Niektóre rodzaje (nie)wierności…

Ktoś ostatnio zaproponował, by w obliczu zbliżającej się nieuchronnie konfrontacji z islamem Kościół wycofał się z rzekomo zbyt wysuniętych pozycji i, ni mniej ni więcej, tylko… zniósł sakrament małżeństwa – w zamian propagując „miłość i wierność” w różnego typu związkach nieformalnych.

I chociaż nie podoba mi się sama koncepcja „wojny cywilizacji” , to jeżeli już musi do niej dojść, nie wydaje mi się, by najlepszym sposobem, by ją „wygrać” było takie radykalne obniżenie „poprzeczki”. Doświadczenia Europy Zachodniej pokazują raczej, że ludzie wychowani w bardzo liberalnych i „otwartych” wspólnotach protestanckich chętnie przechodzą na znacznie bardziej rygorystyczny islam. Najwidoczniej wcale nie potrzebujemy takiej religii, która „pozwala” nam absolutnie na wszystko…

Muszę przyznać, że w teorii brzmi to kusząco – tym bardziej, że jako żona „eksa” sama jestem żywotnie zainteresowana tym, by ta wiekowa Instytucja przygarnęła do serca różnych „wykluczonych” podobnie jak ja.

Ale… człowiek to jest taka dziwna istota, że ZAWSZE będzie dążyła do przekraczania stawianych sobie granic (wszystkie religie tłumaczą to  słabością naszej natury) bez względu na to, jak szeroko byłyby one zakreślone.

Jak to mówi mój ulubiony dr House, i o czym tu już pisałam, „problem z wyjątkami od reguły leży w wyznaczaniu granic.” Gdzie zatem leżą te granice, poza którymi znajduje się to, co na pewno jest już „niemoralne”?

Czy np., w imię tej „dobrej współpracy” z ludźmi o różnych światopoglądach, Kościół powinien zaakceptować nie tylko wolne związki (również osób jednej płci), ale także, np. związki typu „poli” (zwolennicy związków poligamicznych mówią przecież, że w tym wszystkim nie chodzi wcale o seks, lecz o miłość!) czy też pary „swingujące” (one z kolei twierdzą, że nie można mówić o „zdradzie” tam, gdzie jest obopólna zgoda – i że to, co robią nie ma z miłością nic wspólnego, ponieważ kochają „wiernie” tylko jedną osobę – swego stałego partnera. Cała reszta zaś to tylko „hobby”, jak każde inne). W końcu  biblijny Jakub też miał dwie żony, a Abraham (stawiany jako „wzór wiary”!) – żonę i konkubinę…

Warto jednak zauważyć, że taki „alternatywny” styl życia nie przyniósł szczęścia nie tylko czcigodnym patriarchom, ale, ostatecznie, także np. Jeanowi Paulowi Sartre i jego partnerkom, z którymi przez wiele lat tworzył nowoczesną i pozornie szczęśliwą „Rodzinę” typu „poli”…

A w jego ojczystej Francji coraz popularniejszy staje się tzw. „seks towarzyski” – idzie się do łóżka nie dlatego, że się kogoś kocha czy choćby lubi, ale po to, by…się z nim bliżej zapoznać. Dawniej ludzie w tym celu chodzili do kina czy do pizzerii…Ci, których się zna dzielą się zatem na tych, z którymi się (już) spało, z którymi aktualnie się sypia, i z którymi będzie się sypiać w przyszłości… Brrrr!

Ale żeby mimo wszystko potraktować temat z pewnym przymrużeniem oka, jeszcze anegdotka.

Mojżesz zszedł z góry do ludu i oznajmił:
-Słuchajcie, ludu Izraela, mam dla was dwie wiadomości – dobrą i złą. Którą z nich chcecie usłyszeć najpierw?
-Dobrą, dobrą!- zakrzyknął lud Izraela.
-Dobra jest taka: negocjowałem z Bogiem i z 613 Przykazań zgodził się zejść do Dziesięciu…
-A ta zła wiadomość?
– No, cóż…Szóste nadal obowiązuje!

I moje pytanie brzmi – czy nie byłoby nam dużo łatwiej zaakceptować chrześcijaństwa (i w ogóle każdej innej religii), gdyby to szóste jednak nie obowiązywało? A jednak nie jest prawdą, że coś „nie może być grzechem, jeżeli jest PRZYJEMNE.” Z tego, co wiem, narkomani i gwałciciele też doświadczają „przyjemności” w trakcie swoich czynów…

Czy „oralnie” jest moralnie?

Kiedy – w ramach rubryki „pytania od internautów”- zadałam to pytanie swemu spowiednikowi, który był filozofem i etykiem, rozsądnie odparł, że Kościół wprawdzie może i powinien dawać małżonkom pewne OGÓLNE wskazówki (np. odnośnie antykoncepcji) ale bez nadmiernego (wścibskiego) wchodzenia w intymne szczegóły.

Innymi słowy, powinien taktownie zatrzymywać się na progu sypialni i nigdy, przenigdy, nie zaglądać ludziom pod kołdrę. Pamiętam wprawdzie innego kapłana, jezuitę, który podczas rekolekcji dla panienek w moim katolickim liceum stwierdził, że DLA NIEGO „to” jest „po prostu obrzydliwe”, nie zechciał nam jednak wyjaśnić, dlaczego tak uważa. 😉

Coraz częstsza „oficjalna” wykładnia brzmi, że należy zaakceptować seks oralny przynajmniej w ramach gry wstępnej (bo i Oblubienica w Pieśni nad Pieśniami mówi przecież, że „owoc jej miłego jest słodki jej podniebieniu” (Pnp 2,3):) – takie uzasadnienie znajduje się np. w modnych publikacjach protestanckiej autorki, Lindy Dillow i katolickiego „specjalisty od tych rzeczy” o. Ksawerego Knotza).

Mnie samej natomiast najbardziej odpowiada stwierdzenie mego znajomego, Tomasza Jaeschke, byłego zakonnika ze zgromadzenia księży zmartwychwstańców, że skoro Pan Bóg stworzył CAŁE ciało, to i całe nadaje się do całowania i pieszczenia. I tyle.

Jeżeli kogoś kocham, to jak mogłabym sądzić, że jest w nim coś „obrzydliwego”?

Por. też: „Dlaczego Pan Bóg lubi seks?”; „Życie miłosne”; „Czy katoliczki mają zahamowania seksualne?”

Co naprawdę myślę o…WALENTYNKACH?

Można by pomyśleć, że „Walentynki” to tylko kolejne, importowane ze Stanów „święto komercji” – bo jako „walentynkę” można dziś sprzedać wszystko, od batonika do ciągnika, byle było ładnie opakowane i przewiązane wstążeczką.

Ale, po pierwsze, nie wiem, czy taki zarzut jest słuszny w dobie KRYZYSU, kiedy wiadomo, że mechanizm kupno-sprzedaż napędza gospodarkę i daje chleb powszedni pracownicom „Biedronki” oraz ich nieletnim dzieciom… Jest to w końcu pierwszy, po poświątecznym „niżu” dzień tak wyraźnego wzrostu popytu.

A poza tym, chociaż myślę, że trochę dziwne jest celebrowanie „święta miłości” w środku zimy, kiedy za oknami „szaro, brudno i śnieży” – to jednak…co w tym złego, że chcemy się trochę poczulić i poprzytulać? W końcu tak mało mamy świąt, które dają nam okazję do tego, byśmy byli dla siebie mili!

Oczywiście, rozumiem również, że dzień takiego „nakazanego okazywania uczuć” może być trudny, a nawet nieprzyjemny dla tych, którzy akurat „nikogo nie mają.” Bo…kto nie będzie dziś zakochany, zostanie rozstrzelany!;)

Myślę także, że chrześcijanie, którzy czasami dystansują się od tego święta (słyszałam, że niektórzy duchowni proponują, by 14 lutego obchodzić Dzień Dziewictwa), powinni pamiętać, że jest to przede wszystkim „nasze” święto.

Św. Walenty – z wykształcenia lekarz, z powołania kapłan. Żył w III wieku po Chrystusie w Cesarstwie Rzymskim za panowania Klaudiusza II. Cesarz ten miał zabronić młodym mężczyznom wchodzenia w związki małżeńskie, sądząc, że najlepszymi żołnierzami są legioniści niemający rodzin. Biskup Walenty złamał ten zakaz i błogosławił śluby młodych legionistów. Został za to wtrącony do więzienia, gdzie podobno zakochał się w niewidomej córce swojego strażnika. Legenda głosi, że jego narzeczona pod wpływem tej miłości odzyskała wzrok. W przeddzień egzekucji Walenty ponoć napisał list do swojej ukochanej, który podpisał: „Od Twojego Walentego.” Wyrok wykonano 14 lutego 269 r.