Epitafium dla Stephena Hawkinga

14 marca zmarł Stephen Hawking, jeden z najbardziej znanych na świecie badaczy fizyki kwantowej, teorii czasu i czarnych dziur. Od lat cierpiał na stwardnienie zanikowe boczne, które spowodowało paraliż większości jego ciała.

Niestety, nad czym ubolewam, śmierć ta spowodowała również niewybredne komentarze niektórych niedouczonych księży i części prawicowych publicystów. Oto wybitny uczony został przez nich przedstawiony jako „osobisty wróg Boga”, który przez to, że odrzucił wiarę w Niego, trafi niechybnie do piekła.

Przede wszystkim, z tego co mi wiadomo, Hawking uważał się za agnostyka, a nie ateistę. Nie rozumiejącym, na czym polega różnica, wyjaśniam, że ateista mówi: „to udowodnione, że Boga nie ma” – agnostyk zaś zawiesza swój sąd w tej kwestii czyli mówi „nie wiem”.

Warto też dodać, że również fizycy, którzy byli katolikami NIE odwoływali się w swoich badaniach naukowych do Boga, jak ks. Lemaître, twórca teorii Wielkiego Wybuchu. To jego koledzy ateiści zarzucali mi, że wymyślił tę koncepcję, aby „podeprzeć” naukowo ideę stworzenia świata. On sam nie miał takiego zamiaru. Ks. Michał Heller również przestrzega przed błędem, jakim jest próba „wyjaśniania” Bogiem zjawisk, których nie rozumiemy.

Poza tym wcale nie jest powiedziane, że ateiści trafią na pewno do piekła. Jezus w tej kwestii zwracał uwagę raczej na CZYNY danego człowieka („nie daliście Mi jeść, nie daliście Mi pić…) – niż na jego słowne deklaracje (’nie każdy, kto Mi mówi: „Panie, Panie”…”).

Przypomniała mi się w tym kontekście jeszcze historia opowiedziana przez papieża Franciszka (który, notabene, też ostatnio stał się ofiarą ataków ze strony części duchownych, którzy życzą mu „rychłej śmierci” – chociaż nauka Kościoła już od średniowiecza zakazuje przyjmowania takich intencji modlitw). Otóż przyszła do niego kiedyś kobieta zatroskana o zbawienie swego męża, który popełnił samobójstwo. Ojciec Bergoglio jej odpowiedział: „Droga pani, pomiędzy krawędzią mostu a rzeką jest jeszcze Boże Miłosierdzie…” Wniosek: nigdy nie należy tracić nadziei.

Między innymi z powyższych powodów Kościół NIGDY oficjalnie nie ogłosił, że ktoś NA PEWNO trafi do piekła.

A przechodząc na poziom nieco bardziej osobisty, mogłabym zapytać tamtego księdza, czy on jest PEWIEN, że zdołałby zachować swoją wiarę w sytuacji, gdyby go dotknęła choroba tak poważna, jak znanego fizyka? A Hawking, cokolwiek by o nim nie mówić, mimo swego cierpienia zdołał przeżyć swoje życie twórczo i godnie (nawiasem mówiąc, św. Jan Paweł II przyjął tego „bezbożnika” w poczet Papieskiej Akademii Nauk – dożywotnio. Czyżby nie wiedział, co czyni?:)). Nie wierzę, by Bóg w swojej mądrości nie wziął tego wszystkiego pod uwagę.

Co naprawdę myślę o… GENDER?

Przede wszystkim, chciałabym zauważyć, że z „gender” jest trochę tak, jak z katolicyzmem. :) Wszyscy o tym dyskutują, ale niewielu się tak naprawdę na tym zna.

Powiedziałabym nawet, że ilość wygłaszanych na ten temat bzdur jest wprost proporcjonalna do stopnia niewiedzy.

Toteż ja sama chciałam zaczekać z napisaniem tego posta, aż się trochę „oczytam.” Tymczasem jednak, chwilowo, nie stać mnie na wykupienie książek z interesującej mnie dziedziny. ;(

Gdyby ktoś z Państwa zechciał zasponsorować mi kilka pozycji, byłabym niezwykle zobowiązana…:)

Ale, pomyślałam sobie, skoro już tylu samozwańczych „ekspertów” wypowiada się na ten temat bez żadnej znajomości rzeczy, to mogę i ja – zastrzegając jednakże, że wiem o tym znacznie mniej, niżbym sobie życzyła.

Ostatnio zresztą znowu zrobiło się na ten temat głośno, za sprawą listu biskupów, którzy dostrzegli w gender zgoła największe zagrożenie dla świętej rodziny polskiej.

List ów krytykują nad podziw zgodnie i publicyści „Tygodnika Powszechnego” (jak Błażej Strzelczyk) i feministki (niezrównana Eliza Michalik rzuciła błyskotliwie, że wszystkim krytykom gender chodzi ni mniej więcej tylko o obronę „władzy facetów”, którzy pragną nadal żyć „z wykorzystywania pracy innych” – tj., w domyśle, swoich matek, żon i córek. Słowem: klasyczny wyzysk człowieka przez człowieka, jak by powiedział towarzysz Marks. Zabawne jest to o tyle, że akurat „faceci” w sutannach, którzy ten list napisali, na ogół nie żyją z kobietami. Rozumiem zatem, że „żyją z pracy” swoich gospodyń i innych zakonnic?:)).

Szczerze mówiąc, zawsze mnie trochę śmieszy, kiedy różni komentatorzy (często wojujący ateiści) zaczynają dyktować hierarchom Kościoła, czym „powinni” się zajmować, a czym już zupełnie nie powinni.

Wydaje mi się, że dopóki to nie narusza zasad porządku publicznego, każdy duchowny może we wnętrzu własnej świątyni nauczać czegokolwiek zechce. Nawet, jeśli wola – że Ziemia jest płaska. I nikomu nic do tego.

Mimo wszystko, nie kwestionując faktu szkodliwości tej nowej utopii (o czym dalej), zastanawiam się jednak, dla JAKIEGO PROCENTA ludzi, którzy co tydzień grzecznie zapełniają kościoły, ma ona jakiekolwiek realne znaczenie?

Sądzę raczej, że zjawisko to na szczęście jeszcze dosyć niszowe – i że wielu spośród słuchających mogło nie mieć zielonego pojęcia, o co właściwie ekscelencjom chodzi…

Chciałabym także kiedyś usłyszeć w kościele list biskupów (napisany prostym, ludzkim, zrozumiałym językiem – bez teologicznego zadęcia!) pochylających się z równą troską nad problemem przemocy w rodzinach czy też nad zagrożeniami, jakie powodują pijani kierowcy.

W tym punkcie przychylam się do zdania o. Pawła Gużyńskiego, że nie jest dobrze, jeśli bita kobieta w kościele usłyszy tylko, że „ten gender jest zły!”

Przepraszam, ale nigdy jakoś nie mogłam pojąć dlaczego to, że ktoś bije  i gwałci po pijanemu swoją żonę, to tylko jego grzech prywatny, nadający się co najwyżej do wyznania w konfesjonale – ale to, że niektóre (katolickie!) pary myślą np. o in vitro, to już „problem społeczny”, wymagający napiętnowania z każdej ambony w tym kraju. Podobnie z gender.

Do napisania tych paru słów zupełnie na gorąco sprowokowała mnie jednak najpierw niezawodna prof. Środa, gdy w wywiadzie dla „Faktu” stwierdziła autorytatywnie, że „gender to nie żadna ideologia, to NAUKA.”

Przykro mi, pani profesor, ale po raz kolejny ośmielę się z panią nie zgodzić.

Sam fakt, że się WYKŁADA coś na uczelni nie świadczy jeszcze o „naukowości” tego czegoś. Przypomnę, że podobnie niegdyś wykładano na uniwersytetach „marksizm-leninizm” lub „ekonomię polityczną socjalizmu.” Czytałam nawet o uczelniach, które mają katedry parapsychologii. Czy to oznacza, że irydologia, różdżkarstwo lub chiromancja są dyscyplinami naukowymi?:)

Z dziedziny gender tworzy się zresztą szereg równie „wiekopomnych” prac, zrozumiałych i ważnych głównie dla ich autorów i promotorów, jak te, które w minionym okresie z całą powagą „udowadniały” wyższość gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną.

Mała próbka: „Rola Internetu w negocjowaniu nieheteronormatywnej tożsamości płciowej…”  I na coś takiego idą ciężkie granty unijne…

Zdaję sobie przy tym sprawę, że podobny zarzut (nienaukowości) ateiści mogą zechcieć postawić np. teologii. Ale jeśli teologia nie jest – załóżmy – dyscypliną naukową, to tym mniej „badania nad społeczną i kulturową tożsamością płci.”

O naukowości (tak mnie uczono na zajęciach z metodologii badań historycznych) przesądzają bowiem dwie rzeczy:

1) (po pierwsze): właściwa metodologia. Mówiąc najprościej, żadna nauka nie TWORZY samodzielnie alternatywnej rzeczywistości, ona ją tylko ODKRYWA i OPISUJE.Tym się różni m.in. od „sztuki”, która może kreować własne światy, jak tylko chce.

2) (Po drugie):Sprawdzalność w praktyce (empiryczna). W odniesieniu do nauk historycznych jest to np. zgodność z materiałem źródłowym, odkryciami archeologicznymi itd. A szerzej w humanistyce także z odkryciami innych nauk o człowieku, jak medycyna, psychologia czy etnografia.

OBYDWU tych rzeczy często brakuje badaniom gender (podobnie jak brakowało ekonomii politycznej socjalizmu).

Po pierwsze na siłę tworzy się najpierw WNIOSKI (choćby to, jakoby kobiety ZAWSZE i wszędzie były „klasą uciskaną”), a dopiero następnie nagina do nich rzeczywistość. Kiedyś w zakłopotanie wprawił takich uczonych pewien cmentarz słowiański ze średniowiecza, na którym nie znaleziono ANI JEDNEGO szkieletu kobiety, który by nosił ślady świadczące o tym, że jego posiadaczka była za życia maltretowana. Ale pani Środa i tak będzie twierdzić, że w dawnych wiekach to nic tylko „samcy męczyli kobiety.” Tak po prostu było i już. :)

Po drugie – to już mogę powiedzieć z całym przekonaniem – w gender nie chodzi wcale o „równość płci” (mój tata gotował kaszki i ocierał noski, a moja mama robiła karierę w biznesie BEZ konieczności przebierania się w cudze szmatki, co „nowe wychowanie” uważa za pożądane, a nawet niezbędne) tylko raczej o ich LIKWIDACJĘ.

Nie chodzi zatem o to, że chciałabym „zapędzić kobiety do garów”, jak się to często i zbyt łatwo spłyca.  Tym bardziej, że sama nie umiem gotować.:)

Uważam, że nie ma nic złego w większej „wymienności” ról społecznych – wszak i Joanna d’Arc nosiła zbroję, co nie przeszkodziło wcale w ogłoszeniu jej świętą patronką Europy. Hildergarda z Bingen, ogłoszona Doktorem Kościoła przez „konserwatywnego” papieża Benedykta, była lekarką i kompozytorką. I tak dalej, i tak dalej.

Uwaga do niektórych księży, którzy (niestety) wypowiadają się na ten temat: nawet jeżeli na obrazkach Świętej Rodziny święty Józef jest tym, który pracuje „w pocie czoła” w warsztacie, a Maryja jest tą, która nosi wodę czy piecze podpłomyki, to jeszcze wcale nie znaczy, że „Tylko tak powinna wyglądać PRAWDZIWA rodzina. Tak chciał Bóg! Na wieki wieków amen.” A wszystko inne jest już poważnym wykroczeniem przeciwko „odwiecznemu prawu Bożemu.” Nie.

Znacznie większy problem moim zdaniem polega na tym, że gender nie postrzega odmienności płci jako WARTOŚCI, tylko jako pewne OGRANICZENIE, które trzeba koniecznie zniwelować.

Jak to napisała prekursorka takiego myślenia, Simone de Beauvoir w „Drugiej płci”: „Nie urodziłyśmy się kobietami – zrobiono z nas kobiety!” Nie wiem, jak ta pani – ale ja jestem kobietą od samego początku: i nawet sobie to chwalę…

W rzeczywistości, jak sądzę, wątpliwości dotyczące własnej tożsamości płciowej przejawia znikoma część ludzkości – a jednak specjaliści (specjalistki) od gender starają się usilnie wytworzyć w nas wrażenie, że taka „płynność i niepewność” jest nieomal najważniejszym problemem, dręczącym homo sapiens.

Nawiasem mówiąc, w moim odczuciu nawet najsłynniejsza polska transseksualistka, Anna Grodzka, przeczy pewnymi swymi zachowaniami niektórym genderowym dogmatom.

Nigdy na przykład nie widziałam tej pani w spodniach – które w XXI wieku przecież chętnie noszą kobiety, określane w genderowym slangu jako cis-gender (w przeciwieństwie do tych „trans”). Te wszystkie kwieciste sukieneczki, widoczna biżuteria i wysokie obcasy… Czy to jednak nie jest próba jak najlepszego wpasowania się w „opresywny społeczny wzorzec kobiecości”? :)

Kwestionuje się zatem znaczenie (pozytywne) samych różnic płciowych jako takich. Gender głosi, mówiąc w uproszczeniu, że „NIE MA już mężczyzny ani niewiasty lecz jest CZŁOWIEK.” (notabene, coś takiego jak „człowiek” realnie nie istnieje – jest to pojęcie abstrakcyjne, ponieważ każdy, chce tego czy nie, RODZI SIĘ już z jakąś płcią). 

Odrzuca się BIOLOGICZNE (mimo wszystko!) podstawy pewnych różnic kulturowych – podczas gdy mnie się wydaje, że tak, jak teologia mówi, że „łaska buduje na naturze” (mówiąc w uproszczeniu: to, do czego człowiek ma nadprzyrodzone „powołanie” to na ogół to samo, do czego przejawia pewne naturalne skłonności. Ktoś, kto nie ma słuchu muzycznego, raczej nie zostanie śpiewakiem operowym, a ten, co mdleje na widok krwi, nie będzie dobrym lekarzem.) – tak też można powiedzieć, że cała ludzka KULTURA „nadbudowana” jest na NATURZE.

Nie bez przyczyny – a już na pewno nie z powodu jakiegoś odgórnego „narzucania” czy „opresji” – ludzie zamieszkujący okolice podbiegunowe jedzą co innego i inaczej się ubierają, niż ci, którzy mieszkają na równiku… Tak samo można by chyba powiedzieć, że nie tyle „kultura stwarza płeć” co „płeć tworzy kulturę.”

Czyżby określenia typu: „literatura kobieca”, „kobieca wrażliwość” czy też „męska rzecz” – były tylko figurami językowymi, pozbawionymi realnego znaczenia? Nie wydaje mi się.

 Różnice płciowe są zatem przez gender postrzegane nie jako wartość, którą należałoby doceniać,  lecz wprost jako zagrożenie dla ludzkiej wolności („jeśli mogę sobie wybrać zawód, światopogląd, partnera, kolor włosów, a nawet godzinę śmierci (eutanazja) – to czemuż by nie PŁEĆ? To takie niesprawiedliwe!”)

Przyznam się, że jako chrześcijanka nie bardzo wiem (redaktorze Strzelczyk!), jak pogodzić taką postawę ze stwierdzeniem, że „WSZYSTKO, co Bóg stworzył było dobre”? Jeśli „wszystko” to także różnice, dzielące kobiety i mężczyzn. (Ostatnio zresztą neurologia odkryła kilka nowych, fascynujących różnic w funkcjonowaniu naszych mózgów – ja bym się raczej zachwycała, jakim cudem różniąc się tak bardzo, jesteśmy w stanie współpracować ze sobą, ubogacać się wzajemnie, porozumiewać się, a nawet, czasami, kochać:))

Tymczasem gender głosi, że „tylko to, co IDENTYCZNE może być naprawdę RÓWNE.”

Nawiasem mówiąc, to też oczywista prawda, iż nie jesteśmy wszyscy, jako ludzie, identyczni. Ostatnio w ulotce pewnego lekarstwa przeczytałam, że nie jest ono wskazane dla ludzi rasy czarnej, ponieważ mogłoby ich zabić. Czy takie „nierównościowe” stwierdzenie, to już rasizm?:) Nie. To tylko stwierdzenie naukowego faktu.

Po trzecie wreszcie – wnioskom (powziętym a priori) „naukowców” (a częściej „naukowczyń”) spod znaku gender często przeczą ustalenia innych nauk szczegółowych – historii, archeologii, językoznawstwa, antropologii, etnologii.

Podam tylko jeden przykład. Kiedyś ekipa etnologów dotarła do pewnego plemienia, które nigdy jeszcze nie widziało kredek. Nikt więc nie instruował dzieci, co „powinny” rysować dziewczynki, a co chłopcy – bo te dzieci nigdy jeszcze nie rysowały niczego. I okazało się, że kiedy naukowcy rozdali im kartki i kredki – dziewczynki zaczęły rysować kwiatki i motyle, a chłopcy – jakieś studnie i żurawie (czyli ichniejsze „urządzenia techniczne.”).

Takich ustaleń genderowcy albo nie przyjmują do wiadomości (słyszałam o tym że na pewnej uczelni w USA feministki doprowadziły do zwolnienia pewnego neurobiologa, który „zgrzeszył” tym, że odkrył, że kobiety i mężczyźni wykorzystują INNE części mózgu przy rozwiązywaniu zadań matematycznych. Tak mocno wierzą w dogmat, że „równy znaczy IDENTYCZNY” że mu tego nie darowały…) – albo próbują stworzyć z gender jakąś jedną wielką „supernaukę” – narzędzie do całościowego wyjaśniania rzeczywistości. A to już jest jedna z głównych cech IDEOLOGII. Każdej.

Jedna wspólna odpowiedź na wszelkie pytania, jakie możemy sobie postawić w zderzeniu z otaczającym światem prawie na pewno jest fałszywa – i nieważne, czy będzie to odpowiedź „fundamentalnie” pojmowanej religii („Bo tak mówi Biblia!”; „Bo Bóg tak chce!”) – czy też udających naukę ideologii.

A gdyby wyznawcy ideologii gender byli zupełnie konsekwentni w swoich zapatrywaniach, powinni też przebudować całą ideę zawodów sportowych.

Bo jak na razie to występuje tam ohydna „segregacja ze względu na płeć” i ordynarne wypominanie kobietom, że jednak nie są „równie dobre” jak mężczyźni. Bo skoczkowie o tyczce skaczą 6 metrów, a skoczkinie – tylko 5. Proponuję, żeby robić zawody koedukacyjne i przyznawać mężczyznom „punkty karne” za „nieodpowiednią” płeć.

I jeszcze coś: jeśli PRAWDZIWA jest ideologia gender („jesteś tym, kim się CZUJESZ, a nie na co WYGLĄDASZ„) to nie rozumiem, czemu IAAF odebrała pośmiertnie medale Stanisławie Walasiewiczównie, która, jak się okazało, miała męski genotyp? Całe życie myślała, że jest kobietą – tak wyglądała i tak się czuła – a jednak nie słyszałam, żeby się za nią wstawił jakiś komitet ONZ-owski. A więc jednak GENY mają jakieś znaczenie?:)

http://www.youtube.com/watch?v=5oGL7njQwrg

Po obejrzeniu tego filmu mój przyjaciel, o poglądach dalekich od konserwatywnych, stwierdził: „Już chyba tylko głupiec mógłby wierzyć, że chodzi im [wyznawcom gender] o jakąś równość płci.”

Odparłam na to, że mnie się wydawało, że takie pomysły zostały już dostatecznie zdyskredytowane przez eksperymenty z ubiegłego wieku, dokonywane np. w izraelskich kibucach, gdzie także próbowano wychowywać dzieci „bez płci” (chłopcom dając do zabawy lalki, a dziewczynkom – zabawki militarne – skutek tego był taki, że dziewczynki próbowały w tajemnicy tulić czołgi, a chłopcy urządzali bitwy lalek:)), a nawet bez rodziny.

Dopiero po latach wychodzą na jaw traumatyczne wspomnienia tak „wzorcowo” wychowywanych ludzi, jako żywo przypominające te z niektórych irlandzkich internatów…

Wygląda jednak na to, że ludzkość jest skłonna do znudzenia powtarzać swoje dawne błędy…

I jeszcze jedno: chociaż nie narzucam swoim dzieciom w żaden sposób, czym „powinny” się bawić – mała Aniela na przykład zauważalnie woli samochody od lalek – to jednak stoję całym sercem po stronie tych rodziców, których dzieci relegowano z przedszkola za odmowę udziału w „równościowych” przebierankach. I po stronie tych biednych, kilkuletnich, upokorzonych chłopców, którzy podobno zamykali się w łazience, byle tylko nie kazano im się przebierać w „dziewczyńskie” ciuszki…

Ktoś, kto coś takiego wymyślił, nie tylko nie ma bladego pojęcia o psychice przedszkolaka, ale nawet nie rozumie różnicy, jaka zachodzi pomiędzy „daniem wyboru” dziecku, a NARZUCENIEM mu określonego zachowania w imię z góry przyjętej ideologii…

Gender-1

Seks-1Gender-3

 

 

 

 

 

 

Postscriptum: Miałam już przestać pisać na temat, który wydaje mi się – mimo wszystko – dosyć jałowym przedmiotem rozważań, ale niestety niezawodna redaktor Michalik (z właściwą sobie „subtelnością” i szacunkiem dla ludzi o innych przekonaniach:))  znowu walnęła mnie  swoim intelektem między oczy, niczym obuchem, odwracając tok mego myślenia o 180 stopni.

Otóż stwierdziła ona, że bardzo mylą się ci, którzy (jak ja) sądzą, że „gender” dąży do zniesienia różnic płciowych: „Chciałabym oświadczyć – powiedziała – że gender właśnie zauważa te różnice i to do nich dostosowuje praktyczne rozwiązania społeczne i prawne. „

Jako przykład przytoczyła jakąś miejscowość w „równościowej” Skandynawii, gdzie tamtejszy „pełnomocnik do spraw gender” (jeśli „gender” jest rzeczywiście TYLKO nauką, jak inne, rozumiem, że tamtejsi mieszkańcy posiadają również  specjalnych „pełnomocników” do spraw innych dziedzin wiedzy?:)) odkrył z przerażeniem, że kobiety nie chcą jakoś korzystać z nocnych autobusów. To zupełnie zrozumiałe, że PARYTETY muszą być zachowane – nawet w autobusach nocnych!

Zatroskany urzędnik rozpisał przeto ankietę, z której naukowej analizy wynikało, że (o, dziwo!) „kobiety się po prostu boją.”  

Natychmiast wdrożono specjalną dyrektywę, w myśl której, „na żądanie KOBIETY” kierowcy autobusów nocnych mają obowiązek zatrzymywać się niemal pod samymi drzwiami domu pasażerki – co więcej, grzecznie zaczekać, aż  zamknie ona za sobą owe drzwi.

Rozumiem zatem, że prawdopodobieństwo, że to wracający do domu wieczorową porą MĘŻCZYZNA (nawet starszy czy niepełnosprawny) zostanie napadnięty w ciemnej uliczce, bliskie jest ZERU?

No, tak, zapomniałabym – wedle tradycyjnej wykładni feminizmu to KOBIETA zawsze jest OFIARĄ, mężczyzna może być jedynie agresorem… (Czyżby więc „gender” było po prostu jeszcze jedną odsłoną feminizmu?)

Kobieta – choćby miała trzy fakultety i czarny pas w karate :) – pozostaje zawsze słabą, bezbronną istotką, wymagającą troskliwej opieki, ponieważ nie jest w stanie sama o siebie zadbać – i w tym celu należy użyć wszelkich możliwych środków, jakimi dysponuje państwo i prawo…

Oczywiście, można ją postrzegać i tak – i wielokrotnie w historii, na przykład w wieku XIX, tak właśnie ją postrzegano. Odprowadzanie damy do domu (szczególnie w nocy) to całkiem miły, dżentelmeński obyczaj. Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu. Tylko nie rozumiem, dlaczego teraz ma się to nazywać „gender”?

***

Informacja z TVN24: ” Picie jest ‚demokratyczne.’ Dotyczy wszystkich grup wiekowych, zawodowych i społecznych. Jednakże wiadomo, że wśród mężczyzn najwięcej piją ci najmniej wykształceni, z małych miejscowości. Wśród kobiet natomiast tendencja jest dokładnie odwrotna…”

No, cóż, wygląda na to, że ten „sukces”, za którym tak tęskniła Simone de Beauvoir i jej koleżanki, ma jednak dla kobiet bardzo wysoką cenę…

Biolog z filozofem w jednym stali domu…

A nawet na jednej półce bibliotecznej, bo…

Niezawodny prof. Jan Hartman, o ile nie pochyla się z troską nad losami „totalitarnego” Kościoła katolickiego, czasami zajmuje się także losami młodych matek, które jego zdaniem powinny by czytać mądre książki, coby nie być tak ciemne i ograniczone, jak rzekomo bywają.

Swoją drogą, jakże to łatwo dawać takie światłe rady, kiedy się samemu NIE MAniemowlęcia przy piersi.

Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinno to być dla mnie żadną wymówką: moja śp. Babcia przez całe życie czytała bardzo dużo, mając na głowie szóstkę pociech i gospodarstwo rolne na dodatek…

Aby więc zapobiec prorokowanej mi przez profesora nieuchronnej  zamianie mózgu w twarożek na słodko, czytałam sobie ostatnio (równolegle!) Benjamina Wikera,  chrześcijańskiego filozofa  – oraz biologa Jeana Testarta.

Wiker („Dziesięć książek, które zepsuły świat – oraz pięć innych, które temu dopomogły”, wyd. FRONDA 2012) wędrując przez historię idei, pokazuje te, które obecnie kształtują nasze myślenie o rzeczywistości, choć często nawet o tym nie wiemy.

O, np. utylitaryzm J.S. Milla, który uczy, że naczelnym celem człowieka powinno być unikanie cierpienia – co więcej, zawiera w sobie utopijną wiarę, że przy użyciu środków prawnych będzie można kiedyś to cierpienie jeśli już nie wyeliminować ze świata, to na pewno znacząco zmniejszyć jego ilość.

Powstałą na skutek tego etykę utylitarną, która dominuje w naszym współczesnym myśleniu, można by nazwać „etyką ułatwiania” (życia, a czasem również śmierci) lub „uszczęśliwiania” – w tym ujęciu dozwolone, a nawet pożądane staje się wszystko, co „uszczęśliwi” jednostkę, nawet tylko w jej własnym mniemaniu.

Dlaczego, pyta np. najbardziej znany utylitarysta Peter Singer, mielibyśmy ZMUSZAĆkobietę do posiadania dziecka, którego „nie zdążyła” (biedaczka!) pozbyć się przed narodzeniem? Czy nie lepiej byłoby zamiast tego UŁATWIĆ jej uśmiercenie niechcianego noworodka (co wszak jest i tak „procederem starym jak świat”)?

Albo weźmy założenie Thomasa Hobbesa, jakoby każdy człowiek Z NATURY „miał prawo” do wszystkiego, czegokolwiek zapragnie – nawet do ciała i życia innej osoby – a „Państwo” było od tego, by tak rozumiane „prawa-pragnienia” zabezpieczać i dbać jedynie o to, byśmy się przy tym wzajemnie nie pozagryzali.

Natomiast książka prof. Testarta, notabene NIE chrześcijanina, lecz raczej, jak sam o sobie mówi, zwolennika… maoizmu, pokazuje jeszcze inne praktyczne konsekwencje, wynikające z przyjęcia tych dwóch teorii za oczywiste.

In vitro, jak zauważa prof. Testart, stworzyło ludziom szereg MOŻLIWOŚCI, a wraz z nimi i PRAGNIEŃ, o których inaczej albo w ogóle byśmy nie pomyśleli, albo staralibyśmy się zaspokoić je w jakiś inny sposób, znany ludzkości od wieków.

W przeszłości pragnienia takie ulegały „sublimacji”, kierując się ku szczęściu posiadania dziecka adoptowanego (albo przynajmniej psa), albo zwracając się ku lekturom, podróżom, działalności społecznej, religijnej, artystycznej…

Nie należy jednak – pamiętając o szczęściu tych, których „nauka” obdarzyła upragnionym potomstwem – zapominać też o cierpieniu innych, o wiele liczniejszych par, które, doznawszy wcześniej nadziei, rozbudzonych przez nowe osiągnięcia medycyny, i wielu cierpień ducha i ciała, musiały pogodzić się z goryczą klęski.

Te jednak, śmiem twierdzić, nie znajdują się w centrum naszej uwagi, co więcej, sądzę, że profesor ma rację, gdy mówi, że „jest coś niemoralnego w statystycznym wyrażaniu „sukcesu.” (Jak to zazwyczaj czynią kliniki wspomaganego rozrodu)

A pośród tych nowych możliwości (które, gdy profesor pisał swoją „obrazoburczą” książkę, były jeszcze w dużej mierze kwestią przyszłości, a które dziś są już rzeczywistością) można wymienić banki komórek i zarodków, umożliwiające kobietom urodzenie dziecka w dowolnie wybranym przez nie momencie.

Ekstremalnym przykładem takiego podejścia jest owa 75-letnia Brytyjka, która domagała się (nie wiem, z jakim skutkiem) wszczepienia zarodka pochodzącego z obcych komórek, ponieważ „dopiero teraz poczuła, że mogłaby być dobrą matką.”

Mamy też już „dzieci-lekarstwa”, poczynane głównie, albo tylko jako „banki części zamiennych” dla chorego rodzeństwa, a również liczne dzieci, urodzone przez matki zastępcze, także własne biologiczne siostry (sic!) lub babki.

Temu Testart (stetryczały konserwatysta?;)) także sprzeciwia się dość stanowczo, pisząc: „Są przecież i tacy, którzy uważają, że nie ma nic zdrożnego w tym, że przyjaciółka podaruje swoją komórkę jajową, kuzyn plemnik, a babcia przyszłego dziecka użyczy swojej macicy (ostatnio stało się to nawet dosłownie, przez przeszczep – przyp. Alby), aby stworzyć jeden wspólny zarodek. Czemuż ci ludzie nie czynią tego raczej w swoim własnym kręgu, prywatnie, zamiast propagować takie postępowanie jako ogólnie przyjętą metodę?”- pyta raczej retorycznie. Wstrętny, wstrętny konserwatysta… :)

Dziecko może się także urodzić wiele lat po śmierci swoich rodziców, biorąc pod uwagę, że zahibernowane zarodki mogą – w odpowiednich warunkach – trwać w stanie zawieszenia życia przez czas prawie nieograniczony. To trochę tak, jakbyśmy dziś mogli poznać syna lub córkę Mieszka I.

W kolejce czekają już jednak kolejne projekty – np. wszczepianie ludzkich zarodków do macicy zwierząt lub tworzenie „sztucznych macic” (co niewątpliwieUŁATWIŁOBY nam obserwację rozwoju embrionu i dokonywanie na nim różnorodnych eksperymentów).

Teoretycznie już dzisiaj możliwe jest także programowanie płci oraz tworzenie użytecznych (m.in. w transplantologii) hybryd człowieka i zwierząt – dokonuje się tego na razie na poziomie zarodkowym. Niewątpliwie rozwiązałoby to palący problem braku „ludzkich części zamiennych”, a także, być może, po stworzeniu jakiejś formy „małpoludów”, pracy w warunkach zagrażających zdrowiu i życiu, a niedającej się wykonać przez automaty.

Coraz bardziej możliwe stają się również modyfikacje genetyczne zarodków, a przesuwanie „granicy człowieczeństwa” aż do momentu porodu, a nawet poza nią (Singer), niewątpliwie UŁATWIA rozwiązywanie wielu związanych z tym trudnych kwestii medycznych, etycznych i prawnych.

Inne możliwości, na razie jeszcze w sferze s.f. , to klonowanie człowieka czy urodzenie biologicznego dziecka dwóch kobiet – albo donoszenie ciąży przez mężczyznę (co zapewne spotkałoby się z entuzjastycznym przyjęciem części środowisk LGBT, którym  natura uparcie odmawia takiego „prawa”…)

O klonowaniu reprodukcyjnym zresztą profesor wyraził się błyskotliwie: „Każdy wie najlepiej, że siebie samego kocha się najbardziej, siebie pragnie się najbardziej. Jeśli więc dziecko jest tylko mieszaniną uczuciowości i narcyzmu, to naszym najgłębiej skrywanym pragnieniem jest miraż klonowania: kocham sam siebie i stwarzam sobie dziecko na swój obraz i podobieństwo. Teraz zrodzę się z mojej własnej krwi i będę żyć z miłości do siebie.” Brrrr...

 W roku 1986 prof. Jacques Testart, jeden z najznakomitszych francuskich uczonych, „współtwórca” Amandynki, pierwszego francuskiego „dziecka z próbówki”, zaproponował międzynarodowe moratorium w zakresie badań dotyczących inżynierii embrionalnej.

Ludzie, jak dotąd, zwykle robili WSZYSTKO, co tylko DAŁO SIĘ technicznie zrobić – zauważa profesor – Czy zatem postęp nauki, pyta, powinien polegać na tym, żeZAWSZE robi się to, co nauka aktualnie pozwala nam zrobić? A jeśli nie, to co właściwie ma stanowić granicę spełniania możliwości?

Niestety, obawiam się, że jest osamotniony w stawianiu tego typu problemów w świecie nauki, który coraz bardziej porzuca pytania w rodzaju: „po co?” i „dlaczego?” na rzecz innych: „jak?” i „w jaki sposób?”

(Choć niedawno zdarzyło mi się przeczytać we „Wproście” wywiad z profesor genetyki, Magdaleną Fikus, która miała odwagę wyrazić „gorszący” pogląd, że człowieka powinno się „robić” raczej w łóżku, niż w laboratorium. wypowiadając się również przeciwko klonowaniu reprodukcyjnemu – idzie nowe?:)). Fachowo nazywa się to „teleologią nauki.”

„Przyszedł czas zrobienia pauzy. – powiedział Testart  w jednym z wywiadów, uzasadniając swoją decyzję o rezygnacji z własnych, świetnie zapowiadających się badań – Uprzednio zapłodnienia in vitro miały swą ściśle określoną funkcję: było nią „danie dziecka” bezpłodnej matce. W przyszłości zaś – która już nadchodzi – będziemy próbowali wyprodukować dziecko o odpowiednich cechach, wedle określonej miary. Żądam prawa także dla logiki nieodkrywania, dla etyki niebadania… Ale – dodaje w innym miejscu – niechaj fanatycy sztucznej prokreacji uspokoją się. Badaczy jest wielu, a ja mam świadomość, że w moich poglądach jestem odosobniony.”

Zaiste, są to często poglądy szokujące w naszym politycznie poprawnym świecie. :)

„Przestańmy udawać – pisze np. profesor – że same w sobie badania naukowe są neutralne, że tylko ich ZASTOSOWANIA mogą być dobre lub złe.” Albo: „Ani antykoncepcja, ani in vitro nie są postępowaniem moralnie neutralnym. Już wcześniej – zauważa profesor – powszechne zastosowanie antykoncepcji oddzieliło pożycie płciowe od prokreacji, teraz zaś tę ostatnią można całkowicie wyeliminować ze sfery seksu dzięki in vitro.”

„In vitro przygotowuje nas do przejścia przez kolejne etapy: najpierw obawy, potem akceptacji, wreszcie żądań, aby zarodek poddawać coraz to nowym manipulacjom.”

I jeszcze: „Zgadzając się na udział w tym przedsięwzięciu, zdawałem sobie niejasno sprawę, że dziecka z próbówki nie można „próbować”, że dziecko to należy po prostu przyjąć.” (Ponieważ, jak trzeźwo zauważa w innym miejscu – „nie istnieje selekcja bez eliminacji.”)

Ciekawe, ilu z jego kolegów po fachu i następców myśli podobnie?

„Już niedługo, drodzy rodzice – ironizuje  – wasze małe będą wybierane jak w psiarni: kształt uszu, kolor sierści, długość łap – no, i oczywiście dobre zdrowie.”

„Nie należy się łudzić – dodaje – że lekarze będą mogli odmawiać takim prośbom. Cierpienie związane z posiadaniem dziecka np. niechcianej płci może być niekiedy porównywalne z bólem towarzyszącym nieposiadaniu dziecka w ogóle, co zapewne potwierdzą psychologowie. Zresztą, jak OBIEKTYWNIE zmierzyć rozmiary czyjegoś cierpienia?”

No, po prostu istny „moherowy beret”, chociaż ateista. ;)

Można sądzić – pisze dalej profesor – że u ludzi to raczej MIŁOŚĆ niż popęd seksualny jest przyczyną, dla której od początku świata rodzą się dzieci. Swoją drogą, jak na tak ścisły umysł, to niezły romantyk z tego profesora.:)

Oczywistym tego dowodem (także DLA MNIE) byliby i ci, którzy uciekają się przy tym do pomocy rurek, lancetów i płynów odżywczych.

Nadchodzi jednak czas radykalnego rozdzielenia dwóch postaw – kocham cię i nie dotykając Cię nawet daję Ci dziecko; pożądam Cię i „robię ci” dziecko, nie kochając Cię. (W erze „przed in vitro” tylko ta druga ewentualność była możliwa…).

Zwracając nieustannie uwagę na możliwość „odczłowieczenia” całej procedury (np. jeśli chodzi o pobieranie nasienia od mężczyzn) profesor zdaje się jednak wierzyć w zwycięstwo ludzkiej miłości nad „mechanistycznymi sztuczkami” naukowców.

Jak wtedy, gdy opisuje wzruszający przypadek pary, która odmówiła wejścia „do szafy” (specjalnego pomieszczenia) w celu oddania nasienia, zamiast tego żądając dla siebie oddzielnego pokoju. „Kiedy tam weszliśmy, by odebrać pojemnik, czekał odstawiony, a oni wciąż jeszcze trwali złączeni pocałunkiem, zmieniając techniczną konieczność w akt wzajemnej miłości i oddania.”

Z tego względu, pomimo rozlicznych wątpliwości co do obecnych i przyszłych zastosowań tej metody, profesor NIE JEST – co warto bardzo mocno podkreślić na koniec  – przeciwnikiem in vitro w jego najbardziej podstawowej, „małżeńskiej” wersji. Nie. On chciałby jedynie, by in vitro było używane tylko do tego, do czego zostało stworzone: do dawania szansy na rodzicielstwo rzeczywiście bezpłodnym parom.

W końcu temu poświęcił prawie całe swoje zawodowe życie.

„Czy należy się cieszyć z wprowadzenia in vitro na medyczny rynek? – zapytuje. – Odpowiedzią jest radość rodziców, którzy – po licznych próbach bezskutecznego leczenia – odkrywają, że są we troje, widząc zaokrąglający się brzuch. A „to trzecie” przestało już być własnością specjalistów – umknęło ze świata hormonów, lancetów, próbówek i sztucznych płynów, stając się już tylko ich dzieckiem.”

Nie jest również zwolennikiem poglądu o człowieczeństwie zarodka od momentu poczęcia – uważa, że zarodek „uczłowiecza się” dopiero w pierwszym kontakcie z inną ludzką istotą – z organizmem matki. Warto jednak zauważyć, że zanim powstało in vitro , coś takiego, jak „zarodek w stanie wolnym” w ogóle nie istniało.

A ostatnio o profesorze znów zrobiło się głośno, gdy podczas wielotysięcznych protestów obywateli we Francji opowiedział się stanowczo przeciw przyznaniu „prawa” do in vitro parom jednej płci (to zresztą akurat wydaje mi się dosyć logiczne – jeśli in vitro jest metodą LECZENIA, to co właściwie ma „leczyć” w przypadku osób homoseksualnych?)

Nie ma co – nietuzinkowa postać z tego profesorka!:)

POCZYTAJCIE SOBIE SAMI: Jacques Testart, Przejrzysta komórka, wyd. PIW 1990; Benjamin Wiker, Dziesięć książek, które zepsuły świat (oraz pięć innych, które temu dopomogły), wyd. FRONDA 2012.

Ta pierwsza pozycja, oprócz zasygnalizowanych już powyżej rozważań Autora na temat filozofii nauki, postępu i medycyny, zawiera też pasjonujący opis jego pionierskich badań nad in vitro we Francji. Szczerze polecam.