Pochwała kłamstwa.

Przyznam się, że zawsze panicznie bałam się ludzi, którzy twierdzili, że mówią każdemu „całą prawdę prosto w oczy” – bo zazwyczaj jest to tylko wygodne usprawiedliwienie dla tego, by kogoś zranić – bezkarnie, bo „w imię prawdy” przecież!

Już tu gdzieś pisałam, że jako młodziutka dziewczyna raz postanowiłam być „szczera” i wygarnęłam nielubianej nauczycielce wszystko, o czym moje koleżanki tylko szeptały za plecami.

Kobiecina przeszła załamanie nerwowe, a ja…no cóż, nie jestem z tego dumna. Myślę, że PRAWDA nie ma sensu bez MIŁOŚCI.

Mój spowiednik często mówił, że nigdy ludzie nie robią innym tyle złego, co wtedy, gdy sądzą, że robią to „dla ich dobra” – i dotyczy to zarówno mówienia prawdy, jak i okłamywania.

Nawiasem mówiąc, nie każde zatajenie prawdy jest od razu „kłamstwem.”

Czasami lepiej jest zachować jakąś wiedzę dla siebie, niż nią „uszczęśliwiać”niczego nieświadomą ofiarę naszej prawdomówności.

Czy naprawdę sądzicie , że takie „szczere” wyznania, jak w programie „Moment prawdy” przynoszą coś DOBREGO, czy też raczej powodują kłótnie, rozwody i samobójstwa – krótko mówiąc, CIERPIENIE?

Myślę też , że czasem lepiej jest nie odbierać komuś NADZIEI – bo może to jedyne, co on ma? Kiedy miałam 14 lat pewna pani doktor, która też chciała być „uczciwa” powiedziała mi, że nigdy już nie będę chodziła i powinnam przestać się wreszcie łudzić. A ja po kilku latach wstałam z wózka…

Skąd wiadomo, że mówiąc np. komuś ciężko choremu czy staremu „całą prawdę” nie odbieramy mu siły i ochoty do życia?

O, roku ów…

Dziś andrzejki… (wbrew bardzo rozpowszechnionemu przekonaniu, panieńskie wróżby powinno się odprawiać w WIGILIĘ św. Andrzeja, czyli dzisiaj właśnie) Choć, z drugiej strony, staropolskie przysłowie mówi, że „Na świętego Andrzeja pannom z wróżby nadzieja…”

No, właśnie – NADZIEJA. Pamiętam, jak w styczniu tego roku, rozpoczynając tego bloga, naiwnie pytałam: „Roku, roku, co mi dasz?” – no i dał mi…mężczyznę, który mnie otacza miłością i jego dziecko, które urodzi się już niedługo. W dawnej polszczyźnie stan, w którym się teraz znajduję, nazywano „byciem przy nadziei” – więc czegóż mam pragnąć więcej? Na co jeszcze wolno mi żywić nadzieję?

Mam niejasne wrażenie, że nie mam prawa prosić o więcej – ale mimo wszystko, to dziwne uczucie, kiedy wydaje mi się, że wszystkie moje marzenia już się spełniły – a przecież jestem jeszcze taka młoda…

Już w niedzielę rozpocznie się kolejny Adwent – czas, w którym kapłani w liturgii codziennie z powagą wspominają o Kobiecie, która oczekiwała Dziecka z wielką miłością… Czas, kiedy

Bóg ubierał Syna w ciało
w łonie Kobiety
harmonijnie kołysząc
pieśnią wód płodowych...”
(s.Noela, nazaretanka?)



I będzie to musiało być dziwne oczekiwać dziecka (syna!) w tym samym czasie. Ja – przeklęta-wyklęta i Ona-tak święta i niepokalana (niemal bezcielesna) że nie śmiałabym tu dokonywać żadnych daleko idących porównań. Jakże inny będzie ten Adwent od wszystkich poprzednich! A przecież już od tak dawna rok kościelny wyznaczał rytm życia mojego i życia P.-życia nie tylko duchowego zresztą.

A teraz nie wolno mi nawet iść do spowiedzi (i jakże zdołam kiedyś wyjaśnić memu synowi, że to jest ważna sprawa, skoro ani mamusia ani tatuś nigdy tego nie robią?) – i tylko te sny… Co noc śnią mi się adwentowe rekolekcje…

Ale mimo wszystko muszę teraz być spokojna, szczęśliwa i pogodna. Muszę żywić DOBRĄ NADZIEJĘ. Dla własnego dobra i dla dobra mojego dziecka – muszę…


Lęki i nadzieje.

Boję się. Boję się tak wielu rzeczy! Boję się, że nie znajdziemy pracy – i boję się, że P. będzie kiedyś przy mnie nieszczęśliwy – tak, jak wcześniej był w swoim kapłaństwie. Boję się, że stracimy wiarę, że przestanę się modlić, że zapomnę… Boję się, że moi bliscy się ode mnie odwrócą – i boję się bólu, który będę musiała im zadać (mimo że się przecież nigdy nie spodziewali tego z MOJEJ strony… – ja zawsze byłam tą „grzeczną córeczką”). Boję się ludzkiego potępienia – i ognia piekielnego…

Boję się wreszcie samego porodu, bólu, komplikacji. Boję się, że umrę – albo że umrze nasze dziecko. Że stracę wzrok, wydając na świat nowe życie. Boję się, choć jednocześnie ufam, że Ten, który „otworzył moje łono” zadba też o to, by z niego bezpiecznie maluszka na świat wyprowadzić. Boję się, bo wiem, że ciąża i poród są pewnym ryzykiem nawet dla zdrowej kobiety – a ja nie znam nikogo, kto by miał porażenie mózgowe i urodził dziecko. Nie wiem nawet, czy mój ginekolog miał kiedykolwiek „taką” pacjentkę… Wygląda raczej na to, że nie. I nie wiem, do kogo mogłabym się zwrócić, żeby poczuć się bezpieczniej.

****

W książce ojca (tak go będę nazywać, mimo że po 25 latach opuścił benedyktyński klasztor w Tyńcu – dla mnie jednak kapłanem pozostaje się NA ZAWSZE) Macieja Bielawskiego „Odejścia”, którą czytamy teraz wspólnie z P., pośród wielu innych historii ludzkich odejść i powrotów, jest i ta o starszej kobiecie, która była postulantką jednego z włoskich zakonów.

Otóż opowiedziała ona autorowi, jak poznała księdza, który potem został jej mężem i ojcem dwójki jej dzieci. Kiedy zaś dzieci podrosły, dzięki związkom z neokatechumenatem małżonkowie wyjechali do Ameryki Południowej, gdzie pracowali wspólnie jako misjonarze w dzielnicach nędzy, i gdzie jej mąż zmarł „w opinii świętości.” Ona zaś postanowiła wstąpić do klasztoru…

Historia ta, nie ukrywam,  dodała mi nieco otuchy – bo chociaż, naturalnie, nie mogę mieć żadnej pewności, że to wszystko jest w jakiś sposób wolą Bożą, to przynajmniej wolno mi mieć taką NADZIEJĘ – a to już jest bardzo dużo…