Jestem przekonana, że gdyby chodziło o kobietę samotnie wychowującą dzieci, nikt by się już dzisiaj – w dobie poprawności politycznej – nie ośmielił postawić takiego pytania. 🙂
Ale jeśli idzie o mężczyzn, to nawet wśród najbardziej zagorzałych zwolenniczek „równości” pokutuje stary mit, że „najgorsza matka jest lepsza od najlepszego ojca.” Pewien facet usłyszał od pani sędziny na rozprawie sądowej, że nie może wychowywać swego dziecka, ponieważ go…NIE URODZIŁ!
Tymczasem znałam chłopaka, który nie chciał, by jego dziewczyna usunęła ciążę, i samotnie wychowywał swoją córeczkę, studiując i pracując jednocześnie. (Kochająca mamusia zaraz po porodzie poszła w Polskę). A ile malutka miała „cioć”! 😉 Była dzieckiem całego akademika, bo wszyscy go podziwiali…
Mój tata też przez długie okresy wychowywał nas (troje!) samodzielnie, bo mama poświęcała się karierze zawodowej i często nie było jej w domu. Do dziś mam z nim bliższy kontakt, niż z nią. Sama natomiast jestem – jak wiadomo – niepełnosprawna i to głównie mój mąż opiekuje się naszym synkiem od chwili jego urodzenia. Jestem przekonana, że gdyby mnie nagle zabrakło, świetnie poradziłby sobie sam…
Postscriptum: Ostatnio przez blogi przetoczyła się także dyskusja o kobietach, które chcą mieć dziecko – i w tym celu szukają nie ojców, lecz dawców nasienia. Niektórzy widzą w tym jedynie dowód rosnącej niezależności „drugiej płci”, która manifestuje w ten sposób jedynie swoje „prawo do samostanowienia.”
A moim zdaniem tu wcale nie chodzi o to, że wszystkie pełne, „katolickie rodziny”, jak je się z przekąsem nazywa, są idealne i żyją rzeczywiście „po Bożemu” – ani o to, że każda kobieta, samotnie wychowująca dziecko to diabeł wcielony – bo to z pewnością nieprawda.
W tym wszystkim niepokoi mnie raczej założenie:„Chcę mieć dziecko – tak, jak mam samochód, własną firmę i laptopa – ale facet jest MI do tego niepotrzebny!” Zakładam zatem z góry, że i mojemu dziecku OJCIEC jest zupełnie zbędny, bo przecież wiadomo, to tylko pijak, bijak i molestator – nic pozytywnego nie wnosi. Lepiej go zastąpić dawcą spermy… Żeby dziecko było tylko MOJE, MOJE, MOJE! Ciekawe, że nikt nie zauważa, że w ten sposób kobieta decyduje NIE TYLKO o sobie (do czego ma święte prawo), ale i o całym życiu innego człowieka?
A ostatnio czytałam również o pewnej ponad 70-letniej Brytyjce, która dopiero teraz „poczuła że mogłaby być dobrą matką” (ciekawe, swoją drogą, co robiła wtedy, gdy był czas po temu?) – i pragnie się poddać zabiegowi in vitro z użyciem komórek pochodzących od obcych dawców. Czy myślicie, że i jej należałoby na to pozwolić w imię „świętego prawa do macierzyństwa”?
Uprzedzając Wasze pytania: ja sama zastanawiałam się wielokrotnie, czy z moją niepełnosprawnością „nadaję się” na matkę – i nie obrażę się wcale, jeśli ktoś mi napisze, że zupełnie nie. Wiem też, co to znaczy pragnąć dziecka – ale gdybym nie miała partnera, nigdy nie poddałabym się sztucznej inseminacji tylko po to, żeby zaspokoić to pragnienie. Dziecko to nie jest środek służący ku temu, żeby „zrobić sobie dobrze.”


Jestem też przekonana, że szybko znajdą się całe tabuny naśladowców tej „pary odważnych prekursorów” (bo głupota podobno jest zaraźliwa).