Oszustwo homeopatii.

Dawno, dawno temu, gdy prawie wszystko jeszcze leczono lewatywą, upuszczaniem krwi lub przystawianiem pijawek (co w sumie na jedno wychodzi:)), pewien niemiecki lekarz, Samuel Hahnemann (1755-1843), poszukiwał skuteczniejszego sposobu.

I tak wpadł na pomysł, aby „odświeżyć” starą jak świat myśl: „niechaj podobne leczy podobne” – tzn. aby podawać chorym substancje, które w normalnych warunkach wywołują objawy podobne do tych, na które uskarżają się pacjenci.

Idea pozornie słuszna, coś podobnego wykorzystujemy przecież chociażby w przypadku szczepionek – podajemy osłabiony czynnik chorobotwórczy, aby przy jego pomocy uodpornić organizm na „prawdziwą” chorobę.

Trzeba Hahnemannowi przyznać, że przynajmniej na początku był bardzo ostrożny.

Swoje doświadczenia z początku prowadził tylko na zdrowych ochotnikach, uważając, że włączenie w nie chorych zafałszowałoby wyniki, ponieważ objawy prawdziwej choroby mogłyby być trudne do odróżnienia od tych, wywołanych przez lek.

Nawiasem mówiąc, zasady obserwacji ludzkich „królików doświadczalnych” opracowane przez Hahnemanna były później z powodzeniem wykorzystywane do testowania innych leków – i to jest niezaprzeczalny wkład twórcy homeopatii w historię medycyny. (Homeopaci zauważyli także, że niewielkie dawki nitrogliceryny mogą być pomocne w leczeniu choroby niedokrwiennej serca, chociaż sami nigdy nie stosowali tej substancji w taki sposób).

Skoro jednak w toku dalszych badań zaobserwował on (co, jak sądzę, jest w pełni zgodne ze zdrowym rozsądkiem), że podawanie chorym ewidentnych trucizn nie tylko nie poprawia ich stanu, ale wręcz go pogarsza, wpadł z kolei na nowy pomysł.

Trzeba je nadal aplikować, stwierdził, tyle że w bardzo małych dawkach, tak małych, by nie mogły zaszkodzić – a wówczas pomogą na pewno.

I w tym celu (on, a po nim jego następcy) stworzył całą „naukę o rozcieńczeniach”, która to jest podstawą dzisiejszej homeopatii.

Według standardowej procedury należy wziąć 1 jednostkę „leczniczej” substancji i rozcieńczyć ją w 100 jednostkach rozpuszczalnika (np. wody, cukru, alkoholu, itp.). I tak co najmniej 15-20 razy (bierzemy jedną jednostkę uzyskanego roztworu i rozcieńczamy ją w 100 jednostkach wody, i znowu, i znowu, energicznie przy tym potrząsając naczyniem przez uderzanie nim o sprężyste podłoże, co homeopaci nazywają „dynamizowaniem” lub „potencjonowaniem”), dzięki czemu uzyskuje się w efekcie stężenie produktu końcowego („leku”) określane w homeopatii jako 15C czy 20C.

Trudno w to uwierzyć, ale rozcieńczenia w granicach 12-20C uważane są w homeopatii jeszcze za „wysokie” – homeopaci uważają, że im NIŻSZE stężenie substancji czynnej w preparacie, tym jego działanie jest silniejsze. Dlatego większość dostępnych na rynku „leków” homeopatycznych ma dużo wyższe rozcieńczenia (dla przykładu: popularne Oscillococcinum, reklamowane jako skuteczny lek na grypę i przeziębienie, ma aż 200C). Sam Hahnemann np. zalecał stężenia rzędu 60C dla większości zastosowań.

A co to w praktyce oznacza? Trochę trudno to pojąć (zwłaszcza, że mój humanistyczny umysł nie ogarnia tak wielkich liczb, jak np.  10400 – dziesięć doCZTERECHSETNEJ potęgi!), ale oznacza to, ni mniej ni więcej, że w całym opakowaniu „leku” homeopatycznego możemy nie znaleźć ani JEDNEJ cząsteczki substancji czynnej.

Co więc miałoby w nim „leczyć”? Sam rozpuszczalnik, tj. woda destylowana czy cukier?

Współcześni homeopaci znaleźli jednak sposób, by jakoś ominąć ten problem.

Wymyślili mianowicie teorię „pamięci wody”, według której, rzekomo, rozpuszczalnik „pamięta” (na poziomie cząsteczkowym) to, co było w nim rozpuszczone – i zachowuje w sobie cechy (przede wszystkim lecznicze) tej substancji. Niestety, nie znaleziono dotąd na to przekonujących dowodów.

Jak również, w zasadzie, na skuteczność homeopatii, przekraczającą skuteczność placebo (pacjent WIERZY, że mu coś pomoże, więc pomaga). Mówiąc wprost, w większości przypadków homeopatia po prostu NIE DZIAŁA.

A te przypadki, w których jednak działa, można wytłumaczyć albo efektem placebo (zauważcie, że w zasadzie „leki” homeopatyczne sprzedawane są na błahe dolegliwości, takie jak kaszel, które po pewnym czasie ustępują samoistnie, lub przy niewielkim tylko wsparciu ze strony medycyny) albo – co gorsza – myśleniem magicznym.

Od praktyk z pogranicza okultyzmu niektórzy homeopaci (co jednak trzeba uczciwie przyznać – nie wszyscy) wyraźnie nie stronią. Należą do nich tzw. leki papierowe, gdzie nazwa substancji oraz jej rozcieńczenie napisane jest na kartce papieru i przypinane do ubrania pacjenta, wkładane do kieszeni albo umieszczane pod szklanką z wodą, z której pije pacjent. Używają również leczenia na odległość. (Przykłady podaję za Wikipedią.)

Słyszałam także o tym, że specjalne „formuły” (zaklęcia?) wypowiadane przez laborantów podczas „dynamizowania” roztworu mogą jakoby zwiększać jego moc.

A co homeopaci odpowiadają na zarzuty, że ich terapia nie jest skuteczna? Ano, twierdzą, że z pewnością musiały wystąpić jakieś „blokady w leczeniu”, które je uniemożliwiły.

Współcześnie do najczęściej wymienianych „blokad” – wymienię tylko niektóre – należą:

  • zbyt częste leczenie antybiotykami, kortykosterydami i lekami rozszerzającymi oskrzela. Organizm pacjenta ma być rzekomo zbyt „zatruty” konwencjonalnymi lekami, aby móc się naprawdę „otworzyć” na dobrodziejstwo homeopatii.
  • zbyt liczne szczepienia ochronne niemowląt i małych dzieci. W tym punkcie homeopaci znajdują sojuszników we współczesnych ruchach antyszczepionkowych, choć sami czasami odżegnują się od nich.
  • elektrosmog (masowe zanieczyszczenie falami elektromagnetycznymi, np. pochodzącymi z telefonu komórkowego, anteny satelitarnej, poduszki elektrycznej, ekranu komputera itp.).
  • zbyt rzadkie przebywanie na świeżym powietrzu, siedzący tryb życia w dusznych pomieszczeniach, pasywny ruch (np. jazda samochodem), zła dieta…

Ale uwaga, uwaga – „magicznej sile uzdrawiającej” homeopatii może zaszkodzić zarówno niedostateczna aktywność fizyczna, jak i nadmierny wysiłek, blizny pooperacyjne, obumarłe korzenie zębowe, używki, hazard, nocne życie, nadużycia seksualne, stres, nierozwiązane konflikty międzyludzkie, hałas, a nawet… żyły wodne (o których skądinąd wiadomo, że nie istnieją:)).

Innymi słowy – jeśli homeopatia nie działa, to wina leży z pewnością po stronie pacjenta, nigdy zaś – homeopatii!:)

Środków homeopatycznych używa się także (ciekawe, z jakim skutkiem?) w leczeniu zwierząt domowych – choć, co ciekawe, sam Hahnemann był początkowo raczej sceptyczny wobec takiego pomysłu, stwierdzając trzeźwo, że organizmy zwierzęce zbyt się różnią od ludzkich, aby można było być pewnym efektu.

I byłoby to wszystko, proszę Państwa, nawet zabawne – bo w sumie, co mi do tego, czym jakiś rolnik karmi swoje świnki? – gdyby nie było również takie straszne.

Bo nie dość, że środki homeopatyczne są (w najlepszym razie) mało skuteczne i potwornie drogie (butelka popularnego syropu „homeo” kosztowała mnie niedawno blisko 40 złotych; a tradycyjny lek na kaszel -14 złotych!), to jeszcze był taki czas, kiedy WHO (chyba najbardziej skorumpowana instytucja na świecie) rekomendowała te „leki” w leczeniu naprawdę poważnych chorób, trapiących zwłaszcza biedniejszą część ludzkości, takich jak AIDS czy malaria!

Szacuje się, że w wyniku tego życie mogło stracić nawet 1,5 miliona ludzi! Ale co kogo obchodzą jacyś tam ludzie w jakimś tam Trzecim Świecie…Prawda?

Nawiasem mówiąc, u mojej córeczki homeopatyczny syrop od kaszlu, reklamowany jako „absolutnie bezpieczny i skuteczny dla całej rodziny” – zapisany przez pediatrę – wywołał przed dwoma dniami bolesny rumień na skórze: moje biedne dziecko krzyczało z bólu jak poparzone. Kilka lat wcześniej, kiedy byłam w ciąży z Antosiem (bo lek ten jest, oczywiście, polecany również ciężarnym, jako rzekomo nie mający żadnych działań ubocznych) – ten sam syrop wywołał u mnie bardzo silne torsje. A na uporczywy kaszel (który trwał bez mała 5 miesięcy!) pomógł mi dopiero stary, dobry antybiotyk, podany już po porodzie.

No, cóż, widocznie obie (i ja i Anielka) miałyśmy jakieś „blokady.”:) Nie wiem, możliwe. Wiem jednak na pewno, że już nigdy nie podam tego czegoś mojemu dziecku. I Wam też radzę się upewnić, czy lek, oferowany Wam w przychodni lub w aptece nie jest aby homeopatyczny.

Zob. też: http://srodowisko.ekologia.pl/wywiady/Homeopatia-nie-ma-nic-wspolnego-z-medycyna-wywiad-z-prof-Andrzejem-Gregosiewiczem,16564.html

 Postscriptum: Ale żeby nie było tak, że „czepiam się” tylko medycyny niekonwencjonalnej – ta akademicka też często OBIECUJE NAM o wiele więcej, niż jest w stanie naprawdę zaoferować.

Ostatnio przeczytałam, że jeden z byłych szefów znanego koncernu farmaceutycznego GlaxoSmithKline twierdzi, że około 90 procent(!) wszystkich leków, obecnych na światowym rynku jest skutecznych zaledwie w 50% przypadków. Leki standardowo używane w leczeniu nowotworów skutkują u 30-50% chorych, a te na Alzheimera – tylko u co czwartego pacjenta!

Do tego dochodzi zawsze nieprecyzyjny i zawiły język, jakiego chętnie używa się w tej branży.

Jeśli np. po zażyciu nowego (testowanego) leku 50 pacjentów z tysiąca miało myśli samobójcze, a nawet podejmowało takie próby, to zawsze można napisać, że u 0,5% badanych „wystąpiły niespecyficzne reakcje na lek” – i nikt raczej nie będzie dociekał, co to właściwie oznacza.

Dla porządku tylko dodam, że producenci leków homeopatycznych i tzw. „suplementów diety” (które z reguły też są lekami) nie mają obowiązku przeprowadzania badań klinicznych, dotyczących ich skuteczności.

A wiecie, co się stało z wieloma dawkami niepotrzebnej nikomu szczepionki przeciw „pandemii grypy” (której nie było), zawierającej toksyczną rtęć? Oczywiście, zostały one „zutylizowane” – przez wysłanie ich do Afryki! Znowu ten biedny, Trzeci Świat…

Inna była pracownica branży farmaceutycznej, uhonorowana prestiżową nagrodą Human Rights Award, twierdzi wprost, że „branża ta nie jest zainteresowana wynalezieniem skutecznych leków na raka czy chorobę Alzheimera, lecz raczej utrzymywaniem chorób i zarządzaniem objawami.” Całkowite wyeliminowanie niektórych schorzeń ze świata popsułoby im interes….

Biolog z filozofem w jednym stali domu…

A nawet na jednej półce bibliotecznej, bo…

Niezawodny prof. Jan Hartman, o ile nie pochyla się z troską nad losami „totalitarnego” Kościoła katolickiego, czasami zajmuje się także losami młodych matek, które jego zdaniem powinny by czytać mądre książki, coby nie być tak ciemne i ograniczone, jak rzekomo bywają.

Swoją drogą, jakże to łatwo dawać takie światłe rady, kiedy się samemu NIE MAniemowlęcia przy piersi.

Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinno to być dla mnie żadną wymówką: moja śp. Babcia przez całe życie czytała bardzo dużo, mając na głowie szóstkę pociech i gospodarstwo rolne na dodatek…

Aby więc zapobiec prorokowanej mi przez profesora nieuchronnej  zamianie mózgu w twarożek na słodko, czytałam sobie ostatnio (równolegle!) Benjamina Wikera,  chrześcijańskiego filozofa  – oraz biologa Jeana Testarta.

Wiker („Dziesięć książek, które zepsuły świat – oraz pięć innych, które temu dopomogły”, wyd. FRONDA 2012) wędrując przez historię idei, pokazuje te, które obecnie kształtują nasze myślenie o rzeczywistości, choć często nawet o tym nie wiemy.

O, np. utylitaryzm J.S. Milla, który uczy, że naczelnym celem człowieka powinno być unikanie cierpienia – co więcej, zawiera w sobie utopijną wiarę, że przy użyciu środków prawnych będzie można kiedyś to cierpienie jeśli już nie wyeliminować ze świata, to na pewno znacząco zmniejszyć jego ilość.

Powstałą na skutek tego etykę utylitarną, która dominuje w naszym współczesnym myśleniu, można by nazwać „etyką ułatwiania” (życia, a czasem również śmierci) lub „uszczęśliwiania” – w tym ujęciu dozwolone, a nawet pożądane staje się wszystko, co „uszczęśliwi” jednostkę, nawet tylko w jej własnym mniemaniu.

Dlaczego, pyta np. najbardziej znany utylitarysta Peter Singer, mielibyśmy ZMUSZAĆkobietę do posiadania dziecka, którego „nie zdążyła” (biedaczka!) pozbyć się przed narodzeniem? Czy nie lepiej byłoby zamiast tego UŁATWIĆ jej uśmiercenie niechcianego noworodka (co wszak jest i tak „procederem starym jak świat”)?

Albo weźmy założenie Thomasa Hobbesa, jakoby każdy człowiek Z NATURY „miał prawo” do wszystkiego, czegokolwiek zapragnie – nawet do ciała i życia innej osoby – a „Państwo” było od tego, by tak rozumiane „prawa-pragnienia” zabezpieczać i dbać jedynie o to, byśmy się przy tym wzajemnie nie pozagryzali.

Natomiast książka prof. Testarta, notabene NIE chrześcijanina, lecz raczej, jak sam o sobie mówi, zwolennika… maoizmu, pokazuje jeszcze inne praktyczne konsekwencje, wynikające z przyjęcia tych dwóch teorii za oczywiste.

In vitro, jak zauważa prof. Testart, stworzyło ludziom szereg MOŻLIWOŚCI, a wraz z nimi i PRAGNIEŃ, o których inaczej albo w ogóle byśmy nie pomyśleli, albo staralibyśmy się zaspokoić je w jakiś inny sposób, znany ludzkości od wieków.

W przeszłości pragnienia takie ulegały „sublimacji”, kierując się ku szczęściu posiadania dziecka adoptowanego (albo przynajmniej psa), albo zwracając się ku lekturom, podróżom, działalności społecznej, religijnej, artystycznej…

Nie należy jednak – pamiętając o szczęściu tych, których „nauka” obdarzyła upragnionym potomstwem – zapominać też o cierpieniu innych, o wiele liczniejszych par, które, doznawszy wcześniej nadziei, rozbudzonych przez nowe osiągnięcia medycyny, i wielu cierpień ducha i ciała, musiały pogodzić się z goryczą klęski.

Te jednak, śmiem twierdzić, nie znajdują się w centrum naszej uwagi, co więcej, sądzę, że profesor ma rację, gdy mówi, że „jest coś niemoralnego w statystycznym wyrażaniu „sukcesu.” (Jak to zazwyczaj czynią kliniki wspomaganego rozrodu)

A pośród tych nowych możliwości (które, gdy profesor pisał swoją „obrazoburczą” książkę, były jeszcze w dużej mierze kwestią przyszłości, a które dziś są już rzeczywistością) można wymienić banki komórek i zarodków, umożliwiające kobietom urodzenie dziecka w dowolnie wybranym przez nie momencie.

Ekstremalnym przykładem takiego podejścia jest owa 75-letnia Brytyjka, która domagała się (nie wiem, z jakim skutkiem) wszczepienia zarodka pochodzącego z obcych komórek, ponieważ „dopiero teraz poczuła, że mogłaby być dobrą matką.”

Mamy też już „dzieci-lekarstwa”, poczynane głównie, albo tylko jako „banki części zamiennych” dla chorego rodzeństwa, a również liczne dzieci, urodzone przez matki zastępcze, także własne biologiczne siostry (sic!) lub babki.

Temu Testart (stetryczały konserwatysta?;)) także sprzeciwia się dość stanowczo, pisząc: „Są przecież i tacy, którzy uważają, że nie ma nic zdrożnego w tym, że przyjaciółka podaruje swoją komórkę jajową, kuzyn plemnik, a babcia przyszłego dziecka użyczy swojej macicy (ostatnio stało się to nawet dosłownie, przez przeszczep – przyp. Alby), aby stworzyć jeden wspólny zarodek. Czemuż ci ludzie nie czynią tego raczej w swoim własnym kręgu, prywatnie, zamiast propagować takie postępowanie jako ogólnie przyjętą metodę?”- pyta raczej retorycznie. Wstrętny, wstrętny konserwatysta… :)

Dziecko może się także urodzić wiele lat po śmierci swoich rodziców, biorąc pod uwagę, że zahibernowane zarodki mogą – w odpowiednich warunkach – trwać w stanie zawieszenia życia przez czas prawie nieograniczony. To trochę tak, jakbyśmy dziś mogli poznać syna lub córkę Mieszka I.

W kolejce czekają już jednak kolejne projekty – np. wszczepianie ludzkich zarodków do macicy zwierząt lub tworzenie „sztucznych macic” (co niewątpliwieUŁATWIŁOBY nam obserwację rozwoju embrionu i dokonywanie na nim różnorodnych eksperymentów).

Teoretycznie już dzisiaj możliwe jest także programowanie płci oraz tworzenie użytecznych (m.in. w transplantologii) hybryd człowieka i zwierząt – dokonuje się tego na razie na poziomie zarodkowym. Niewątpliwie rozwiązałoby to palący problem braku „ludzkich części zamiennych”, a także, być może, po stworzeniu jakiejś formy „małpoludów”, pracy w warunkach zagrażających zdrowiu i życiu, a niedającej się wykonać przez automaty.

Coraz bardziej możliwe stają się również modyfikacje genetyczne zarodków, a przesuwanie „granicy człowieczeństwa” aż do momentu porodu, a nawet poza nią (Singer), niewątpliwie UŁATWIA rozwiązywanie wielu związanych z tym trudnych kwestii medycznych, etycznych i prawnych.

Inne możliwości, na razie jeszcze w sferze s.f. , to klonowanie człowieka czy urodzenie biologicznego dziecka dwóch kobiet – albo donoszenie ciąży przez mężczyznę (co zapewne spotkałoby się z entuzjastycznym przyjęciem części środowisk LGBT, którym  natura uparcie odmawia takiego „prawa”…)

O klonowaniu reprodukcyjnym zresztą profesor wyraził się błyskotliwie: „Każdy wie najlepiej, że siebie samego kocha się najbardziej, siebie pragnie się najbardziej. Jeśli więc dziecko jest tylko mieszaniną uczuciowości i narcyzmu, to naszym najgłębiej skrywanym pragnieniem jest miraż klonowania: kocham sam siebie i stwarzam sobie dziecko na swój obraz i podobieństwo. Teraz zrodzę się z mojej własnej krwi i będę żyć z miłości do siebie.” Brrrr...

 W roku 1986 prof. Jacques Testart, jeden z najznakomitszych francuskich uczonych, „współtwórca” Amandynki, pierwszego francuskiego „dziecka z próbówki”, zaproponował międzynarodowe moratorium w zakresie badań dotyczących inżynierii embrionalnej.

Ludzie, jak dotąd, zwykle robili WSZYSTKO, co tylko DAŁO SIĘ technicznie zrobić – zauważa profesor – Czy zatem postęp nauki, pyta, powinien polegać na tym, żeZAWSZE robi się to, co nauka aktualnie pozwala nam zrobić? A jeśli nie, to co właściwie ma stanowić granicę spełniania możliwości?

Niestety, obawiam się, że jest osamotniony w stawianiu tego typu problemów w świecie nauki, który coraz bardziej porzuca pytania w rodzaju: „po co?” i „dlaczego?” na rzecz innych: „jak?” i „w jaki sposób?”

(Choć niedawno zdarzyło mi się przeczytać we „Wproście” wywiad z profesor genetyki, Magdaleną Fikus, która miała odwagę wyrazić „gorszący” pogląd, że człowieka powinno się „robić” raczej w łóżku, niż w laboratorium. wypowiadając się również przeciwko klonowaniu reprodukcyjnemu – idzie nowe?:)). Fachowo nazywa się to „teleologią nauki.”

„Przyszedł czas zrobienia pauzy. – powiedział Testart  w jednym z wywiadów, uzasadniając swoją decyzję o rezygnacji z własnych, świetnie zapowiadających się badań – Uprzednio zapłodnienia in vitro miały swą ściśle określoną funkcję: było nią „danie dziecka” bezpłodnej matce. W przyszłości zaś – która już nadchodzi – będziemy próbowali wyprodukować dziecko o odpowiednich cechach, wedle określonej miary. Żądam prawa także dla logiki nieodkrywania, dla etyki niebadania… Ale – dodaje w innym miejscu – niechaj fanatycy sztucznej prokreacji uspokoją się. Badaczy jest wielu, a ja mam świadomość, że w moich poglądach jestem odosobniony.”

Zaiste, są to często poglądy szokujące w naszym politycznie poprawnym świecie. :)

„Przestańmy udawać – pisze np. profesor – że same w sobie badania naukowe są neutralne, że tylko ich ZASTOSOWANIA mogą być dobre lub złe.” Albo: „Ani antykoncepcja, ani in vitro nie są postępowaniem moralnie neutralnym. Już wcześniej – zauważa profesor – powszechne zastosowanie antykoncepcji oddzieliło pożycie płciowe od prokreacji, teraz zaś tę ostatnią można całkowicie wyeliminować ze sfery seksu dzięki in vitro.”

„In vitro przygotowuje nas do przejścia przez kolejne etapy: najpierw obawy, potem akceptacji, wreszcie żądań, aby zarodek poddawać coraz to nowym manipulacjom.”

I jeszcze: „Zgadzając się na udział w tym przedsięwzięciu, zdawałem sobie niejasno sprawę, że dziecka z próbówki nie można „próbować”, że dziecko to należy po prostu przyjąć.” (Ponieważ, jak trzeźwo zauważa w innym miejscu – „nie istnieje selekcja bez eliminacji.”)

Ciekawe, ilu z jego kolegów po fachu i następców myśli podobnie?

„Już niedługo, drodzy rodzice – ironizuje  – wasze małe będą wybierane jak w psiarni: kształt uszu, kolor sierści, długość łap – no, i oczywiście dobre zdrowie.”

„Nie należy się łudzić – dodaje – że lekarze będą mogli odmawiać takim prośbom. Cierpienie związane z posiadaniem dziecka np. niechcianej płci może być niekiedy porównywalne z bólem towarzyszącym nieposiadaniu dziecka w ogóle, co zapewne potwierdzą psychologowie. Zresztą, jak OBIEKTYWNIE zmierzyć rozmiary czyjegoś cierpienia?”

No, po prostu istny „moherowy beret”, chociaż ateista. ;)

Można sądzić – pisze dalej profesor – że u ludzi to raczej MIŁOŚĆ niż popęd seksualny jest przyczyną, dla której od początku świata rodzą się dzieci. Swoją drogą, jak na tak ścisły umysł, to niezły romantyk z tego profesora.:)

Oczywistym tego dowodem (także DLA MNIE) byliby i ci, którzy uciekają się przy tym do pomocy rurek, lancetów i płynów odżywczych.

Nadchodzi jednak czas radykalnego rozdzielenia dwóch postaw – kocham cię i nie dotykając Cię nawet daję Ci dziecko; pożądam Cię i „robię ci” dziecko, nie kochając Cię. (W erze „przed in vitro” tylko ta druga ewentualność była możliwa…).

Zwracając nieustannie uwagę na możliwość „odczłowieczenia” całej procedury (np. jeśli chodzi o pobieranie nasienia od mężczyzn) profesor zdaje się jednak wierzyć w zwycięstwo ludzkiej miłości nad „mechanistycznymi sztuczkami” naukowców.

Jak wtedy, gdy opisuje wzruszający przypadek pary, która odmówiła wejścia „do szafy” (specjalnego pomieszczenia) w celu oddania nasienia, zamiast tego żądając dla siebie oddzielnego pokoju. „Kiedy tam weszliśmy, by odebrać pojemnik, czekał odstawiony, a oni wciąż jeszcze trwali złączeni pocałunkiem, zmieniając techniczną konieczność w akt wzajemnej miłości i oddania.”

Z tego względu, pomimo rozlicznych wątpliwości co do obecnych i przyszłych zastosowań tej metody, profesor NIE JEST – co warto bardzo mocno podkreślić na koniec  – przeciwnikiem in vitro w jego najbardziej podstawowej, „małżeńskiej” wersji. Nie. On chciałby jedynie, by in vitro było używane tylko do tego, do czego zostało stworzone: do dawania szansy na rodzicielstwo rzeczywiście bezpłodnym parom.

W końcu temu poświęcił prawie całe swoje zawodowe życie.

„Czy należy się cieszyć z wprowadzenia in vitro na medyczny rynek? – zapytuje. – Odpowiedzią jest radość rodziców, którzy – po licznych próbach bezskutecznego leczenia – odkrywają, że są we troje, widząc zaokrąglający się brzuch. A „to trzecie” przestało już być własnością specjalistów – umknęło ze świata hormonów, lancetów, próbówek i sztucznych płynów, stając się już tylko ich dzieckiem.”

Nie jest również zwolennikiem poglądu o człowieczeństwie zarodka od momentu poczęcia – uważa, że zarodek „uczłowiecza się” dopiero w pierwszym kontakcie z inną ludzką istotą – z organizmem matki. Warto jednak zauważyć, że zanim powstało in vitro , coś takiego, jak „zarodek w stanie wolnym” w ogóle nie istniało.

A ostatnio o profesorze znów zrobiło się głośno, gdy podczas wielotysięcznych protestów obywateli we Francji opowiedział się stanowczo przeciw przyznaniu „prawa” do in vitro parom jednej płci (to zresztą akurat wydaje mi się dosyć logiczne – jeśli in vitro jest metodą LECZENIA, to co właściwie ma „leczyć” w przypadku osób homoseksualnych?)

Nie ma co – nietuzinkowa postać z tego profesorka!:)

POCZYTAJCIE SOBIE SAMI: Jacques Testart, Przejrzysta komórka, wyd. PIW 1990; Benjamin Wiker, Dziesięć książek, które zepsuły świat (oraz pięć innych, które temu dopomogły), wyd. FRONDA 2012.

Ta pierwsza pozycja, oprócz zasygnalizowanych już powyżej rozważań Autora na temat filozofii nauki, postępu i medycyny, zawiera też pasjonujący opis jego pionierskich badań nad in vitro we Francji. Szczerze polecam.

Piersi niezgody.

Od kilku dni media (prawie) o niczym innym nie mówią, jak tylko o „prewencyjnej podwójnej mastektomii”, której poddała się Angelina Jolie.

Jedni więc mówią (jak nawrócony aborter, Bolesław Piecha), że to tylko „event” i kolejna „fanaberia” gwiazdy. Inni zaś odsądzają tych pierwszych od czci i wiary, wychwalając pod niebiosa „odważny gest” Jolie. (Jak niezawodna prof. Środa, która nawet na tę okoliczność przywołała dawny – i miałam nadzieję, że już trochę zapomniany, bo niezbyt mądry – feministyczny slogan o tym, jakoby „to, co prywatne, powinno stać się PUBLICZNE – a nawet polityczne.”)

Tymczasem ja myślę, że w całej tej dyskusji nie powinno chodzić o ocenę osobistej (a nawet intymnej!) decyzji aktorki – a raczej o pewne pytania natury bardziej ogólnej, filozoficznej i etycznej. I dziwię się, pośród tych emocjonalnych „przekrzykiwań się” (kiedy jedni solidaryzują się z Jolie, a drudzy w czambuł ją potępiają) wszystkim jakoś to umyka.

NAWET pani profesor – która, jak się zdaje od lat jest już o wiele bardziej „bojowniczką o prawa kobiet” niż filozofką, zdolną do spokojnej i pogłębionej refleksji.

Wydaje mi się, że ROZUMIEM motywacje Jolie, jej strach przed chorobą i cierpieniem – zwłaszcza, że oglądała wcześniej bolesną śmierć swojej matki.

Ze strachu ludzie często robią różne rzeczy, nawet głupie i złe – i nie należy ich za to potępiać.

Mówi się czasem niefrasobliwie, że „strach ma wielkie oczy”, próbując pomniejszyć jego siłę. Wydaje mi się jednak, że strach ma PRZEOGROMNĄ moc nad ludźmi  – ileż to zbrodni, w tym zabójstw (że już o aborcjach nawet nie wspomnę) popełniono właśnie ze strachu?

Czytałam o przypadkach z okresu II wojny światowej, gdy ukrywające się matki-Żydówki dusiły swoje niemowlęta, bojąc się, że płacz dziecka może zdradzić miejsce ich ukrycia – i któż mógłby je za to potępić?

Nie będę zatem potępiać i pięknej Angeliny za to, że ze strachu przed rakiem zdecydowała się pozbawić piersi. Z całą pewnością nie powiedziałabym też, jak pan Piecha, że to tylko kolejna „fanaberia” rozkapryszonej gwiazdy, obliczona na zwrócenie na siebie uwagi.

Nie powiem także, że „gdybym ja była na jej miejscu, NA PEWNO bym tego nie zrobiła” (choć tak właśnie zdecydowała się powiedzieć Krystyna Kofta, autorka świetnej książki o własnych zmaganiach z rakiem „Lewa, wspomnienie prawej.”).

Prawda jest taka, że nie mogę tego wiedzieć „na pewno” – NIKT nie może, ponieważ nikt z nas nie jest i nigdy nie będzie „nią ”.

Przed chwilą przeczytałam w książce o. Jacka Krzysztofowicza (tak, tak, to ten sam Krzysztofowicz, o którego odejściu tak głośno było kilka tygodni temu:)) że „mówić komuś, co DLA NIEGO byłoby najlepsze, oznacza brak szacunku dla bliźniego.”

Tego wszystkiego więc nie powiem i nie napiszę.

Chociaż przypominam sobie z własnego życia sytuację, kiedy wyczułam guzek w piersi i (jeszcze przed odwiedzeniem lekarza:)) pobiegałam do swojego spowiednika (i przyjaciela), by mu oznajmić, że ja WSZYSTKO rozumiem, niepełnosprawność i tak dalej, ale TYM RAZEM to już Pan Bóg trochę przesadził! WSZYSTKO tylko nie moje piersi! Krzyczałam, że wolałabym umrzeć. Za usprawiedliwienie tak gwałtownej reakcji niech posłuży fakt, że byłam wtedy jeszcze bardzo młoda.:)

Ale mimo wszystko wydaje mi się, że warto tu przypomnieć pewien podstawowy fakt: Angelina nie była (i nie jest) CHORA na raka, jest jedynie obciążona dość znacznym ryzykiem tej choroby.

A to każe – w zupełnym oderwaniu od jej indywidualnej decyzji, którą można jedynie uszanować! – stawiać pytania o sens takiej profilaktyki. O granice „primum non nocere”, o władzę człowieka nad własnym ciałem, o rolę lekarza…

Czy jedyną granicą etyczną medycyny powinna być WOLA pacjenta? (Jak w przypadku eutanazji, czy też tego mężczyzny, o którym już tu wielokrotnie wspominałam, który postanowił przeistoczyć się w „kota” i z pomocą usłużnych chirurgów wciela ów plan w życie.)

Czy mamy PRAWO usuwać zupełnie zdrowe organy, aby się ustrzec przed POTENCJALNYM niebezpieczeństwem? Dla przykładu: znany aktor Peter Falk (szerzej znany jako porucznik Columbo:)) przeszedł w dzieciństwie operację usunięcia gałki ocznej z powodu nowotworu – czy jednak należałoby taki zabieg przeprowadzać PROFILAKTYCZNIE u dzieci, których rodzice OBAWIAJĄ SIĘ nowotworu?

Inny przykład: wyrostek robaczkowy (co do którego nawet nie wiemy, dlaczego właściwie przetrwał u człowieka, i który z pewnością jest jeszcze mniej „potrzebny” niż kobiecie piersi:)) jest potencjalnym źródłem problemów u WSZYSTKICH ludzi, którzy go jeszcze posiadają.

Sama bardzo boję się jego zapalenia, ponieważ mam w rodzinie dwie osoby, które omal nie umarły z tego tak „banalnego” powodu. (Wywiązało się ciężkie zapalenie otrzewnej). A jednak nikt, o ile mi wiadomo, nie przeprowadza tego typu zabiegów „na wszelki wypadek.”

I wreszcie, jeśli Angelina podda się także – jak zapowiada – operacji usunięcia jajników, to chyba do końca życia będzie musiała poddawać się hormonalnej terapii zastępczej?

Tak więc PRZED owymi zabiegami profilaktycznymi mielibyśmy do czynienia ze ZDROWĄ (jeszcze!), płodną kobietą – a po niej…?

Czy zatem to wszystko nie jest tylko specyficznym przejawem naszego „lęku przed niepewnością” i tego, co wybitny biolog, prof. Testart, nazywa chęcią zabezpieczenia się przed WSZELKIM ryzykiem, jakie nas może spotkać w życiu?

To jednak chyba jest niemożliwe – bo RYZYKIEM jest przecież samo życie?

I wreszcie – czy w miarę, jak coraz lepiej będziemy poznawać nasz genom i drzemiące w nim zagrożenia, nie dojdzie w końcu do czegoś, co znakomity film sprzed lat, „Gattaca – szok przyszłości”, nazywa „genoizmem” – dyskryminacją ze względu na „złe” geny? „Przepraszamy, ale nasza firma nie może pana ubezpieczyć – ma pan aż 95% szans zachorowania na…”; „Niestety, z takim ryzykiem nie może pani liczyć na tę pracę.” I tak dalej…

Wydaje Wam się, że to czyste s.f.? Ja, niestety, obawiam się, że nie. Już teraz, na przykład, niektóre pary domagają się od lekarzy  ”gwarancji” na dziecko bez wad genetycznych lub potomka określonej płci.

I nie twierdzę, że ZNAM odpowiedzi na te wszystkie pytania. Ale i tak uważam, że należy je zadać.