znów bardzo… Niestety.

A mnie się jednak wydaje, że pod tym pozorem bezgranicznej ufności kryje się czasem zwykła pycha  i niemożność przyznania się nawet przed samymi sobą, że najzwyczajniej w świecie NIE CHCE NAM SIĘ „męczyć” z tymi wszystkimi termometrami, wykresami i okresami abstynencji. Więc niech lepiej to wszystko przykryje krótkie: „Ufajmy Panu, allejuja!”

Czy ten mężczyzna wygląda tak, jakby mówił do żony: „Pójdź, żono, wypełnijmy teraz razem nasz święty obowiązek małżeński”?;)