Ile wolno chrześcijanom?

Ach, jak ja „lubię” Wasze pytania w stylu: „Powiedz mi, Albo, czy to jest grzech?” (I najlepiej oznacz dokładnie stąd-dotąd, co „wolno” a czego już absolutnie nie!:)).

I to bynajmniej nie dlatego, jakobym nie lubiła z Wami o tym rozmawiać!

Tylko po prostu dlatego, że…czasami bardzo trudno to tak jednoznacznie rozsądzić! W ocenie moralnej różnych kwestii trzeba brać pod uwagę nie tylko to, czego dana rzecz dotyczy, ale także różne okoliczności, uwarunkowania psychologiczne itp. Przykład: kradzież – „straszny” grzech (większość ludzi, również niewierzących, myśli – „ale o co właściwie chodzi? Nikogo nie zabiłam, nie okradłam, jestem w porządku.”:)). A jednak nie odważyłabym się tak powiedzieć np. o matce, która kradła, by wyżywić swoje dzieci. A jeśli „przypadkiem” chodzi jeszcze o tę budzącą tak wiele emocji sferę intymną, sprawy się jeszcze bardziej komplikują…

Poza prokreacją głównym celem seksu jest wzrost wzajemnej miłości małżonków – tak więc „grzeszne” (choć, moim zdaniem sednem wiary, nie jest wcale pytanie o „grzech” – tylko o MIŁOŚĆ – „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” – Łk 7,47) jest to, co tej miłości (i wierności) nie służy. Tak więc, jeśli np. oglądają wspólnie film erotyczny – i to powoduje, że potem lepiej i piękniej się kochają jest ok. Ale jeśli zaczynają się zmuszać do czegoś nawzajem, albo, co gorsza, szukać wrażeń poza małżeństwem, już nie. („We czci niech będzie małżeństwo pod każdym względem – i łoże nieskalane.”🙂 (Hbr 13,4))


A co, na przykład, z elementami „przemocy” w sypialni?:) Inaczej mówiąc, czy się ciężko grzeszy i trzeba za każdym razem gnać do spowiedzi , jeśli się np. daje żonie przysłowiowego „klapsa w pupę”?:)

Wiadomo, że w mózgach większości zwierząt ośrodek bólu sąsiaduje z ośrodkiem przyjemności. I jeśli odpowiednio często (lub <zbyt> wcześnie, jak to było w moim przypadku) przeżywasz takie doświadczenia, Twojemu ciału niekiedy „myli się” jedno z drugim – i tak rodzi się masochista/ka. Zresztą w świecie zwierząt seks jest na ogół bolesny, a nie (tylko) przyjemny. W takim sensie jest to zupełnie „naturalne”.

 
Ale od tej „naturalności” jeszcze daleka droga do odpowiedzi na pytanie, czy to, co robimy, jest na pewno „dobre.”
 
I myślę, że tu znowu trzeba wyjść od pytania – czy to, co robię, robię dobrowolnie (do czegokolwiek ktoś kogoś ZMUSZA, jest obiektywnie złe, choćby to było nawet chodzenie do kościoła – znałam zbyt wielu ludzi, którzy odeszli od wiary z powodu takiego przymusu religijności w domu..) – i, co ważniejsze, czy służy to mojej miłości, memu małżeństwu. 

Nie potępiam nikogo, bo sama aż za dobrze wiem, jak silne są seksualne pragnienia, ale boli mnie zawsze, gdy widzę że żona porzuca dobrego męża, którego jedyną „winą” jest to, że nie jest dominujący i nie potrafi jej zaspokoić tak, jak jej cudowny i wspaniały „pan” który, nie dość, że ma żonę i dzieci, to często ma oprócz niej jeszcze wiele innych „niewolnic.” 

No, cóż – jemu „wolno”. Jest „panem „(ten przez duże P jest dla mnie tylko Jeden – i żaden człowiek, moim zdaniem, nie powinien stawiać się na Jego miejscu!). Jest „ponad”, „poza” czymś tak nieistotnym, jak jakieś tam dobro i jakieś zło. Jest „bogiem.” A ja jednak uważam, że na tym świecie rzeczy ważniejsze, niż rozkosz – choćby była nieziemska. Na przykład miłość i wierność (dlatego tak stale mnie boli, że i mój mąż złamał dane kiedyś słowo – kto mi teraz zagwarantuje, że i mnie kiedyś nie zostawi?:)).
 
Tak więc i takie praktyki  mogą być „dobre” w ramach związku małżeńskiego, „złe” zaś poza nim – tak samo, jak każdy inny rodzaj seksu. Jako chrześcijanka wykluczałabym np. udział małżonków w orgiach czy „wypożyczanie” żony przez męża innym mężczyznom, bo to już wykracza poza wyłączny związek dwojga dusz i ciał.

Jeśli „należę” do mojego męża, jestem jego i tylko jego – cała. „Wypożyczana” czułabym się rzeczą i to rzeczą bez wielkiej wartości – nie pożycza się nikomu kolii za milion dolarów. 😉

Chociaż z drugiej strony… u Dostojewskiego jest prostytutka Sonia, która jednak jest bardziej czysta i święta od wszystkich „przyzwoitych ludzi” którzy ją potępiają, ponieważ wszystko, co robi, robi z miłości.

 
Miałam kiedyś spowiednika, który, gdy mu opowiadałam o seksualnych ekscesach, jakich się dopuszczałam, miał wewnętrzną wizję małej dziewczynki, która stoi przed lustrem w maminych szpilkach i pończochach i udaje, że jest okropnie wyuzdana…
 
I myślę, że chodziło mu o to, że w oczach Boga WSZYSCY jesteśmy tylko niewinnymi, zranionymi dziećmi, niezależnie od tego, co byśmy zrobili. A On zna wszystkie powody – i jest takim Sędzią, który dla każdego z nas stara się znaleźć „okoliczności łagodzące”. To diabeł nas będzie oskarżał („Panie Boże, jak Ty możesz kochać taką bezwartościową szmatę, jak Alba? Przecież ona…to…i to…i tamto…”, por. Ap 12,10) – Bóg będzie naszym Sędzią i Obrońcą w jednym.
 
Jest też taki stary, polski film „Piekło-niebo” którego bohaterowie ulegają wypadkowi i trafiają na „sąd szczegółowy”. I jest tam także pewna dziewczyna, łagodnie mówiąc, nie najcięższego prowadzenia się. Oglądając jej życie na wielkim ekranie, widownia krzyczy „Do piekła z nią!” Ale wtedy Pan Bóg pokazuje im też najbardziej skryte pragnienia tej dziewczyny – kochający mąż, dziecko…
 
I jestem głęboko przekonana, że WSZYSCY w głębi duszy pragniemy tylko być szczęśliwi i kochani, nawet jeśli czasami szukamy tego różnymi „dziwnymi” sposobami.


Tak więc być może i żona, która Z MIŁOŚCI do męża pozwala się „wypożyczać” (ponieważ pragnie, by był szczęśliwy) może liczyć na miłosierdzie tego, który jest Miłością. Możliwe, że jest to nawet, w jakimś sensie, „ofiara z siebie”… Tak jakoś to widzę.

(Także w filmie Larsa von Triera „Przełamując fale” opowiedziana została historia bardzo pobożnej, wrażliwej dziewczyny, która – z miłości do sparaliżowanego męża – zgadza się spotykać z nieznajomymi mężczyznami, a potem mu o wszystkim opowiadać… I któż mógłby ją za to bez wahania potępić?)

Ale nadal uważam, że sytuacją idealną  dla uległej kobiety jest kiedy to jej mąż jest jej „panem” (nawet Biblia wiele razy go tak nazywa – zob. np. 1 List św. Piotra 3,1-6;)), któremu może być posłuszna, skoro tego właśnie pragnie („żony niechaj będą poddane swym mężom” – mówi Pismo;)) – mniej „komplikacji”, to mniej wyrzutów sumienia…

Dalej – Biblia mówi – „Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście. Jeśli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy [sam] Bóg”. (Por. 1 Kor 3,17). A zatem szczególnie dominujący mężowie powinni pamiętać, by nie zniszczyć swojej żony fizycznie lub/i psychicznie przez swoje seksualne pragnienia. Kiedyś widziałam zdjęcie pewnego faceta z jego uległą dziewczyną. Nie, to nie było zdjęcie erotyczne, stali po prostu na peronie. On miał na pysku taki wyraz „jestem królem dżungli” że aż przy całej swojej wrodzonej uległości chciałam mu go zedrzeć pazurami z mordy. („No, i z czego jesteś taki dumny, idioto?!”) Bo ona… Ona miała wyraz twarzy i oczu gumowej lalki – żadnej własnej myśli, żadnego śladu inteligencji – tylko bezmyślna, psia uległość. Jestem pewna że jakby jej – ot tak, dla kaprysu! – kazał wejść pod pociąg, to by poszła, jak zombie. Znienawidziłam go. On zabrał jej duszę! To właśnie nazywam zniszczeniem człowieka („świątyni”).

Na pewno złe są wszystkie praktyki bezpośrednio niebezpieczne dla życia i zdrowia (np. duszenie). Kiedyś z przerażeniem czytałam bloga dziewczyny, która dawała się podduszać, mimo że rujnowało ją to fizycznie. Przestała pisać – może już nie żyje?

Według mnie to „uleganie i dominowanie w miłości” powinno wiązać się nie tyle z „przemocą”, co z pewnego rodzaju „zabawą w przemoc” – i wtedy, nawet jeśli mnie ktoś „zniewala” w sypialni, WIEM, że tak naprawdę mnie kocha, szanuje i NIGDY, przenigdy nie chciałby mi zrobić nic złego. Że zawsze, mimo wszystko, pozostaję istotą ludzką, jego ukochaną żoną, a nie tylko ulubionym „przedmiotem.” Dopóki tak jest, nie ma w tym chyba nic złego. (Nie ma grzechu?) Trzeba tylko bardzo uważać, żeby tej granicy pomiędzy „zabawą” a przemocą czy prawdziwym poniżaniem nie przekroczyć.

Sama o sobie mówię czasem, że jestem „uległa, ale niepraktykująca.”:) W związku z tym pytacie mnie także czasami, czy mi „tego” nie brakuje („Jeśli ktoś lubił wrzącą zupę, czy zadowoli się potem letnim daniem?”:)). Otóż – nie. Dziś już wiem, że MIŁOŚĆ ma wiele różnych smaków poza tym „pieprznym” – i wdzięczna jestem mojemu mężowi, że mi to pokazał.

  


„Czy warto ratować małżeństwo za wszelką cenę?”

No, dobrze – a teraz zapomnijmy na chwilę o tym, że chodzi o „święty związek małżeński” i wyobraźmy sobie, że któraś z Was, kobiety, była szczęśliwą posiadaczką naszyjnika po prababci, niezwykle cennego, wyjątkowego, jedynego na świecie. Czy wtedy też tak lekko powiedziałybyście sobie: „Zepsuł się? E, nie warto ratować, toż to staroć, kupię sobie nowy, białe złoto, ostatni krzyk mody!”? Pewnie nie.

I jeszcze inna historia – załóżmy, że komuś z Was choruje dziecko – bo w naszych czasach miłość do dzieci jest na ogół bardziej trwała niż to, co się nazywa „związkiem”. Czy powiedzielibyście sobie: „E, tam, z niego i tak już nic nie będzie, nie warto ratować!”? Jestem przekonana, że większość z Was poruszyłaby niebo i ziemię, żeby ratować dziecko. A dlaczego? Bo je KOCHACIE!

Naturalnie, najłatwiej jest powiedzieć sobie (i innym): „Jeśli coś nie gra w małżeństwie, to po co się męczyć?” Tylko że ja zazwyczaj mam wątpliwości, czy „najprostsze” wyjścia są zawsze także NAJLEPSZE.  

Moja mama na przykład ma znajomą, której mąż był alkoholikiem, na wódę wynosił wszystko z domu, itd. Tysiąc i jeden „przyjaciółek” doradzało tej bardzo inteligentnej i samodzielnej kobiecie żeby „rzuciła go w diabły.” A jednak ona walczyła o niego i wyrwała go z nałogu. Obecnie są bardzo szczęśliwym małżeństwem, a on nosi ją na rękach w podzięce za całe piekło, jakie przeszła. 

Oczywiście problem „ale ile razy właściwie można wybaczać” to pewnie problem głębi miłości jednej osoby – bo podobno „miarą miłości jest miłość bez miary” (ja wciąż jeszcze w to wierzę:)) – i rodzaju winy tej drugiej. Bo prawdopodobnie inaczej  ma się rzecz w przypadku zdrady, inaczej – alkoholizmu (czy innego nałogu), a jeszcze inaczej – krzywdy wyrządzonej nam lub innej osobie (np. dziecku). To ostatnie pewnie byłoby mi najtrudniej wybaczyć – choć ogólnie jestem zdania, że w miłości warto wybaczać tyle razy, ile razy my byśmy chcieli, żeby nam wybaczono w analogicznej sytuacji. Prawdziwa miłość, moim zdaniem, powinna wystrzegać się używania słowa „Nigdy!” („Nigdy mu/jej tego nie wybaczę!”:)). 
I kiedy ktoś mnie pyta: „Czy warto ratować małżeństwo za wszelką cenę?” Odpowiadam: NIE. Nie za każdą cenę. Tylko na miarę miłości, jaką darzysz współmałżonka. Jeśli go/jej (już) nie kochasz, nawet nie próbuj, bo i tak nic z tego nie będzie. 

Czasami jestem zszokowana, czytając na blogach obelgi, jakie zawiedzione kobiety miotają pod adresem swoich eksmężów i ojców swoich dzieci  – i wyznać muszę, że czasem świerzbią mnie palce, żeby zapytać taką panią (ale nigdy tego nie zrobię, bo wiem, że w każdym przypadku byłoby to bardzo nietaktowne…) – „Jeśli on był i jest rzeczywiście takim „potworem” bez jednej pozytywnej cechy, jak go tutaj opisujesz, to co właściwie sprawiło, że się w nim zakochałaś i za niego wyszłaś?” Psychologowie często radzą rozwiedzionym panom: „Możesz nie lubić swojej byłej żony, ale staraj się ją szanować jako matkę Twojego dziecka.” Czy czasem tej samej rady nie należałoby zastosować i do niektórych „kobiet po przejściach”?

Niemniej jest też prawdą, że żadne zranienie (nawet to „wybaczone”) nie przechodzi w nas bez śladu , każde pozostawia bliznę – a kto z nas jest na tyle silny, by w nieskończoność przyjmować na siebie ciosy? Jestem przekonana, że istnieją i takie rany, których żadną ludzką mocą uleczyć nie sposób… 

Prawo czy miłość? Oczywiście, że prawo…miłości!:)

Zawsze uważałam, że nie powinno się ostro przeciwstawiać „prawa” – „miłości”. Tak samo jak wiary i rozumu, kobiet- mężczyznom czy miłości – sprawiedliwości.Ten który jest Miłością, jest także (jak mnie uczono) „sędzią Sprawiedliwym”.

A jednak (i w to najtrudniej nam uwierzyć i zrozumieć!) nawet Boża Sprawiedliwość jest tylko MIŁOŚCIĄ. „Boża Sprawiedliwość” polega na tym, że Bóg (z miłości do nas!) wydał swego Syna (jedynego naprawdę Sprawiedliwego!) w nasze ręce, byśmy z Nim postąpili „niesprawiedliwie” – i aby przez tę niesprawiedliwość odkupione zostały NASZE grzechy („On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu…”)

Czy ktoś z nas może sobie choćby wyobrazić, jak to będzie stanąć przed Sędzią, który jest TYLKO Miłością? Ja nie mam zielonego pojęcia.

Wiadomo, że w sytuacji „po grzechu pierworodnym” nasza zdolność do kochania innych ludzi jest mocno wykoślawiona. Ale chyba jeszcze bardziej wykrzywione jest także nasze ludzkie poczucie „sprawiedliwości.”

O ile więc miłość bez żadnego „prawa” łatwo może stać się lekkomyślna i nieodpowiedzialna („No, bo przecież się kochamy!” – mówią zwykle nastolatki przed pójściem ze sobą do łóżka; „Miłość wszystko usprawiedliwia!” – twierdzi mąż, porzucający żonę i dzieci dla młodszej kochanki…) , o tyle prawo bez miłości – staje się okrutne i bezduszne („My mamy Prawo, a w Prawie Mojżesz nakazał nam „takie” kamienować!” – krzyczą do Jezusa bogobojni Żydzi, pewni własnej prawości. I aż chciałoby się tu zawołać: „Dura lex, sed lex!”).

Jasne, prawo jest po to, żeby go przestrzegać – i czasami może nawet prowadzić do wzrostu miłości, ale…nie zawsze. Starszy syn z przypowieści o „synu marnotrawnym” w sposób doskonały wypełniał ojcowskie „prawo” – jednak, tak samo jak jego młodszy lekkomyślny brat, NIE KOCHAŁ ojca. Był mu po prostu posłuszny jak NIEWOLNIK.

Z tego wniosek, że „samo prawo” (bez miłości) nie jest w stanie nikogo przemienić na lepsze – co najwyżej wbija człowieka w pychę („O, dzięki, Ci, Boże, że nie jestem jak ci wszyscy ludzie – zdziercy, cudzołożnicy i oszuści!”:))

Wydaje mi się, że w sytuacjach spornych pomiędzy „prawem” a „miłością” Jezus zawsze wybiera miłość. Nie człowiek jest dla szabatu, ale szabat dla człowieka.”

A pomiędzy powiedzeniem Owsiaka – „Róbta co chceta!”- a Augustynowym „KOCHAJ i rób, co chcesz!” JEST jednak pewna różnica. Subtelna, ale jednak. Mniej więcej taka, jak między „erotyką” a „pornografią.” 😉

W świetle powyższych rozważań zastanawiam się nad niedawną sprawą z Phoenix (pisał o o niej „Tygodnik Powszechny”) gdzie Siostra Margaret McBridge, dyrektor katolickiego szpitala, zaaprobowała decyzję szpitalnej komisji etycznej, zezwalającej na usunięcie 11-tygodniowego płodu w celu ratowania życia matki cierpiącej na nadciśnienie płucne (kobieta znalazła się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia)  – za co miejscowy biskup bez zastanowienia nałożył na nią ekskomunikę i zwolnił ze stanowiska.  („My mamy prawo kanoniczne, a według prawa…”)

Oczywiście, w świetle katolickiej bioetyki, aborcja nie jest rzeczą „dobrą” pod żadnym warunkiem – także w przypadku zagrożenia życia kobiety należy, w miarę możności, wybierać takie zabiegi i środki, które pozwolą ratować oboje. W tym wypadku więc dopuszczalne było podanie leków na nadciśnienie, nawet zakładając że miałyby one szkodliwy wpływ na płód, czy nawet mogły doprowadzić do poronienia.

Podkreślam, że dla mnie każda aborcja – z jakiegokolwiek powodu – jest wielką tragedią – być może tym większą, im bardziej błahy i bezsensowny jest ten powód.

Niemniej wydaje mi się, że rację ma o. Jacek Prusak, pytając na łamach „Tygodnika”:  „Czy ratowanie 11-tygodniowego płodu gwarantuje mu przeżycie poza organizmem matki? Być może wybór, jakiego dokonała siostra McBridge podyktowany był logiką ratowania jedynego życia, jakie mogło trwać dalej?”

Myślę, że w tym konkretnym przypadku „ofiara życia” tej kobiety byłaby całkowicie daremna – nawet, jeśli Kościół nagrodziłby ją za to złotą aureolą…

Bo gdybyśmy uważali inaczej, oznaczałoby to, że życie ciężarnej kobiety nie ma żadnej AUTONOMICZNEJ wartości, że jest ona niczym więcej, jak tylko „inkubatorem” dla poczętego życia…

I tak się tylko zastanawiam: co na to wszystko powiedziałby Jezus?