Zanim dorosną moje dzieci…

Ostatnio przez blogosferę przetoczyła się istna fala narzekań na „zacofanych” rodziców.

A to, że „chronią” swoje córki przed wizytą u ginekologa dziecięcego, a to, że nie rozmawiają z dziećmi o antykoncepcji, a to, że nie pomagają młodym w przypadku ewentualnej „wpadki”…

Można wręcz było odnieść wrażenie, że tak właściwie, to DOROŚLI są winni ciążom nastolatek – bo przecież „młodzi chcieli tylko spróbować, jak to jest” i „zupełnie nie byli na to przygotowani.”

No, cóż – oświadczam, że nie zamierzam, broń Boże, chronić mojej córki przed lekarzem – ma to mniej więcej tyle samo sensu, co twierdzenie, że „zębów mlecznych nie trzeba leczyć, bo przecież i tak wypadną” – ani przed rzetelną wiedzą na temat jej ciała i seksualności (sama zaczęłam się uczyć metod NPR na długo przedtem, nim w ogóle zaświtała mi w głowie myśl o współżyciu). Ale przed zbyt wczesną inicjacją seksualną – jak najbardziej.

Naprawdę jestem przekonana, że otaczanie „tych” spraw nadmierną tajemnicą w ostatecznym rozrachunku robi dzieciom więcej złego, niż dobrego w życiu – czego sama jestem dobrym przykładem.

I naprawdę byłam szczerze rozżalona na matkę jednej z moich nastoletnich Czytelniczek – która to tak bardzo chciała „chronić niewinność” swojej córki, że poskąpiła jej nawet elementarnej wiedzy w tym względzie, skutkiem czego biedna dziewczyna umierała ze strachu „czy aby nie jest w ciąży” przy każdej nieregularności cyklu…

Dlatego mój 6-letni synek dawno został uświadomiony i na pewno nie popełniłby takiej śmieszno-strasznej gafy, jak pewien jego rówieśnik w jednym z programów telewizyjnych, który zapytany „skąd się biorą dzieci?” popuścił wodze fantazji i odparł, że rodzice… wykopują je sobie z ziemi, jak kapustę!:)

Ale sądzę też, że mylą się ci, którzy uważają, że dzieci trzeba od najwcześniejszych lat „oswajać” z masturbacją i innymi formami ekspresji seksualnej.

Daleka jestem od tego, by rzecz demonizować – myślę też, że w większości wypadków u maluchów jest to pewna faza, która prędko mija (jeśli tylko nie ma jakiegoś podłoża nerwicowego czy chorobowego), tym szybciej, im MNIEJ się na tym koncentrujemy.

I jeśli (jak mówią) jest to u człowieka „zupełnie naturalne” zachowanie, jak oddychanie, to wydaje mi się, że dzieci świetnie same sobie z tym poradzą, bez żadnego „instruktażu” z naszej strony. A wszelkie próby przeprowadzania tego typu „szkolenia” (np. w przedszkolach) pod pozorem edukacji seksualnej uważam już, choć przykro mi to powiedzieć, za pewną formę MOLESTOWANIA dzieci przez dorosłych.

Myślę, że dla całościowego rozwoju dzieci jednak najlepiej jest, jeśli ich seksualność pozostaje w pewnym „uśpieniu” (jak to dawniej określano – latencji) aż do okresu dojrzewania.

I, proszę mi wybaczyć, nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego koniecznie TRZEBA – no, po prostu trzeba! – uprawiać seks w wieku 14, 15, 16 lat? Dlaczego nie można z tym poczekać choćby do osiemnastki? 

Nawet, jeśli się bardzo, bardzo mocno „kocha” – i jest się bardzo, bardzo ciekawym, jak to jest. Ja zaczekałam z tym aż dorosnę – i wcale nie żałuję.

Nie przekonują mnie przy tym argumenty niektórych, jakoby NALEŻAŁO udostępnić środki antykoncepcyjne (czy nawet aborcję) nawet 12-latkom, ponieważ w przeciwnym wypadku i tak sami sobie to „zorganizują.”

Tak, wiem, że pomysłowość małolatów w omijaniu zakazów dorosłych jest zdumiewająca – ja też czytałam te opowieści o nastolatkach, łykających pigułki przeznaczone dla kotów – w potrzebie potrafią sobie „zorganizować” niemal wszystko – papierosy, narkotyki, dopalacze, alkohol…

Czy to jednak oznacza, że my- rodzice powinniśmy się po prostu z tym pogodzić?

Nie, drodzy Państwo. Uważam, że te wszystkie zakazy (także w prawie) nie wzięły się z powietrza. Po prostu osoba poniżej 15. roku życia nie jest jeszcze gotowa (ani fizycznie, ani psychicznie) na rozpoczęcie współżycia seksualnego (tak samo, jak na picie alkoholu, czy prowadzenie samochodu),

Czytałam gdzieś, że w przypadku młodych kobiet potrzeba co najmniej 5 lat od chwili pierwszej miesiączki, żeby osiągnąć wymagany stopień dojrzałości psychoseksualnej. W przypadku chłopców do tak otrzymanego wyniku dodałabym jeszcze co najmniej dwa lata…

Z tego samego względu nie ma większego sensu „regulowanie” nastolatce okresu przy użyciu preparatów hormonalnych – przez pierwszych kilka lat jej organizm ma prawo działać „nieregularnie” – a sztucznie ingerując w ten proces można go tylko jeszcze bardziej rozregulować.

Choć i mnie, kiedy poszłam do ginekologa jako 17-latka, spotkały nieprzyjemne uwagi ze strony lekarza, który nie mógł się nadziwić, że „w tym wieku” (sic!) wciąż jeszcze jestem dziewicą – i że w związku z tym on „będzie musiał” (biedaczek!) badać mnie per rectum…

Wydaje mi się, że wobec zmasowanego „bombardowania” ludzi seksualnym przekazem czasy nie są dziś sprzyjające dla umacniania autorytetu rodziców – a jednak mam nadzieję, że zanim moje dzieciaki zaczną dorastać, zdołam im jakoś przekazać nie tylko wiedzę o tym, „jak to wszystko działa” , ale i to, co według mnie jest w tym wszystkim najważniejsze.

Że jest to poważna sprawa, wymagająca dojrzałości i odpowiedzialności – za siebie i za drugą osobę. Że człowiek dojrzały, to taki, który jest w stanie zrozumieć i przyjąć konsekwencje swoich działań – a konsekwencją seksu ZAWSZE (mimo wszelkich naszych „zabezpieczeń”) może być dziecko. I że jak ktoś „nie jest na to gotowy”, to lepiej, żeby się w ogóle nie brał za te „zabawy dorosłych.” (Bo inaczej to trochę tak, jakby syn powiedział ojcu: „Wiesz, chciałem się przejechać i rozbiłem ci tę nową brykę! Sorry. Ale NIE MOŻESZ się na mnie gniewać, ja po prostu nie byłem świadomy tego, że na tej drodze będą też inne samochody – i że będą zasuwać tak strasznie szybko! Nie powiedziałeś mi o tym. Tak więc, tak właściwie, to jest TWOJA wina!” Jeśli ktoś czuje się dostatecznie dorosły na to, by kierować samochodem, powinien też wiedzieć, jakie ryzyko się z tym wiąże, niezależnie od tego, czy ktoś go o tym poinformował, czy też nie. Myślę, że z seksem jest podobnie.:))

A przede wszystkim: że ostatecznie to MIŁOŚĆ między dwojgiem ludzi jest jedynym sensownym powodem, dla którego w ogóle warto uprawiać seks.

I liczę, że mi się to uda.

Oczywiście, to nie znaczy, że nie pomogłabym swoim dzieciom w razie, gdyby coś jednak poszło nie tak. Pomogłabym – w końcu od tego są rodzice.

Chociaż, z drugiej strony…

Moi sąsiedzi pobrali się (za zgodą sądu) kiedy on miał 18, a ona 16 lat. Ich rodzice wyszli z założenia: „To była WASZA decyzja, więc teraz radźcie sobie sami!” – i wypędzili ich z domu. Ale właśnie dlatego młodzi musieli bardzo szybko dorosnąć – oboje pokończyli szkoły (chłopak jednocześnie pracował, utrzymując rodzinę) i od 25 lat są szczęśliwym małżeństwem.

A więc jednak można? Można!

Dzieci(Ilustracja do wpisu pochodzi ze strony benc.pl)

Dzielenie włosa na czworo, czyli gdy NPR atakują „swoi.”

Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałam, że nadejdzie taki czas, kiedy będę musiała bronić metod NPR nie tylko przed wojującymi ateistami (do czego już się zdążyłam z grubsza przyzwyczaić), ale i przed niektórymi katolikami, którzy odkryli właśnie – przy okazji premiery książki Marty Brzezińskiej-Waleszczyk„Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie bez antykoncepcji, ale boicie się zapytać” (której, notabene wielu z nich nawet jeszcze nie czytało!) – że być katolikiem to podobno znaczy absolutnie NICZEGO w tej sprawie nie planować – inaczej to podobno „prawie grzech” i włażenie z butami w Boskie kompetencje!

 

Mówią oni do „npr-owców”: „Wy to sobie PLANUJECIE dzieci, JA jestem od Was lepszy, lepsza, bo zdaję się w tej sprawie CAŁKOWICIE NA BOGA!”

 

A mnie się wydaje, że Pan Bóg nie po to dał nam rozum i pozwolił poznać PRAWA NATURY (w tym wypadku – rządzące naszą seksualnością) byśmy nie mogli z nich korzystać (bez wzbudzania w nas poczucia winy!) ku własnemu pożytkowi.

Gdyby bowiem było inaczej, należałoby także np. nie szczepić dzieci (jeszcze sto lat temu mówiono, że każda rodzina „musi przynajmniej jedno dziecko oddać Bogu na aniołka”) ani nie używać znieczuleń – bo może „wolą Bożą” jest także, żeby nas bolało? Trudno w to uwierzyć, ale kiedyś naprawdę używano tego typu argumentów w dyskusji nad moralnością korzystania z tych osiągnięć medycyny!

Tymczasem przecież Biblia wcale nie „absolutyzuje” posiadania licznego potomstwa w małżeństwie. Owszem, mówi, że dzieci są „darem Pana” (Psalm 127) i znakiem błogosławieństwa Bożego, ale też dodaje, że czasem „lepsza niepłodna, ale nieskalana” (to Księga Mądrości) oraz że więź łącząca małżonków jest zawsze ważniejsza od fizycznego „owocu” ich miłości. („Czyż ja nie znaczę dla Ciebie więcej, niż dziesięciu synów?” – pyta przyszły ojciec proroka Samuela jego mającą problemy z płodnością matkę).

A i dokumenty Kościoła mówią w sprawie rodzicielstwa zarówno o „hojności” i „wielkoduszności” jak i „rozeznaniu” i „roztropności.” Czyli: Ufaj Bogu tak, jakby wszystko zależało tylko od Niego, ale dokładaj starań tak, jakby zależało tylko od Ciebie.” Pan Bóg widzi, że ja, niepełnosprawna, dając życie swojej córeczce (która jest moim drugim dzieckiem) okazałam się równie „hojna i wielkoduszna” jak ktoś, kto w lepszej sytuacji zdrowotnej i społecznej decyduje się przyjąć piąte dziecko…

A stygmatyzowanie osób stosujących NPR w celu odłożenia poczęcia jako tych, które są po prostu „egoistycznie zamknięte na dar życia” uważam za równie niesprawiedliwe, jak obrzucanie obelgami rodzin wielodzietnych – i jak pomysł pewnej katechetki, by kazać wszystkim jedynakom nosić czarne wstążeczki „bo skoro nie ma was więcej w rodzinie, to znaczy, że Wasi rodzice NA PEWNO zabili kilkoro Waszych braciszków i siostrzyczek!”
Ja jednak NIGDY nie odważyłabym się powiedzieć mojej sąsiadce, którą mąż gwałcił po pijanemu, że było „wolą Bożą” by doczekała się w ten sposób dziewięciorga dzieci – i że właściwie powinna być szczęśliwa. Bo po prostu w to nie wierzę.

Dzieci powinny się poczynać przede wszystkim Z MIŁOŚCI, a nie w wyniku aktów przemocy. Jak to mówiła moja pani od „przysposobienia do życia w rodzinie”, osoba świadomie wielodzietna, którą BARDZO szanuję – „każdy powinien mieć tylko (i aż) tyle dzieci, ile czuje, że będzie w stanie POKOCHAĆ.” Otóż to.

Niektórzy, jak się tak na nich patrzy, to lepiej, żeby nie mieli ani jednego…

Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że ci, którzy twierdzą, że są tak „całkowicie zdani na Boga” w tej jednej kwestii – swego rodzicielstwa – ufają Mu równie bezgranicznie także w innych sprawach. Czyli np. nie zamykają domu przed złodziejami, nie zapinają pasów w samochodzie („przecież jeśli Pan Bóg chce, żebym miał wypadek, to i tak będę go miał!”), nie robią żadnych oszczędności, nie chodzą do lekarzy…

Że co? Jednak chodzą? A, fe, cóż za „karygodny brak wiary” w to, że Pan Bóg MOŻE(bo przecież może!) ich uzdrowić także bez tych wszystkich „ludzkich sposobów”!

Gdyby Pan Bóg chciał, by (jak twierdzą niektórzy) „podstawowym celem małżeństwa było zrodzenie licznego potomstwa” to urządziłby to tak, jak u zwierząt, gdzie każde zbliżenie osobników przeciwnych płci z reguły kończy się zapłodnieniem.

U ludzi tak jednak nie jest – biolodzy twierdzą raczej, że jesteśmy „mało efektywni prokreacyjnie” – w typowym, płodnym cyklu prawdopodobieństwo poczęcia nie przekracza 30%.

Niektórzy ludzie „pobożni” próbują więc za wszelką cenę Stwórcę nieco poprawić i mówią: „O, nie, żadnego „seksu” w katolickich małżeństwach (co ciekawe, oburza ich nawet sam tytuł książki, której nawet nie przeczytali!) – jedynie czysta, pobożna PROKREACJA.”

Ciekawam, co na to powiedziałby o. Ksawery Knotz, który także nader chętnie używa tego „zakazanego” słowa w tytułach swoich książek…:)

Nawiasem mówiąc, sądziłam, że kiedy mój dawny spowiednik, Tadeusz Bartoś, niedawno zjadliwie mówił w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” o „aseksualnych katolikach” – jak zwykle grubo przesadził (z gorliwością właściwą wszystkim neofitom). Teraz jednak okazuje się, że może nie przesadził aż tak znów bardzo… Niestety.

A mnie się jednak wydaje, że pod tym pozorem bezgranicznej ufności kryje się czasem zwykła pycha  i niemożność przyznania się nawet przed samymi sobą, że najzwyczajniej w świecie NIE CHCE NAM SIĘ „męczyć” z tymi wszystkimi termometrami, wykresami i okresami abstynencji. Więc niech lepiej to wszystko przykryje krótkie: „Ufajmy Panu, allejuja!”

Czy ten mężczyzna wygląda tak, jakby mówił do żony: „Pójdź, żono, wypełnijmy teraz razem nasz święty obowiązek małżeński”?;)

„Seks uprawia się dla WŁASNEJ przyjemności!” i inne mity ery nowoczesnej.

Pamiętam, jak kiedyś z wielkim smutkiem czytałam bloga kobiety, która zastanawiała się, „czy nie wziąć sobie kochanka” – ponieważ jej mąż nie potrafił dać jej „tego”, czego ona pragnęła – a ona z kolei nie umiała mu o tym powiedzieć.

I pomyślałam wtedy, że o ile ona nie nauczy się mówić o swoich potrzebach (albo ten kochanek nie będzie jasnowidzem) – zdrada niczego w jej życiu nie zmieni, chyba że na gorsze.

Jest to zresztą tylko część szerszego problemu – wychowywania dziewczynek do „tylko mu nie mów…!” – o czym tu już kilkakrotnie pisałam.

W pewnej mądrej książce katolickiego (tak, tak!) doradcy małżeńskiego znalazłam taką myśl: „Jeżeli mężczyzna, pieszcząc kobietę, będzie postępował z nią tak, jak SAM chciałby być traktowany, to niemal zawsze będzie postępował niewłaściwie. Przy czym słówko ‚niemal’ można prawie z czystym sumieniem pominąć.”

No, tak. Dobrze znamy tylko własne ciało – ciało drugiego człowieka jest dla nas zawsze zagadką. I może dlatego, tak sobie myślę, od czysto „technicznej” stronyŁATWIEJSZY jest jednak homoseksualizm? Kiedy ten drugi (ta druga) ma to samo, co ja, nie trzeba się tyle uczyć.

W każdym innym przypadku, jak sądzę, bez szczerej rozmowy się nie obędzie. Bo choć mężczyźni na ogół nie potrafią czytać w myślach, to jednak z reguły sprawianie przyjemności ukochanej kobiecie sprawia im wiele radości.

Dlatego też mam zawsze mieszane uczucia, gdy ktoś mówi mi, że „seks uprawia się dla WŁASNEJ przyjemności.” Bo przecież gdyby chodziło w tym tylko o moją własną („egoistyczną”, jak mówi teologia moralna:)) przyjemność, zupełnie wystarczyłby wibrator…

A drugi człowiek jest kimś znacznie, znacznie więcej.

Inna sprawa, że dla kochającej się pary seks może być przyjemny i satysfakcjonujący nawet BEZ przeżycia ostatecznego spełnienia za każdym razem. A to dlatego, że spełnia on przede wszystkim funkcję „więziotwórczą” – dopóki więc oboje czują, że ich wzajemna bliskość pogłębiła się przez to, czego doświadczyli – wszystko jest w porządku.

I wówczas komunikat: „Kochanie, dziś nie miałam orgazmu!” nie będzie dla mężczyzny jakąś wielką traumą (choć, naturalnie, rzecz bardziej nie w tym, COsię mówi, tylko – W JAKI SPOSÓB .  Jeżeli powiesz mężczyźnie: „Jesteś beznadziejnym kochankiem! Nigdy nie odczuwałam żadnej przyjemności, kiedy się kochaliśmy!” – najprawdopodobniej zranisz go śmiertelnie.)

I nie, nie chodzi tu wcale o jakieś „łóżkowe cierpiętnictwo”, poświęcanie się na siłę dla drugiej osoby. Po prostu uważam, że jeśli naprawdę się kogoś kocha, sprawianie mu przyjemności nie jest żadnym „poświęceniem”! Przeciwnie – jest wielką frajdą.

A wiedzieliście, że w rzekomo „ciemnym Średniowieczu” za grzeszne uchodziły te stosunki małżeńskie, podczas których KOBIETA nie miała orgazmu? (Bo to oznaczało właśnie, że mąż myślał tylko o własnej przyjemności.) Założę się, że nie wiedzieliście!

Mit, jakoby kobiety w ogóle nie wiedziały, że mają jakiekolwiek „prawo do przyjemności”, dopóki nie przyszły feministki i im tego nie powiedziały, jest niestety bardzo silnie zakorzeniony w naszym społeczeństwie.

Niestety, ofiarą tego typu mitów padł również niedawno nasz znakomity seksuolog, Zbigniew Lew-Starowicz, którego feministki nie znoszą za cierpliwe przypominanie prawdy, że sypialnia to nie jest najwłaściwsze miejsce do „negocjowania nowych ról płciowych” , że nawet kobiety „wyzwolone” na innych polach, w alkowie pragną jednak prawdziwego (tj. nie przerobionego przez gender) mężczyzny – i że także mężczyźni potrzebują czuć się kochani i doceniani, a nie tylko nieustannie przytłaczani coraz to nowymi wymaganiami kobiet.

Ciekawe, do czego nas doprowadzi odrzucenie oczywistości, że tylko szczęśliwi i spełnieni ludzie są skłonni uszczęśliwiać innych?

Niewielu też wie – przyznam się, że ja nie wiedziałam! – że profesor jest osobą wierzącą (podobno nieraz wymykał się podczas zjazdów naukowych, aby się…pomodlić) i że zauroczony jest erotyką biblijnej Pieśni nad Pieśniami.

„Newsweek” stwierdza z przekąsem, że był on jednym z nielicznych, którzy wierzyli, że odkrycia nowoczesnej seksuologii da się pogodzić z nauczaniem Kościoła. Redaktorzy, oczywiście, są przekonani, że się nie da (i już!) – bo „wiadomo” że Kościół zawsze był przeciwny seksowi, przyjemności, itd. Ja jednak nadal sekunduję profesorowi.

I jeszcze jeden kwiatek z serii – „co współczesna popkultura myśli o związkach?”

Kilka dni temu Onet zamieścił jakże odkrywczy artykuł pt. „10 rzeczy, których nie wolno mówić po seksie.”

I otóż dowiedziałam się z niego m.in. że absolutnie i pod żadnym pozorem NIE WOLNO powiedzieć mężczyźnie, z którym chwilę wcześniej wymieniało się płyny ustrojowe, że się go… kocha. Taka deklaracja może mieć rzekomo skutek podobny do: „Uwaga, idzie mój mąż!” – kochanek szybkim krokiem odmaszeruje w siną dal. „Zwłaszcza, jeśli to był wasz pierwszy raz.”

Rozumiem, że MIŁOŚĆ nie figuruje już na liście poważnych powodów, dla których w ogóle warto iść z kimś do łóżka? Na SEKS za to NIGDY nie jest „za wcześnie”? To zawsze jest już „ten właściwy etap związku”?:)

Ponadto dowiedziałam się, że – rzekomo – takie „jednorazowe numerki” z osobą, której imienia się nawet nie pamięta, nie są już (jak powinny być!) niechlubnym wyjątkiem, lecz normą. „Która z nas nie ma za sobą takiego doświadczenia?” – pyta autor artykułu i najwyraźniej nawet nie oczekuje odpowiedzi. No, nie wiem –JA na przykład nie mam.

Po przeczytaniu powyższego mój P. pokręcił głową i zapytał mnie: „Słuchaj, skąd oni biorą te wszystkie głupoty?”

Ano, właśnie, mój kochany. Sama chciałabym to wiedzieć.