Rozrywki umysłowe.

Trzeba przyznać memu niezawodnemu Przyjacielowi (czasem dla niepoznaki zwanemu „Muzem” – ciekawe, swoją drogą, czemu to słowo nie ma formy męskiej?;)), że z powodzeniem stosuje wobec mnie „metodę doktora Haydocka.” :)

Ten lekarz, znajomy panny Marple z powieści Agaty Christie, ilekroć jego sędziwa pacjentka zaczyn popadać w przygnębienie, starał się zawsze zająć jej umysł jakąś intrygującą zagadką kryminalną.
I kierując się tą samą zasadą (ażeby oderwać mnie od nieustających rozważań na temat stanu mego zdrowia)  mój Przyjaciel przysłał mi TO:
oczywiście z wiele mówiącym (o mnie:)) dopiskiem: „Wiem, że tego tak nie zostawisz i zechcesz z tym powalczyć…” :)
 
Przypuszczam , że musi się teraz czuć wielce usatysfakcjonowany, widząc, że zgodnie z jego przewidywaniami rybka połknęła haczyk… :)
No, cóż, zacznijmy przede wszystkim od tego, że nie wydaje mi się, abym rzeczywiście „musiała” odpowiadać komukolwiek na pytania dotyczące mojej wiary. Posługując się tą samą logiką („wytłumacz się przede mną, albo…”:)) – która zresztą jest mi zupełnie obca – mogłabym nawet powiedzieć, że to raczej strona przeciwna powinna by mi udowodnić, że się mylę… :)
Załóżmy więc, że nie tyle „jestem zmuszona” odpowiadać na te wszystkie pytania, co najzwyczajniej w świecie CHCĘ się z nimi zmierzyć. Chociaż nie sądzę, by „wierzyć w Boga” oznaczało koniecznie: „mieć gotową odpowiedź na każde pytanie.”
Dalej, odnoszę niekiedy wrażenie, że niektórzy ludzie zadają pytania nie po to, aby usłyszeć naszą odpowiedź (bo są przekonani, że już ją znają!), czy choćby wspólnie z nami jej poszukać, ale po to, by „podrażnić przeciwnika.” I zastanawiam się, czy to nie jest właśnie ten przypadek. Przyjmijmy jednak optymistycznie, że nie.
Inna rzecz, że NIGDY nie wierzyłam w to, że istnieje jedna, uniwersalna odpowiedź na wszelkie trudne pytania dotyczące religii, jakie ktoś zechce wymyślić. Niezależnie od tego, czy tą odpowiedzią będzie „ponieważ Bóg nie istnieje!” czy też (co autor filmiku z uporem godnym lepszej sprawy przypisuje „inteligentnym (?) chrześcijanom”:)) – „ponieważ Bóg tak chciał!” To by było o wiele za proste…
Myślę, że istnieją kwestie, co do których każdy SAM „musi” spróbować znaleźć rozwiązania, które go zadowolą – i wcale nie mam ambicji, że moje przekonają wszystkich. Uważam zresztą jakiekolwiek „przekonywanie” kogoś do swojej wiary za z góry skazane na niepowodzenie. Wiara, tak jak ja ją rozumiem, to nie tyle określona WIEDZA (znałam ludzi, którzy mieli ogromną wiedzę na temat religii – a mimo to byli niewierzący…), co pewne osobiste DOŚWIADCZENIE Boga, które jest – albo go nie ma. (Teologia nazywa to również „łaską.”:)) Są to zatem po prostu odpowiedzi, które sama na ogół uznaję za wystarczające dla potrzeb mojego własnego światopoglądu. I tyle.
Weźmy np. pytanie pierwsze: „Dlaczego ludziom po amputacjach nigdy nie odrastają kończyny?”
Mogłabym tu oczywiście próbować polemizować – mówiąc, że tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście NIGDY i nigdzie w historii ludzkości nie zdarzył się taki cud; możemy tylko ostrożniej stwierdzić, że nie dysponujemy dotąd wiarygodnym opisem takiego fenomenu (aczkolwiek w Lourdes zdarzyło się, że kość zniszczona przez gangrenę uległa niewyjaśnionej regeneracji, co z punktu widzenia medycyny jest niemal równie niemożliwe, jak odrośnięcie całej nogi… Pod wpływem właśnie takiego przypadku kontrowersyjny laureat Nagrody Nobla z 1912 roku, zwolennik komór gazowych i eutanazji, dr Alexis Carrel, uwierzył w cuda…:)).
Zamiast się jednak bawić w takie jałowe dywagacje, odpowiem tylko, że odpowiedź „nie wiem” nie świadczy w tym przypadku o głupocie i ignorancji, a może nawet (jak uczył już wielki Sokrates) być przejawem mądrości. Nie mam pojęcia, czemu Bóg uzdrawia ludzi ze ślepoty, paraliżu czy nawet z AIDS – a nie sprawia (jak można sądzić), że utracone części ciała odrastają – nie mąci to jednak mojej wiary w Niego. Wierzę, że Istota Najwyższa, jako całkowicie wolna, nie jest w żaden sposób „zobowiązana” do spełniania naszych życzeń, choćby najbardziej szlachetnych.
Inaczej mówiąc to, że nie wszystkie nasze modlitwy zostają wysłuchane, nie implikuje automatycznie wniosku, że Bóg nie istnieje – co najwyżej sugeruje, że być może nie jest zupełnie taki, jak Go sobie wyobrażamy.
Abstrahując już całkiem od tego, że sama znałam wiele osób, które (jak się zdaje) prowadziły bardziej wartościowe życie po amputacji, niż przedtem – i że w ich przypadku powiedzenie, że być może „Bóg miał w tym jakiś własny plan” nie wydaje się wcale takie głupie…
Znacznie mniej kłopotu sprawiło mi natomiast pytanie drugie – „Dlaczego wasz (rzekomo) dobry Bóg ma w nosie miliony głodnych dzieci?”
Tutaj już spokojnie mogę odpowiedzieć, że Bóg z pewnością nie ma ich w nosie, ponieważ… stworzył NAS, z nadzieją, że to MY damy im jeść (por. Mk 6,37). Co do mnie, zawsze uważałam, że problem z tym światem nie polega na tym, że jest na nim zbyt mało do podziału, tylko że my wcale nie chcemy się dzielić. Jeśli więc MIMO TO ciągle są na świecie te głodne dzieci, to ten fakt obciąża raczej moje sumienie, niż „konto” Pana Boga. On już zrobił, co mógł. Nawiasem mówiąc, naiwna wiara, że „dobra Bozia” będzie nam – naturalnie bez żadnego wysiłku z naszej strony! – spuszczać z nieba wszystko, czego potrzebujemy do życia, uwłacza w moim poczuciu nie tylko Bogu, ale i ludziom. I na pewno nie poprawi niczyjej sytuacji. Oczywiście, zawsze ŁATWIEJ jest użalać się nad „biednymi dziećmi w Afryce”, niż spróbować samemu coś dla nich zrobić…
Pytanie trzecie, czwarte i piąte, które są – ogólnie mówiąc – pytaniami o „wiarygodność” Biblii, autor kwituje pogardliwym stwierdzeniem – „wszystko to brednie, a Biblię napisali troglodyci.” Nie wiem, w takim razie, czy jest sens wyjaśniać mu kulturowe, historyczne i literackie uwarunkowania starożytnych tekstów (chociażby prosty fakt, że spośród chrześcijan już tylko skrajni fundamentaliści, których trudno byłoby nazwać „inteligentnymi”, wierzą, że Księga Rodzaju zawiera dokładny, „reporterski” opis stworzenia świata…), oraz to, że owi, jak ich nazywa „troglodyci” wcale nie zamierzali tworzyć ponadczasowego „podręcznika” prawa, zoologii czy astronomii. „Pismo Święte ma pouczyć wierzących, jak dojść do Nieba – nie zaś, jak to niebo jest zbudowane.” – stwierdzał już w IV/V wieku po Chrystusie Augustyn z Hippony. Autora naszego filmiku jednakże najwyraźniej nie obchodzą tego typu subtelności. :) On WIE swoje – i po co tłumaczyć?:)
Istnienie zła na świecie, a także to, „dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom?” (pytanie szóste) jest przedmiotem filozoficznych i teologicznych dyskusji ludzkości od kilku tysięcy lat i chyba nie czuję się na siłach odpowiadać tu na ten problem jednym zdaniem. Niemniej moja wewnętrzna intuicja podpowiada mi w tej sprawie, że pojmowanie „sprawiedliwości Bożej” w ten sposób, że „dobra Bozia” MA ŚWIĘTY OBOWIĄZEK głaskać grzeczne dzieci po główkach, a niegrzeczne – prać po łapkach za każdym razem, jest jednak dosyć prostackie. Można by się też sprzeczać, czy to, co uważamy za „dobre” lub „złe” dla nas w danej chwili, jest takie rzeczywiście również w dłuższej (Boskiej) perspektywie.
Kiedy wiele lat temu porzucił mnie ktoś, kogo bardzo kochałam, sądziłam, że naprawdę nic gorszego nie mogło mi się w życiu przytrafić. Teraz, w miarę upływu czasu, dochodzę jednak do wniosku, że niegdysiejsze cierpienie ostatecznie wyszło mi na dobre… Osobiście wierzę, że tak dzieje się w większości przypadków. (Chociaż czasami potrzeba naprawdę bardzo długiego czasu, aby to zrozumieć.)
Pytanie siódme i ósme – cuda i objawienia Jezusa… Przede wszystkim, nie jestem pewna, czy rzeczywiście nie ma na nie JAKICHKOLWIEK historycznych czy naukowych dowodów (niektórzy uczeni, również niewierzący, są na przykład przekonani, że takim dowodem na największy z cudów Jezusa – zmartwychwstanie – może być choćby Całun Turyński). Wydaje mi się, że ten temat wymaga dalszych poszukiwań. W każdym razie, jeśli chodzi o cuda dziejące się współcześnie, Kościół jest zazwyczaj aż nadto rygorystyczny w ich badaniu. Zastanawia mnie także, jak autor, twierdzący stanowczo, że Jezus na pewno i NIGDY nie objawia się wierzącym w Niego, poradziłby sobie z faktem, że jednak istnieją ludzie, którzy twierdzą, iż coś takiego im się przydarzyło?:) Czy wszystkich ich – nawet wbrew opiniom biegłych psychiatrów, które posiadamy w niektórych przypadkach – wrzuciłby bez dalszego namysłu do worka z napisem: „choroby psychiczne”?:)
Teraz pytanie dziesiąte – także rozwody wśród wierzących nie są w żadnym razie „dowodem” na nieistnienie Boga, a jedynie na to, że chrześcijanie wierząc w Niego nie przestają automatycznie być ludźmi, jak inni. ze wszystkimi swymi wadami, słabościami i grzechami – a z pewnością nie są (jak zdaje się sugerować Autor) bezwolnymi  marionetkami w Jego ręku… Gdzieś kiedyś przeczytałam, że ludzka wolność jest jedynym „błędem” Boga – ale że chętnie zgodził się On ponieść tego konsekwencje. Zresztą istnieją badania dowodzące, że wśród ludzi naprawdę głęboko wierzących i praktykujących współczynnik rozwodów jest mimo wszystko niższy, niż w innych grupach… Może więc jednak wspólna modlitwa im pomaga?:)
Wreszcie na koniec zostawiłam sobie pytanie o Eucharystię, oznaczone w filmie numerem dziewięć. Bo ZDAJĘ SOBIE SPRAWĘ z faktu, że z punktu widzenia osoby niewierzącej i nieufnie (a nawet wrogo) nastawionej do chrześcijaństwa tak to właśnie może wyglądać. Jak jakiś „ohydny, kanibalistyczny i satanistyczny (?) rytuał.” Tu jednak na swoje usprawiedliwienie mam dwie kwestie. Po pierwsze, z Ewangelii, która dla chrześcijan MUSI stanowić główny „tekst źródłowy” wynika, że sam Jezus CHCIAŁ (i tutaj znowu mogłabym powiedzieć, że nie mnie rozstrzygać, dlaczego), byśmy tak właśnie czynili. Ale po drugie, i chyba najważniejsze, NIGDY i nigdzie nie twierdził, że ma się to odbywać „bezpośrednio” – przez picie ludzkiej krwi i spożywanie ludzkiego ciała. (Tradycyjnie nie spożywa się również substancji powstałych w wyniku tzw. „cudów eucharystycznych.”) Przeciwnie, sam używał „znaków” chleba i wina dla odprawienia tego misterium.
Wygląda więc na to, że nasz Bóg jest znacznie bardziej wyczulony na naszą ludzką wrażliwość, niżby się zdawało naszym braciom ateistom… :)

Obwiniony: ks. Boniecki?

Wiedząc doskonale, że najprawdopodobniej nic (poza, oczywiście, całkowitą likwidacją tego bloga i definitywnym zniknięciem z Sieci…) nie jestem w stanie uczynić, aby odwrócić choć na chwilę uwagę moich przeciwników od mojej osoby, a skierować ją na inne zagadnienia – zdecydowałam się mimo wszystko znów podzielić z Wami kilkoma przemyśleniami na temat, który ostatnimi czasy bulwersuje wielu…

Muszę od razu powiedzieć, że WIDZIAŁAM wywiad ks. Adama Bonieckiego z Moniką Olejnik w TVN24 – i trudno mi się w nim dopatrzyć czegokolwiek, co by uwłaczało w jakiś sposób Kościołowi czy też kapłańskiej godności Księdza.

Być może przełożeni oczekiwali od niego większej jednoznaczności „w sprawie krzyża” – pytany o to, czy ten symbol powinien pozostać w sali sejmowej, czy też nie, udzielił salomonowej odpowiedzi, jakoby obie opcje były poprawne. Byle tylko nikogo nie urazić?:)

Ale mimo wszystko nie sądzę, by było to „przestępstwo”, które należałoby „ukarać” aż zakazem publicznych wypowiedzi (notabene, podobnie uczyniono swego czasu z o. Pio) – mam więc nadzieję, że jednak NIE O TO chodziło… Tym bardziej, że w przypadku ks. Piotra Natanka (którego zwolennicy teraz nader chętnie porównują z ks. Adamem) ten ostateczny środek dyscyplinujący został poprzedzony szeregiem ostrzeżeń i wcześniejszych analiz – a przecież tamten kapłan miał na sumieniu o wiele poważniejsze wykroczenia przeciwko doktrynie i dyscyplinie kościelnej.

A może chodziło tu po prostu o swoiste ćwiczenie Księdza w zakonnej ascezie? O powiedzenie mu: „Kiedy byłeś naczelnym „Tygodnika Powszechnego”, chodziłeś, gdzie chciałeś i mówiłeś, co chciałeś – ale teraz, gdy się zestarzałeś, kto inny Cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (por. J 21,18) ?

Szanuję prawo przełożonych do postępowania w ten sposób – i nie jest moim zamiarem negowanie wartości zakonnego posłuszeństwa – tym bardziej, że sam ks. Boniecki (inaczej, niż ks. Natanek, który pomimo kościelnych zakazów kontynuuje swoją działalność…) także jej nigdy nie negował.

Rozumiem jednak także tych licznych wiernych (lepszych ode mnie!) którzy są zaskoczeni decyzją odnośnie znanego i lubianego kapłana, której im nikt nie wyjaśnił. Wiem, wiem, że Kościół „nie ma w zwyczaju” komentować podobnych spraw – ale może już właśnie nadeszła pora, by zmienić ten obyczaj? Czy Kościół naprawdę coś by na tym stracił?

A swoją drogą – podczas tego pamiętnego wywiadu ksiądz Boniecki sprawiał wrażenie wyczerpanego… Może trochę odpoczynku istotnie dobrze mu zrobi?

POLECAM TAKŻE: 33 44

Wokół całkowitego zakazu aborcji…

Że też ten temat stale musi u nas wracać… Jak bumerang. A już zwłaszcza przed każdymi kolejnymi wyborami. Przykre.

Moje stanowisko w tej sprawie jest już Wam doskonale znane i ani myślę się powtarzać, jednak coś mnie znowu podkusiło i wdałam się na Facebooku w dyskusje z fanatycznymi zwolennikami całkowitego zakazu (że też ja nigdy nie potrafię się ugryźć w… klawiaturę). Poniżej przytaczam wyjątki (głównie moje własne wypowiedzi) z owych dyskusji. Boże, bądź miłościw mnie grzesznej (bo przecież WIEM doskonale, jakie piekło zaraz się tu rozpęta)!

Ale w końcu założyłam kiedyś bloga m.in. po to, by w miarę możności zgromadzić w jednym miejscu wszystkie moje wypowiedzi rozproszone po Sieci. Ktoś chce wiedzieć „co Alba tak naprawdę myśli o…” – nie ma sprawy, wchodzi tutaj, zagląda do właściwego posta i wie. Mówiąc szczerze, blogowanie stało się dla mnie sposobem unikania udzielania odpowiedzi…wciąż na te same pytania. 🙂

***

Wszystko zaczęło się od tego, że TOMASZ TERLIKOWSKI 30 czerwca napisał na swoim profilu na Facebooku: „PO twierdzi, że nasze prawo wystarczająco chroni dzieci. Szczególnie te 549 rozerwanych na strzępy.” Niestety, nie zdołałam się powstrzymać  i odpisałam mu na to, że w Polsce z całą pewnością dokonuje się znacznie więcej zabiegów przerywania ciąży, niż te oficjalne 500, choć (z drugiej strony) – nie wierzę także, że w XXI w. „nielegalna aborcja” w Polsce nazywa się pani Stasia i przyjmuje w komórce z wiaderkiem. Każde dziecko wie, że odbywa się to za sowitą opłatą w prywatnych gabinetach lekarzy lub zgoła za granicą. Przypuszczam, że nikt u nas nie umiera z tego powodu w męczarniach. (Niektóre aktywistki mówią wprawdzie o „tysiącach śmiertelnych ofiar” tego procederu, ale mają poważny problem, by wskazać choćby jedną – sama czytałam tylko o jednej takiej historii – lekarz ginekolog próbował wykonać „późną aborcję” u swojej dziewczyny, która była w siódmym miesiącu! – i na skutek tego kobieta i dziecko – bo to już na pewno było dziecko, a nie „zlepek komórek”? – zmarli. Stąd swoje tezy ilustrują czasem zdjęciami kobiet, porozrywanych przez pokątną aborcję… w Afryce.). 

***

W kolejnych dniach nasza dyskusja dalej się rozkręcała:
TERLIKOWSKI:„I, daj Boże, żeby ta inicjatywa, chciałbym móc powiedzieć nasza inicjatywa, przyniosła oczekiwane skutki…”

Odparłam na to: „Daj Boże żeby przyniosła oczekiwane skutki, a nie odwrotne od zamierzonych! Osobiście bardziej wierzę w powolne kształtowanie ludzkich sumień, niż w cudowną moc zakazu, który rozwiąże problem jednym pociągnięciem pióra.Wolałabym, żeby ludzie nie wykonywali aborcji z głębokiego przekonania, że to jest coś złego, a nie dlatego, że to zakazane. Jest prawdą, że współcześnie mamy tendencję do myślenia „PRAWO tego nie zabrania, więc to NIE MOŻE być nic złego.” Nie jestem wszakże pewna, czy to działa także w odwrotną stronę – „Wprowadzimy zakaz i dzięki temu WSZYSCY zostaną przekonani!” Choć, żeby być uczciwą, muszę też sobie powiedzieć, że to samo dotyczy WSZYSTKICH zapisów prawa stanowionego. Zakaz zabójstwa nie powoduje, że nie ma na świecie morderców, a zakaz gwałtu nie eliminuje całkowicie gwałcicieli. (Czemuś jednak te zakazy służą. Czemu? Ano, wydaje mi się, że powiedzeniu: „My, jako społeczeństwo, pewnych czynów nie aprobujemy.” I tylko tyle.)

Ktoś tu napisał, że.„uchwalając ten zakaz chronimy sumienia ludzi.” Przed czym? Przed zbyt częstym używaniem? Zakaz to zakaz – ZWALNIA mnie z jakiejkolwiek samodzielnej refleksji moralnej – tak samo zresztą jak brak zakazu. „Dlaczego to jest złe? Bo prawo tego zakazuje.”; „Dlaczego jest DOBRE? Bo prawo na to zezwala.” Koniec, kropka.

Zrozumiałabym, gdyby ten ktoś napisał, że taki zakaz pozwoliłby ochronić życie przynajmniej niektórych ludzi, którzy obecnie są abortowani, ale tak?

Natomiast w sondaże na ten temat nie wierzę – materia nie jest prosta, więc i odpowiedzi nie są jednoznaczne. Do której grupy np. zaliczyć mnie, która jestem PRZECIW eliminowaniu dzieci niepełnosprawnych (nie zaliczam się więc do tych 23% respondentów), ale i przeciw temu całkowitemu zakazowi – ponieważ dopuszczam dramatyczne wyjątki dotyczące zagrożenia życia i zdrowia kobiety?

A i tak mnie mnie tutaj „wyzywają” od feministek i zakamuflowanych zwolenniczek aborcji na każde żądanie, choć taka myśl nigdy mi w głowie nie postała. Uważam, że każda aborcja to wielka tragedia i wielkie zło, którego, jeśli tylko można, należy uniknąć, ale nie sądzę, by dało się to „załatwić” jednym zakazem.

W STATYSTYKACH będziemy mieli „0 aborcji” – a „wyzwolone” Polki wyjadą sobie „pozbyć się problemu” na Zachód (wiem, wiem – jako następny krok wprowadzimy przymusowe kontrole ginekologiczne osób w wieku rozrodczym…), albo będą nadal „bezboleśnie wywoływać miesiączkę” przy użyciu wczesnoporonnych świństw (zakażemy, zakażemy…). Tak się kończy budowanie domu od komina. Lepiej tego wszystkiego nie widzieć. Lepiej twierdzić, że jestem zbałamucona przez lewicową propagandę. 🙁 Bo ktoś mi już tu napisał, że każdy, kto ośmieli się choćby wspomnieć o tym, że oficjalne statystyki nie są prawdziwe, w istocie popiera aborcję na życzenie. ” :(„

TERLIKOWSKI jednak dalej grzmi: „Komorowski opowiada się za rozrywaniem dzieci niepełnosprawnych na strzępy, bo prawo nie może wymagać heroizmu…”

„Ale… Jednak jest coś w tym, że wychowanie dziecka niepełnosprawnego JESTheroizmem. Niech pan nie zaprzecza, JA akurat wiem coś o tym. I tak sobie myślę, że cały czas budujemy dom od komina – najpierw wprowadźmy zakaz, a potem…wszystkie dzieci niepełnosprawne będą już chciane i kochane. Automatycznie. Wie pan co? Anna Sobolewska, matka Celi, młodej malarki z Zespołem Downa, napisała w swojej książce, że kiedy jej córka przyszła na świat, nikt, absolutnie nikt nie potrafił jej podać żadnych PLUSÓW posiadania dziecka niepełnosprawnego. Spotykała się z odtrąceniem nawet we wspólnotach kościelnych. Czasami mam wrażenie, że traktuje się osoby niepełnosprawne jako pewnego rodzaju „krzyż” czy też „dopust boży” – na zasadzie: „Zabić tego nie wolno, bo to mimo wszystko człowiek, ale powiedzieć coś dobrego też nie bardzo się da.” Sama pamiętam jak mocno zabolało mnie w dzieciństwie, gdy ksiądz powiedział, że „tylko ładne dziewczynki mogą być bielankami.” Te z porażeniem mózgowym na pewno nie mogą – obrzydziłyby Pana Jezusa. 😉 Sobolewska wspomina, że szlag ją trafiał, gdy gdzieś w prasie natrafiała na artykuł o „zaślinionych downach i ich udręczonych matkach.”

Dziecko niepełnosprawne to dramat, tragedia, życie gorsze od śmierci – tak mówią nasi adwersarze. Nie dziwię się, że mało kto się decyduje na takie „męczeństwo’ – nie znam nikogo, kto by się „palił” z entuzjazmem do „krzyża” (nie wyłączając Jezusa – On też nie był masochistą).

Czy pan wie, że na świecie ponad 90% zdiagnozowanych płodów z „Downem” zostaje unicestwionych? A to dlatego, że ludziom skutecznie wmówiono, że nic GORSZEGO nie mogło ich w życiu spotkać. Jeśli są wierzący, to nawet trzymają się zakazu – ale z mentalnością „niewolników”: „Taki mój krzyż i muszę go dźwigać, bo mi Kościół KAŻE.” Tacy czasem zamykają ten swój „dopust boży” w komórce, albo w skrzyni. Bo zabić, nie zabiję – bo proboszcz mówił, że to grzech – ale to zawsze wstyd. Inni toczą „boje” z miejscową szkołą o naukę dla swoich dzieci,z lekarzami – o terapię, a z księdzem – o sakramenty. A czasem o pochówek. Z sąsiadkami, twierdzącymi, że „tam musiał być jakiś grzech – bo skąd to się takie wzięło?”

Jak już kobieta urodzi ten swój „krzyż” to często jest sama, zupełnie sama – bo nasi panowie, tacy wrażliwi, że na cierpienie dziecka nie mogą patrzeć, i odchodzą (mój tata na szczęście jest twardzielem – został:)). A nawet jeśli potem spotka kogoś, kto pokocha ją i „takie” dziecko, najczęściej nie ma podstaw, by stwierdzić nieważność małżeństwa. Musi więc wybierać – samotność bez ludzi, albo bez sakramentów. I pan się jeszcze dziwi, że ludzie mówią: „Kościół każe kobietom tylko rodzić, rodzić, rodzić takie potworki – a jak już urodzą, ma je w nosie”? Choć, tak naprawdę, jak wykazałam WSZYSCY mają je w nosie. Całe społeczeństwo.(Wie pan, czego nie znoszę najbardziej na świecie? Tego ckliwego gadania o „osobach pokrzywdzonych przez los” – a ten ton ZAWSZE się pojawia, ilekroć ktoś mówi lub pisze o osobach niepełnosprawnych. Litość jest najpodlejszym uczuciem znanym ludzkości. Nie czuję się bardziej „pokrzywdzona przez los”niż pan czy ktokolwiek inny.:))

A  Wy mówicie – wprowadźmy zakaz usuwania takich dzieci, a wszystko będzie cacy. Obawiam się, że nie będzie.” 🙁

 

***

A na deser…
CHRISTIANITY AND ABORTION – CHRZEŚCIJAŃSTWO A ABORCJA:(Nie mam pojęcia, co to za organizacja, nigdy wcześniej się z czymś takim nie zetknęłam,,,): 
„Nie zgadzamy się z absurdalnym stwierdzeniem, że zbrodnia dokonana metodami „humanitarnymi” przestaję być bestialstwem. Na filmie przedstawione są metody jakimi dokonuje się morderstwa na istotach całkowicie bezbronnych, zdradzonych nie tylko przez matki, ale i przez przyzwalające na to- przez brak sprzeciwu- społeczeństwo.” I do owego stwierdzenia dołączony taki „uroczy” filmik (ostrzegam – zawiera treści drastyczne!):

Moja pierwsza, zupełnie odruchowa reakcja brzmiała: „O Jezu Chryste… Nigdy bym SOBIE tego nie zrobiła! Wolałabym już chyba umrzeć… I niech mi nie chrzanią różni „pseudonaukowcy”, że to jest niegroźny zabieg, podobny do wyrwania kurzajki. Aborcja szkodzi również KOBIETOM! Może zróbmy jakąś kontr-manifę pod tym hasłem?” – a po kilku dalszych sekundach projekcji: „NIE! Już nie mogę! To przekracza ludzką wytrzymałość! Już rozumiem, dlaczego feministki wychwalają pigułkę poronną jako „mało inwazyjny sposób dokonania aborcji.” Przynajmniej nie są do tego potrzebne te wszystkie… rzeczy.:(

Ale żeby być intelektualnie uczciwą, muszę też zauważyć, że NIE WSZYSTKIE spośród nich są współcześnie używane. Pokazanie tych XIX- wiecznych i z początku XX w. miało zapewne spotęgować efekt propagandowy. Ale to tak, jakby pokazywać młot i szczypce kowalskie jako współczesne przybory dentystyczne. Ps. Fakt, że uważam, że dziś mamy bardziej wyrafinowane przyrządy medyczne, nie oznacza, że sądzę, że aborcja nie jest już niczym złym. Wystarczyło jednak pokazać te, których dziś się używa. (Na pewnym blogu przeczytałam np. zachwyty pewnej pani nad „higieniczną i bezkrwawą” metodą wysysania płodu próżniowo, brrr!). Bo inaczej słuszny będzie zarzut, że się straszy kobiety „demonami przeszłości.”

I wtedy ktoś zapytał: DLACZEGO W OGÓLE KOBIETY ZABIJAJĄ WŁASNE DZIECI?

Odparłam na to: „No, cóż, myślę, że głownie z tego samego powodu dla którego wielu ludzi popełnia samobójstwo. Ze strachu. Z tego wielkiego, ogromnego strachu, który paraliżuje człowieka. Wydaje im się wtedy, że to JEDYNE wyjście z sytuacji. Boją się opinii sąsiadów albo rodziny – czytałam historię 17-latki w ciąży, która została zgwałcona. Ale przecież nie chodziła i nie rozpowiadała o tym po mieście. Starsze, „pobożne” sąsiadki, ilekroć ją mijały, mówiły ze zgorszeniem: „Na takie dzieci Pan Jezus nie dał zgody!” Przez podobne postawy sami „nakręcamy” mechanizm aborcji. Jeśli urodzić nieślubne dziecko to u nas ciągle „wstyd i hańba” to nie dziwię się, że wiele kobiet myśli: „Muszę zrobić WSZYSTKO, żeby to zniknęło!”

Niedawno czytałam w „Newsweeku” o kobietach, które w Polsce poddają się nielegalnej aborcji. Być może jest ich nawet kilkaset dziennie (bo niektóre biorą pigułki poronne w tajemnicy przed wszystkimi). I wiecie, co mnie uderzyło? To, że opisane w reportażu kobiety zawsze były SAME – bez pomocy ze strony rodziny czy partnera. Panowie na ogół umywają ręce. Jednej kochanek, podobno szanowany „katolicki” polityk miał powiedzieć: „Nie popieram tego, co ZROBIŁAŚ, ale DOBRZE, że dziecka nie będzie!” Innymi słowy: „Zrób tak, żeby nie było dziecka, reszta mnie nie obchodzi!” A odpowiedzialność i tak ZAWSZE spada na kobietę – to ona jest „zbrodniarką” – to ona to ZROBIŁA. Sama to sobie zrobiła?!

Tak więc na pierwszym miejscu jest strach. Kobiety boją się tego, co będzie: awantur w rodzinie, biedy, utraty pracy, urodzenia chorego dziecka, problemów zdrowotnych, odejścia mężczyzny… Takie lęki, rzecz dziwna, towarzyszą kobiecie nawet wtedy, gdy dziecko jest w pełni upragnione. Sama na ogół nie boję się poczęcia nieplanowanego dzidziusia, ale kiedy nosiłam synka, bardzo się bałam, żeby rodzice nie namawiali mnie na aborcję „dla mojego dobra”. Jestem niepełnosprawna. Gdybym była wtedy SAMA, kto wie…

Dopiero na dalszym miejscu umieściłabym skrajny egoizm, jak u tej Francuzki, która najpierw poddała się in vitro, a potem aborcji, bo… termin porodu jej nie odpowiadał…”