Co naprawdę myślę o… GENDER?

Przede wszystkim, chciałabym zauważyć, że z „gender” jest trochę tak, jak z katolicyzmem. :) Wszyscy o tym dyskutują, ale niewielu się tak naprawdę na tym zna.

Powiedziałabym nawet, że ilość wygłaszanych na ten temat bzdur jest wprost proporcjonalna do stopnia niewiedzy.

Toteż ja sama chciałam zaczekać z napisaniem tego posta, aż się trochę „oczytam.” Tymczasem jednak, chwilowo, nie stać mnie na wykupienie książek z interesującej mnie dziedziny. ;(

Gdyby ktoś z Państwa zechciał zasponsorować mi kilka pozycji, byłabym niezwykle zobowiązana…:)

Ale, pomyślałam sobie, skoro już tylu samozwańczych „ekspertów” wypowiada się na ten temat bez żadnej znajomości rzeczy, to mogę i ja – zastrzegając jednakże, że wiem o tym znacznie mniej, niżbym sobie życzyła.

Ostatnio zresztą znowu zrobiło się na ten temat głośno, za sprawą listu biskupów, którzy dostrzegli w gender zgoła największe zagrożenie dla świętej rodziny polskiej.

List ów krytykują nad podziw zgodnie i publicyści „Tygodnika Powszechnego” (jak Błażej Strzelczyk) i feministki (niezrównana Eliza Michalik rzuciła błyskotliwie, że wszystkim krytykom gender chodzi ni mniej więcej tylko o obronę „władzy facetów”, którzy pragną nadal żyć „z wykorzystywania pracy innych” – tj., w domyśle, swoich matek, żon i córek. Słowem: klasyczny wyzysk człowieka przez człowieka, jak by powiedział towarzysz Marks. Zabawne jest to o tyle, że akurat „faceci” w sutannach, którzy ten list napisali, na ogół nie żyją z kobietami. Rozumiem zatem, że „żyją z pracy” swoich gospodyń i innych zakonnic?:)).

Szczerze mówiąc, zawsze mnie trochę śmieszy, kiedy różni komentatorzy (często wojujący ateiści) zaczynają dyktować hierarchom Kościoła, czym „powinni” się zajmować, a czym już zupełnie nie powinni.

Wydaje mi się, że dopóki to nie narusza zasad porządku publicznego, każdy duchowny może we wnętrzu własnej świątyni nauczać czegokolwiek zechce. Nawet, jeśli wola – że Ziemia jest płaska. I nikomu nic do tego.

Mimo wszystko, nie kwestionując faktu szkodliwości tej nowej utopii (o czym dalej), zastanawiam się jednak, dla JAKIEGO PROCENTA ludzi, którzy co tydzień grzecznie zapełniają kościoły, ma ona jakiekolwiek realne znaczenie?

Sądzę raczej, że zjawisko to na szczęście jeszcze dosyć niszowe – i że wielu spośród słuchających mogło nie mieć zielonego pojęcia, o co właściwie ekscelencjom chodzi…

Chciałabym także kiedyś usłyszeć w kościele list biskupów (napisany prostym, ludzkim, zrozumiałym językiem – bez teologicznego zadęcia!) pochylających się z równą troską nad problemem przemocy w rodzinach czy też nad zagrożeniami, jakie powodują pijani kierowcy.

W tym punkcie przychylam się do zdania o. Pawła Gużyńskiego, że nie jest dobrze, jeśli bita kobieta w kościele usłyszy tylko, że „ten gender jest zły!”

Przepraszam, ale nigdy jakoś nie mogłam pojąć dlaczego to, że ktoś bije  i gwałci po pijanemu swoją żonę, to tylko jego grzech prywatny, nadający się co najwyżej do wyznania w konfesjonale – ale to, że niektóre (katolickie!) pary myślą np. o in vitro, to już „problem społeczny”, wymagający napiętnowania z każdej ambony w tym kraju. Podobnie z gender.

Do napisania tych paru słów zupełnie na gorąco sprowokowała mnie jednak najpierw niezawodna prof. Środa, gdy w wywiadzie dla „Faktu” stwierdziła autorytatywnie, że „gender to nie żadna ideologia, to NAUKA.”

Przykro mi, pani profesor, ale po raz kolejny ośmielę się z panią nie zgodzić.

Sam fakt, że się WYKŁADA coś na uczelni nie świadczy jeszcze o „naukowości” tego czegoś. Przypomnę, że podobnie niegdyś wykładano na uniwersytetach „marksizm-leninizm” lub „ekonomię polityczną socjalizmu.” Czytałam nawet o uczelniach, które mają katedry parapsychologii. Czy to oznacza, że irydologia, różdżkarstwo lub chiromancja są dyscyplinami naukowymi?:)

Z dziedziny gender tworzy się zresztą szereg równie „wiekopomnych” prac, zrozumiałych i ważnych głównie dla ich autorów i promotorów, jak te, które w minionym okresie z całą powagą „udowadniały” wyższość gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną.

Mała próbka: „Rola Internetu w negocjowaniu nieheteronormatywnej tożsamości płciowej…”  I na coś takiego idą ciężkie granty unijne…

Zdaję sobie przy tym sprawę, że podobny zarzut (nienaukowości) ateiści mogą zechcieć postawić np. teologii. Ale jeśli teologia nie jest – załóżmy – dyscypliną naukową, to tym mniej „badania nad społeczną i kulturową tożsamością płci.”

O naukowości (tak mnie uczono na zajęciach z metodologii badań historycznych) przesądzają bowiem dwie rzeczy:

1) (po pierwsze): właściwa metodologia. Mówiąc najprościej, żadna nauka nie TWORZY samodzielnie alternatywnej rzeczywistości, ona ją tylko ODKRYWA i OPISUJE.Tym się różni m.in. od „sztuki”, która może kreować własne światy, jak tylko chce.

2) (Po drugie):Sprawdzalność w praktyce (empiryczna). W odniesieniu do nauk historycznych jest to np. zgodność z materiałem źródłowym, odkryciami archeologicznymi itd. A szerzej w humanistyce także z odkryciami innych nauk o człowieku, jak medycyna, psychologia czy etnografia.

OBYDWU tych rzeczy często brakuje badaniom gender (podobnie jak brakowało ekonomii politycznej socjalizmu).

Po pierwsze na siłę tworzy się najpierw WNIOSKI (choćby to, jakoby kobiety ZAWSZE i wszędzie były „klasą uciskaną”), a dopiero następnie nagina do nich rzeczywistość. Kiedyś w zakłopotanie wprawił takich uczonych pewien cmentarz słowiański ze średniowiecza, na którym nie znaleziono ANI JEDNEGO szkieletu kobiety, który by nosił ślady świadczące o tym, że jego posiadaczka była za życia maltretowana. Ale pani Środa i tak będzie twierdzić, że w dawnych wiekach to nic tylko „samcy męczyli kobiety.” Tak po prostu było i już. :)

Po drugie – to już mogę powiedzieć z całym przekonaniem – w gender nie chodzi wcale o „równość płci” (mój tata gotował kaszki i ocierał noski, a moja mama robiła karierę w biznesie BEZ konieczności przebierania się w cudze szmatki, co „nowe wychowanie” uważa za pożądane, a nawet niezbędne) tylko raczej o ich LIKWIDACJĘ.

Nie chodzi zatem o to, że chciałabym „zapędzić kobiety do garów”, jak się to często i zbyt łatwo spłyca.  Tym bardziej, że sama nie umiem gotować.:)

Uważam, że nie ma nic złego w większej „wymienności” ról społecznych – wszak i Joanna d’Arc nosiła zbroję, co nie przeszkodziło wcale w ogłoszeniu jej świętą patronką Europy. Hildergarda z Bingen, ogłoszona Doktorem Kościoła przez „konserwatywnego” papieża Benedykta, była lekarką i kompozytorką. I tak dalej, i tak dalej.

Uwaga do niektórych księży, którzy (niestety) wypowiadają się na ten temat: nawet jeżeli na obrazkach Świętej Rodziny święty Józef jest tym, który pracuje „w pocie czoła” w warsztacie, a Maryja jest tą, która nosi wodę czy piecze podpłomyki, to jeszcze wcale nie znaczy, że „Tylko tak powinna wyglądać PRAWDZIWA rodzina. Tak chciał Bóg! Na wieki wieków amen.” A wszystko inne jest już poważnym wykroczeniem przeciwko „odwiecznemu prawu Bożemu.” Nie.

Znacznie większy problem moim zdaniem polega na tym, że gender nie postrzega odmienności płci jako WARTOŚCI, tylko jako pewne OGRANICZENIE, które trzeba koniecznie zniwelować.

Jak to napisała prekursorka takiego myślenia, Simone de Beauvoir w „Drugiej płci”: „Nie urodziłyśmy się kobietami – zrobiono z nas kobiety!” Nie wiem, jak ta pani – ale ja jestem kobietą od samego początku: i nawet sobie to chwalę…

W rzeczywistości, jak sądzę, wątpliwości dotyczące własnej tożsamości płciowej przejawia znikoma część ludzkości – a jednak specjaliści (specjalistki) od gender starają się usilnie wytworzyć w nas wrażenie, że taka „płynność i niepewność” jest nieomal najważniejszym problemem, dręczącym homo sapiens.

Nawiasem mówiąc, w moim odczuciu nawet najsłynniejsza polska transseksualistka, Anna Grodzka, przeczy pewnymi swymi zachowaniami niektórym genderowym dogmatom.

Nigdy na przykład nie widziałam tej pani w spodniach – które w XXI wieku przecież chętnie noszą kobiety, określane w genderowym slangu jako cis-gender (w przeciwieństwie do tych „trans”). Te wszystkie kwieciste sukieneczki, widoczna biżuteria i wysokie obcasy… Czy to jednak nie jest próba jak najlepszego wpasowania się w „opresywny społeczny wzorzec kobiecości”? :)

Kwestionuje się zatem znaczenie (pozytywne) samych różnic płciowych jako takich. Gender głosi, mówiąc w uproszczeniu, że „NIE MA już mężczyzny ani niewiasty lecz jest CZŁOWIEK.” (notabene, coś takiego jak „człowiek” realnie nie istnieje – jest to pojęcie abstrakcyjne, ponieważ każdy, chce tego czy nie, RODZI SIĘ już z jakąś płcią). 

Odrzuca się BIOLOGICZNE (mimo wszystko!) podstawy pewnych różnic kulturowych – podczas gdy mnie się wydaje, że tak, jak teologia mówi, że „łaska buduje na naturze” (mówiąc w uproszczeniu: to, do czego człowiek ma nadprzyrodzone „powołanie” to na ogół to samo, do czego przejawia pewne naturalne skłonności. Ktoś, kto nie ma słuchu muzycznego, raczej nie zostanie śpiewakiem operowym, a ten, co mdleje na widok krwi, nie będzie dobrym lekarzem.) – tak też można powiedzieć, że cała ludzka KULTURA „nadbudowana” jest na NATURZE.

Nie bez przyczyny – a już na pewno nie z powodu jakiegoś odgórnego „narzucania” czy „opresji” – ludzie zamieszkujący okolice podbiegunowe jedzą co innego i inaczej się ubierają, niż ci, którzy mieszkają na równiku… Tak samo można by chyba powiedzieć, że nie tyle „kultura stwarza płeć” co „płeć tworzy kulturę.”

Czyżby określenia typu: „literatura kobieca”, „kobieca wrażliwość” czy też „męska rzecz” – były tylko figurami językowymi, pozbawionymi realnego znaczenia? Nie wydaje mi się.

 Różnice płciowe są zatem przez gender postrzegane nie jako wartość, którą należałoby doceniać,  lecz wprost jako zagrożenie dla ludzkiej wolności („jeśli mogę sobie wybrać zawód, światopogląd, partnera, kolor włosów, a nawet godzinę śmierci (eutanazja) – to czemuż by nie PŁEĆ? To takie niesprawiedliwe!”)

Przyznam się, że jako chrześcijanka nie bardzo wiem (redaktorze Strzelczyk!), jak pogodzić taką postawę ze stwierdzeniem, że „WSZYSTKO, co Bóg stworzył było dobre”? Jeśli „wszystko” to także różnice, dzielące kobiety i mężczyzn. (Ostatnio zresztą neurologia odkryła kilka nowych, fascynujących różnic w funkcjonowaniu naszych mózgów – ja bym się raczej zachwycała, jakim cudem różniąc się tak bardzo, jesteśmy w stanie współpracować ze sobą, ubogacać się wzajemnie, porozumiewać się, a nawet, czasami, kochać:))

Tymczasem gender głosi, że „tylko to, co IDENTYCZNE może być naprawdę RÓWNE.”

Nawiasem mówiąc, to też oczywista prawda, iż nie jesteśmy wszyscy, jako ludzie, identyczni. Ostatnio w ulotce pewnego lekarstwa przeczytałam, że nie jest ono wskazane dla ludzi rasy czarnej, ponieważ mogłoby ich zabić. Czy takie „nierównościowe” stwierdzenie, to już rasizm?:) Nie. To tylko stwierdzenie naukowego faktu.

Po trzecie wreszcie – wnioskom (powziętym a priori) „naukowców” (a częściej „naukowczyń”) spod znaku gender często przeczą ustalenia innych nauk szczegółowych – historii, archeologii, językoznawstwa, antropologii, etnologii.

Podam tylko jeden przykład. Kiedyś ekipa etnologów dotarła do pewnego plemienia, które nigdy jeszcze nie widziało kredek. Nikt więc nie instruował dzieci, co „powinny” rysować dziewczynki, a co chłopcy – bo te dzieci nigdy jeszcze nie rysowały niczego. I okazało się, że kiedy naukowcy rozdali im kartki i kredki – dziewczynki zaczęły rysować kwiatki i motyle, a chłopcy – jakieś studnie i żurawie (czyli ichniejsze „urządzenia techniczne.”).

Takich ustaleń genderowcy albo nie przyjmują do wiadomości (słyszałam o tym że na pewnej uczelni w USA feministki doprowadziły do zwolnienia pewnego neurobiologa, który „zgrzeszył” tym, że odkrył, że kobiety i mężczyźni wykorzystują INNE części mózgu przy rozwiązywaniu zadań matematycznych. Tak mocno wierzą w dogmat, że „równy znaczy IDENTYCZNY” że mu tego nie darowały…) – albo próbują stworzyć z gender jakąś jedną wielką „supernaukę” – narzędzie do całościowego wyjaśniania rzeczywistości. A to już jest jedna z głównych cech IDEOLOGII. Każdej.

Jedna wspólna odpowiedź na wszelkie pytania, jakie możemy sobie postawić w zderzeniu z otaczającym światem prawie na pewno jest fałszywa – i nieważne, czy będzie to odpowiedź „fundamentalnie” pojmowanej religii („Bo tak mówi Biblia!”; „Bo Bóg tak chce!”) – czy też udających naukę ideologii.

A gdyby wyznawcy ideologii gender byli zupełnie konsekwentni w swoich zapatrywaniach, powinni też przebudować całą ideę zawodów sportowych.

Bo jak na razie to występuje tam ohydna „segregacja ze względu na płeć” i ordynarne wypominanie kobietom, że jednak nie są „równie dobre” jak mężczyźni. Bo skoczkowie o tyczce skaczą 6 metrów, a skoczkinie – tylko 5. Proponuję, żeby robić zawody koedukacyjne i przyznawać mężczyznom „punkty karne” za „nieodpowiednią” płeć.

I jeszcze coś: jeśli PRAWDZIWA jest ideologia gender („jesteś tym, kim się CZUJESZ, a nie na co WYGLĄDASZ„) to nie rozumiem, czemu IAAF odebrała pośmiertnie medale Stanisławie Walasiewiczównie, która, jak się okazało, miała męski genotyp? Całe życie myślała, że jest kobietą – tak wyglądała i tak się czuła – a jednak nie słyszałam, żeby się za nią wstawił jakiś komitet ONZ-owski. A więc jednak GENY mają jakieś znaczenie?:)

http://www.youtube.com/watch?v=5oGL7njQwrg

Po obejrzeniu tego filmu mój przyjaciel, o poglądach dalekich od konserwatywnych, stwierdził: „Już chyba tylko głupiec mógłby wierzyć, że chodzi im [wyznawcom gender] o jakąś równość płci.”

Odparłam na to, że mnie się wydawało, że takie pomysły zostały już dostatecznie zdyskredytowane przez eksperymenty z ubiegłego wieku, dokonywane np. w izraelskich kibucach, gdzie także próbowano wychowywać dzieci „bez płci” (chłopcom dając do zabawy lalki, a dziewczynkom – zabawki militarne – skutek tego był taki, że dziewczynki próbowały w tajemnicy tulić czołgi, a chłopcy urządzali bitwy lalek:)), a nawet bez rodziny.

Dopiero po latach wychodzą na jaw traumatyczne wspomnienia tak „wzorcowo” wychowywanych ludzi, jako żywo przypominające te z niektórych irlandzkich internatów…

Wygląda jednak na to, że ludzkość jest skłonna do znudzenia powtarzać swoje dawne błędy…

I jeszcze jedno: chociaż nie narzucam swoim dzieciom w żaden sposób, czym „powinny” się bawić – mała Aniela na przykład zauważalnie woli samochody od lalek – to jednak stoję całym sercem po stronie tych rodziców, których dzieci relegowano z przedszkola za odmowę udziału w „równościowych” przebierankach. I po stronie tych biednych, kilkuletnich, upokorzonych chłopców, którzy podobno zamykali się w łazience, byle tylko nie kazano im się przebierać w „dziewczyńskie” ciuszki…

Ktoś, kto coś takiego wymyślił, nie tylko nie ma bladego pojęcia o psychice przedszkolaka, ale nawet nie rozumie różnicy, jaka zachodzi pomiędzy „daniem wyboru” dziecku, a NARZUCENIEM mu określonego zachowania w imię z góry przyjętej ideologii…

Gender-1

Seks-1Gender-3

 

 

 

 

 

 

Postscriptum: Miałam już przestać pisać na temat, który wydaje mi się – mimo wszystko – dosyć jałowym przedmiotem rozważań, ale niestety niezawodna redaktor Michalik (z właściwą sobie „subtelnością” i szacunkiem dla ludzi o innych przekonaniach:))  znowu walnęła mnie  swoim intelektem między oczy, niczym obuchem, odwracając tok mego myślenia o 180 stopni.

Otóż stwierdziła ona, że bardzo mylą się ci, którzy (jak ja) sądzą, że „gender” dąży do zniesienia różnic płciowych: „Chciałabym oświadczyć – powiedziała – że gender właśnie zauważa te różnice i to do nich dostosowuje praktyczne rozwiązania społeczne i prawne. „

Jako przykład przytoczyła jakąś miejscowość w „równościowej” Skandynawii, gdzie tamtejszy „pełnomocnik do spraw gender” (jeśli „gender” jest rzeczywiście TYLKO nauką, jak inne, rozumiem, że tamtejsi mieszkańcy posiadają również  specjalnych „pełnomocników” do spraw innych dziedzin wiedzy?:)) odkrył z przerażeniem, że kobiety nie chcą jakoś korzystać z nocnych autobusów. To zupełnie zrozumiałe, że PARYTETY muszą być zachowane – nawet w autobusach nocnych!

Zatroskany urzędnik rozpisał przeto ankietę, z której naukowej analizy wynikało, że (o, dziwo!) „kobiety się po prostu boją.”  

Natychmiast wdrożono specjalną dyrektywę, w myśl której, „na żądanie KOBIETY” kierowcy autobusów nocnych mają obowiązek zatrzymywać się niemal pod samymi drzwiami domu pasażerki – co więcej, grzecznie zaczekać, aż  zamknie ona za sobą owe drzwi.

Rozumiem zatem, że prawdopodobieństwo, że to wracający do domu wieczorową porą MĘŻCZYZNA (nawet starszy czy niepełnosprawny) zostanie napadnięty w ciemnej uliczce, bliskie jest ZERU?

No, tak, zapomniałabym – wedle tradycyjnej wykładni feminizmu to KOBIETA zawsze jest OFIARĄ, mężczyzna może być jedynie agresorem… (Czyżby więc „gender” było po prostu jeszcze jedną odsłoną feminizmu?)

Kobieta – choćby miała trzy fakultety i czarny pas w karate :) – pozostaje zawsze słabą, bezbronną istotką, wymagającą troskliwej opieki, ponieważ nie jest w stanie sama o siebie zadbać – i w tym celu należy użyć wszelkich możliwych środków, jakimi dysponuje państwo i prawo…

Oczywiście, można ją postrzegać i tak – i wielokrotnie w historii, na przykład w wieku XIX, tak właśnie ją postrzegano. Odprowadzanie damy do domu (szczególnie w nocy) to całkiem miły, dżentelmeński obyczaj. Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu. Tylko nie rozumiem, dlaczego teraz ma się to nazywać „gender”?

***

Informacja z TVN24: ” Picie jest ‚demokratyczne.’ Dotyczy wszystkich grup wiekowych, zawodowych i społecznych. Jednakże wiadomo, że wśród mężczyzn najwięcej piją ci najmniej wykształceni, z małych miejscowości. Wśród kobiet natomiast tendencja jest dokładnie odwrotna…”

No, cóż, wygląda na to, że ten „sukces”, za którym tak tęskniła Simone de Beauvoir i jej koleżanki, ma jednak dla kobiet bardzo wysoką cenę…

Wiara w teatr.

Po ostatniej „awanturze” w Teatrze Starym w Krakowie, kiedy to starsi ludzie (widzowie?) przerwali kontrowersyjną sztukę Jana Klaty „Do Damaszku” według Strindberga  – rzekomo w proteście przeciw nazbyt wulgarnym scenom (znakomity aktor Krzysztof Globisz musiał np. kopulować z dekoracją)  – natychmiast odezwały się głosy, że w rzeczywistości była to zaplanowana akcja samego reżysera obliczona na zyskanie rozgłosu.

Znając trochę wcześniejsze „dokonania” tego awangardowego (i mocno lewicującego) artysty, jak również filozofię sztuki współczesnej, której nic tak dobrze nie robi, jak jakiś skandal, najchętniej na tle religijnym lub obyczajowym  (szczególnie tam, gdzie talentu nie dostaje) – jestem nawet skłonna w to uwierzyć.

I przyznać muszę, że oglądając dostępne w Sieci zapisy wideo z tego wydarzenia, także odniosłam wrażenie, że chodzi tu raczej o starannie wyreżyserowany happening, niż spontaniczny protest jakichś „oburzonych”.

Zbytnio to wszystko schematyczne, grubymi nićmi szyte. Te wszystkie okrzyki „Hańba! Wstydźcie się!” I wyklaskiwanie protestujących – którzy ostatecznie musieli opuścić teatr – przez wyraźnie rozbawioną młodą publiczność, przy akompaniamencie okrzyków samego mistrza, który uprzejmie kazał owym staruszkom się „wynosić.” Zbyt to wszystko… teatralne.

Zupełnie, jakby reżyser chciał przez to powiedzieć swoim widzom: „Zobaczcie, „oni” tu są, pośród was i tuż za progiem! Ci, których oburza wszystko, co tylko zatrąca o seks lub religię. Oni nie rozumieją nowoczesności – i tylko czyhają, żeby odebrać wam waszą wolność! Wasze świątynie, to jest teatry… Strzeżcie się! Strzeżcie się!”

Ale możliwe jest również, że był to autentyczny gniew prawdziwych teatromanów przeciwko temu, co Klata zrobił z renomowanym Teatrem Starym w Krakowie. Tak twierdzi np. na portalu NaTemat.pl Kazimierz Kutz, którego trudno raczej podejrzewać o szczególnie „propisowskie” czy konserwatywne sympatie.

Jeśli to jednak prawda, to tym bardziej mi smutno. Bo to oznacza, że jest jeszcze u nas wielu ludzi, którzy – zupełnie, jak ci Sarmaci z XVIII-wiecznych anegdot, którzy, przybywszy do stolicy na spectaclum, chcieli szablami bronić czci więzionej na scenie dziewicy – nie rozumieją do końca umowności sztuki teatralnej, tego, że jest to tylko pewna konwencja.

(Na przykład: jeśli ktoś na scenie odtwarza postać kurtyzany, niekoniecznie oznacza to, że i w życiu prywatnym jest osobą niemoralną.)

Bo jak inaczej zrozumieć te okrzyki pod adresem Doroty Segdy – „byłaś siostrą Faustyną, teraz jesteś nikim!”?!

Aktor przecież nie ponosi odpowiedzialności za to, co reżyser kazał mu grać…

Jeśli o mnie chodzi, nie byłam „zgorszona”, gdy Artur Żmijewski (związany z „Krytyką Polityczną”) odwzorowywał na deskach teatru mszę świętą (w skali 1:1, można powiedzieć), próbując przedstawić ją tylko jako „spektakl”, całkowicie wyprany z sacrum.

To nie było obrazoburcze – choć zapewne autor życzyłby sobie inaczej:) – cieszyłam się nawet, że współczesna kultura (w dużym stopniu „wyjałowiona” przez poprawność polityczną) wciąż sięga do religii, jako do nigdy nie wyczerpanego źródła inspiracji. Nawet, jeśli głównie się z nią sprzecza.

Dla naszego coraz bardziej zlaicyzowanego świata jedynymi akceptowalnymi „świątyniami” stają się powoli teatry. Poniekąd zauważa to także Kutz w cytowanym przeze mnie tekście, stwierdzając, że utarło się, że w teatrze publiczność powinna „zachowywać się jak w kościele.”  (I, co z tego wynika, nie protestować, gdy jej coś nie odpowiada.)

Jeśli tak jest, to można powiedzieć, że przybytki Melpomeny powracają w ten sposób do swojej pierwotnej funkcji, ponieważ teatr w starożytnej Grecji narodził się właśnie z widowisk o charakterze religijnym.

Toteż nie oburzyła mnie nawet sztuka „Ofiara Wilgefortis” Teatru Wierszalin, którą wielu swego czasu uznało za bluźnierczą.

Po raz pierwszy ze średniowieczną chrześcijańską legendą o Wilgefortis zetknęłam się w książce Olgi Tokarczuk Dom dzienny, dom nocny, którą przeczytałam, gdy jeszcze byłam żarliwie wierzącą nastolatką.

I wówczas zauroczyła mnie ta opowieść o dziewczynie, która tak umiłowała Chrystusa, że – broniąc się przed narzuconym jej przez ojca małżeństwem – uprosiła Go, aby jej dał swoją twarz. Rozwścieczony ojciec, widząc brodatą córkę, uznał to za działanie szatana i kazał biedaczkę ukrzyżować („skoro On jest twoim kochankiem, to umrzesz tak, jak On!”).

Wydawało mi się to bardzo piękne, bo zawsze wierzyłam, że – jak przeczytałam ostatnio w pewnej książce – „człowiek staje się podobny do tego, na kogo patrzy z miłością.”

Poczułam się więc trochę zniesmaczona, czytając teraz np. w Wikipedii, jakoby legenda o Wilgefortis odwoływała się do mitów androgynicznych i mówiła po prostu o „przekraczaniu granic biologicznych między płciami.”

Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego wszystko trzeba interpretować podług założeń ideologii gender. Dla niektórych być może ukrzyżowana kobieta z brodą oznacza jedynie, że „Chrystus była kobietą!” Dla mnie nie.

 

 

Zdjęcie przedstawia scenę ze spektaklu „Ofiara Wilgefortis” Teatru Wierszalin.

Ale mimo wszystko…przy całej  mojej tolerancji dla twórczych eksperymentów…chciałabym też wyznać nieśmiało, że ja wciąż wierzę w stary, dobry teatr.

Taki, jaki był dawniej – prawdziwą „świątynię sztuki i kultury”.  Miejsce, którego wyjątkowość podkreślano nawet szczególnym strojem. I zachowaniem.

Miejsce, gdzie nie tylko starano się „sportretować” wiernie otaczający nas świat (aby wysłuchać soczystych przekleństw, nie trzeba dziś koniecznie wydawać pieniędzy na bilet – wystarczy w tym celu po prostu wyjść na ulicę…) – ale i powiedzieć coś o tym, jaki POWINIEN on być.

Żeby i widz po wyjściu mógł poczuć się choć odrobinę lepszy (a nie GORSZY – „zgorszony”) niż był przedtem. Grecy nazywali taki stan duszy katharsis, oczyszczeniem.

Ja wiem, że potrzebne są i teatry awangardowe – ale wciąż potrzebujemy i takich miejsc, gdzie widz może usłyszeć Romea, który mówi do Julii wierszem Szekspira (pięknie przełożonym na polski przez Stanisława Barańczaka; notabene tego samego Barańczaka, który niedawno bronił rynsztokowego języka w ustach dyrektorki teatru…) zamiast rzucić jej niedbale: „Szprycha, ciągniesz druta?”

Od tego nikt katharsis nie przeżyje.

Dlaczego nie warto być „szmatą”?

Posłanka Pawłowicz znowu zabłysła „kulturą”, w charakterystyczny dla siebie sposób komentując feministyczny Marsz Szmat – ja jednak to, co warto w tej sprawie powiedzieć, spróbuję wyrazić w bardziej akceptowalny sposób.

Po pierwsze, wbrew temu, co sądzi prof. Środa, słowo „szmata” ma nadal w polszczyźnie wydźwięk obraźliwy – zresztą również w odniesieniu do mężczyzn (możemy przecież powiedzieć komuś: „Zachowałeś się jak szmata!”) – a nie tylko neutralny, oznaczający ciuchy, ciuszki.

Ja bym ani nikogo tak nie nazwała (no, chyba, żeby bezwzględnie zasłużył!;)), ani sama nie chciałabym być tak nazywana – choć warto zaznaczyć, że słowo to ma wielki ładunek emocjonalny i w pewnych sytuacjach, na niektóre osoby (o skłonnościach sadomasochistycznych) może działać nawet… podniecająco!

Dalej, jest oczywiście prawdą, że gwałciciela NIE TŁUMACZY ani wyuzdany strój, ani zachowanie ofiary. Nic go nie tłumaczy. I takie, zapewne, miało być przesłanie tej imprezy.

Ale na tej samej zasadzie: czy podobnie niewinnie nie cierpią ci, którzy zostali obrabowani, PONIEWAŻ zostawili otwarte drzwi do garażu? Takie zachowanie z pewnością trudno uznać za jawne zaproszenie dla złodzieja, ale na pewno jest to duża nieostrożność.

Tak samo, jak taniec nago wśród pijanych mężczyzn, albo tłumaczenie młodym dziewczynom, że „mają prawo” zachowywać się i ubierać jak gwiazdy porno (widywałam już nastolatki w koszulkach z napisem: „Jestem dziwką!” czy też „Bierz mnie!”) – a jednocześnie „żadne z tych zwierząt” (czytaj, mężczyzn) nie ma prawa ich nawet tknąć.

To taki sam truizm, jak to, że zostawienie otwartych drzwi do domu nie daje nikomu prawa do kradzieży. A jednak zamykamy te drzwi na klucz, prawda?

Pamiętać jednak należy, że nasze obecne kanony poprawności politycznej istnieją zaledwie od kilkudziesięciu, a pewne odruchowe reakcje seksualne – od milionów lat…

Naturalnie, prawdziwy mężczyzna to taki, który umie panować nad sobą (nie tylko w „tej” sferze) – inna sprawa, na ile ułatwia im to współczesna kultura, która mówi, że „seks to reakcja fizjologiczna, tak jak kichanie czy swędzenie – jeśli czujesz NAPIĘCIE, to lepiej je szybko rozładować, niż się męczyć.”

Wydaje mi się, że osławiony Strauss- Kahn czy Berlusconi są tylko doskonałymi produktami takiej kultury…

Przy czym, zaznaczam, nie chodzi mi o to, że kobieta „powinna” chodzić zakutana od stóp do głowy w szare (nomen omen!:)) szmaty i w ogóle ma starać się nie rzucać zbytnio w oczy. Nie.

Jestem zdania, że to, co „nie przystoi” w obecnych czasach kobiecie, jest niedopuszczalne także dla mężczyzn. Zawsze jednak uważałam, że nie należy wymagać od innych więcej, niż od samej siebie.

Jeśli jestem kobietą, to ten fakt nie daje mi licencji na niekontrolowanie własnych zachowań (bo, tak czy inaczej, „mężczyźni mają święty obowiązek mnie chronić”), na brak szacunku do siebie i innych… Jak równość-to równość!

Kto chce być szanowany, powinien przede wszystkim mieć poczucie własnej wartości…

A epatowanie hasłami w stylu: „Jestem szmatą i jestem z tego dumna!” – na pewno nie służy temu celowi.

Mówi się czasem, że mężczyźni – w przeciwieństwie do kobiet – „są prości.”

Jeśli to prawda, to sądzę, że ogólnie rzecz biorąc powinna też obowiązywać jedna prosta zasada – chcesz być traktowana jak DAMA? To zachowuj się jak dama! (A w pojęciu tym zawiera się też świadomość, że inny strój i zachowanie „uchodzi” w zaciszu własnej sypialni – gdzie „dozwolone”, zasadniczo, powinno być wszystko, co kochający się ludzie akceptują  – niż w pracy, czy choćby na ulicy…)

I nie chcę przez to znów powiedzieć, że damy nigdy nie ulegają przemocy. Ulegają, niestety – i to też jest tragiczne…

Niemniej (choć nie lubię PiS-u) tym bardziej mnie dziwi, że projekt ustawy, przewidującej zaostrzenie kar za gwałt, przepadł w naszym Sejmie. A myślałam, że to byłoby skuteczniejsze, niż jakikolwiek „marsz szmat”?

https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=_bjbiP2Ks2o#!

Wstrząsający film… Może niektórym pomóc zrozumieć, co przeżywają ofiary gwałtu. Aczkolwiek można go zinterpretować i tak, jakoby mężczyźni NIGDY nie doświadczali tego typu przemocy.