Kobieta z długą, białą brodą…

Jestem właśnie świeżo po lekturze najnowszego „Newsweeka” – a w nim m.in. artykułu o rodzicach dzieci z zespołem Downa, którzy coraz częściej stają przed dylematem, czy poddawać je operacjom przywracającym bardziej „normalny” (cokolwiek to słowo znaczy…) wygląd.

 

Jeżeli o mnie chodzi, kwestie związane z moją powierzchownością nigdy jakoś nie spędzały mi snu z powiek – choć zdaję sobie sprawę z tego, jakie okropności przychodzą niektórym z Was na myśl na hasło „porażenie mózgowe.”

 

„Ty nie jesteś, panna, chora – mawiał mój mądry, Stary Doktor (o, jakże brakuje mi teraz Jego rady, teraz, gdy już sama jestem matką…) – tylko taka już twoja uroda!” I to mi w zasadzie wystarczało.

 

Owszem, wiedziałam, że inne (sprawne) kobiety są piękne – wszystkie! – czasem z ukłuciem zazdrości śledziłam, jak się poruszają i tańczą – i jak patrzą na nie mężczyźni – i dziwiłam się ich obsesjom i kompleksom na tle własnego wyglądu. Przecież, gdybym ja tak wyglądała… (No, ale wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…) Miałam przynajmniej ten luksus, że – nie biorąc udziału we wszechświatowym konkursie piękności, mogłam się zeń naśmiewać do woli. Nie moje małpy, nie mój cyrk. „To prawda, że one są piękne – mówiłam sobie – a ja za to jestem inteligentna. (Bo jakoś w końcu trzeba się pocieszać…;)) Każdy posiada własny dar. I tyle.”

 

Do pewnego momentu unikałam obiektywu – dopiero na pewnych warsztatach chrześcijańskich dane mi było spotkać fotografa, niezwykłego artystę, który, z wielką delikatnością i taktem wyleczył mnie z tej fobii, robiąc mi całe serie zdjęć, na których…spodobałam się sobie! Myślę, że po prostu pokazał mi to „wewnętrzne piękno”, które – bardzo głęboko w to wierzę! – każda ludzka istota nosi w sobie. A warsztaty taneczne, pantomima i modlitwa dopełniły reszty – nauczyłam się akceptować i LUBIĆ swoje ciało (która z Was, dziewczyny, może to samo powiedzieć o sobie?;)). A odkąd wiem, że w oczach P. jestem „najpiękniejsza” – tego typu dylematy już zupełnie przestały mieć dla mnie znaczenie.

 

Jeżeli już coś sprawia mi ból (i czasami chciałabym, żeby było „tak, jak u ludzi”) – to są to raczej różne kwestie praktyczne, związane z moim macierzyństwem.

 

No, bo jak wychować niemowlę, którego nie można nawet samodzielnie wziąć na ręce i utulić, kiedy płacze?! Wciąż zachodzę w głowę, czemu – w dobie tylu wspaniałych wynalazków – nikt jeszcze nie wymyślił specjalnego nosidełka dla niepełnosprawnej matki, w którym maleństwo pozostawałoby bezpieczne, nawet gdyby ona upadła… Zapewniam, że byłaby to rzecz godna co najmniej Nagrody Nobla. (Nawiasem: dlaczego nikt, nigdy i nigdzie, nie organizuje „szkół rodzenia” dla takich mam, jak ja? Czemu nikt mi nie powiedział, na przykład, jak mam przewinąć maluszka, mając tylko JEDNĄ w pełni sprawną rękę? Obawiam się, że ogólnodostępne pisemka z gatunku „dla rodziców” nie mogą mi w tej sprawie służyć żadną pomocą… Często odnoszę wrażenie, że osoba niepełnosprawna z własnym dzieckiem to w naszym kraju ciągle jeszcze rodzaj „dziwoląga”, coś w rodzaju tej tytułowej kobiety z brodą…)

 

Na szczęście mój mały synek wykazuje (już teraz!) duże zdolności adaptacyjne – odkryłam np. że równie skutecznie, co tradycyjne noszenie, działa na niego moja układana ad hoc i śpiewana półgłosem kołysanka i delikatne głaskanie. Dowodów czułości zresztą – głaskania, pieszczotliwych słów, całusów i przytulania staram się mu nie szczędzić – tym bardziej, że – jak już mówiłam – nie mogę go wziąć na ręce i po prostu przejść z nim przez pokój…

 

Kupiłam sobie także świetną książkę Jackie Silberg „Gry i zabawy z niemowlakami” – i choć już wiem, że będę musiała odrzucić wszystkie rozpoczynające się od słów „podnieś dziecko do góry…” (w te będzie się z nim bawił P., który kiedyś powiedział, że jego ręce są moimi…) – to jednak wierzę, że jest tam i sporo takich, które pozwolą mi skutecznie umacniać więź z moim dzieckiem.

Nie poddaję się. W końcu jestem jego matką.

„Tęczowa” nietolerancja.

Przy okazji niedawnej wizyty „najsławniejszej pary gejów” w Polsce niemiło zazgrzytał mi pewien drobny szczegół w ich (na ogół) przyjaznych wypowiedziach.

 

Otóż w jednym z wywiadów stwierdzili oni, że musieli zrezygnować z wizyty w programie Tomasza Lisa, gdy dowiedzieli się, że nadaje go ta sama telewizja, która wyprodukowała orędzie prezydenta… A ja, głupia, myślałam, że „tolerancja” to jest, między innymi, gotowość do prowadzenia rozmowy także z tymi, którzy nas niezbyt lubią…

 

Inaczej mówiąc tolerancja to postawa typu: „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale będę do upadłego bronił Twego prawa do mówienia tego!”

W ogóle jestem zdziwiona ewolucją znaczenia słowa „tolerancja”, jaka dokonała się na naszych oczach – słowo to nie oznacza już „cierpliwego znoszenia” (od łacińskiego tollo) czegoś, co nam się niezbyt podoba – a coraz częściej zaczyna oznaczać po  prostu „życzliwą akceptację.”

Jeśli więc ktoś nie potrafi polubić tego, co poprawność polityczna akurat lubić nam nakazuje – zasługuje niemal automatycznie na mino”nietolerancyjnego”, jak się o tym przekonał ów nieszczęsny były przewodniczący Rady Europy (Rocco Butilgnone mu było?), który „miał czelność” kiedyś powiedzieć, że DLA NIEGO stosunki homoseksualne są grzechem – i… natychmiast stracił posadę, mimo że całkiem rozsądnie się bronił, mówiąc: „Jako człowiek mam prawo wiele rzeczy uważać za niemoralne, lecz nie powinno to mieć żadnego znaczenia, dopóki nie twierdzę, że są one także przestępstwem.”

Notabene, w „tolerancyjnej” Szwecji swego czasu skazano pewnego pastora za głoszenie podobnie „wywrotowego” poglądu we wnętrzu własnej świątyni…

 

Doświadczenie historyczne uczy mnie, że często ci, którzy najgłośniej wołają o „tolerancję” dla siebie, sami łatwo stają się skrajnie nietolerancyjni, kiedy tylko sytuacja im na to pozwala. Tak było niegdyś z chrześcijanami (sami prześladowani przez „pogan”, zaczęli rychło ich prześladować, kiedy karta się odwróciła) – i tak najwyraźniej jest z gejowskimi działaczami. Dowód? Niech mi ktoś pokaże choć jednego z nich, który by umiał ze zrozumieniem (a choćby tylko bez zacietrzewienia) podejść do poglądów tych, którzy się z nimi nie zgadzają.

 

Czytałam nawet o pewnej pani naukowiec, lesbijce, którą skazano na ostracyzm w „tęczowym” środowisku, ponieważ ośmieliła się opublikować raport na temat przemocy wśród par jednopłciowych – uznano ją za „ptaka, który kala własne gniazdo” – bo przecież „każdy światły człowiek wie” że w radosnych związkach partnerskich takie rzeczy się nie zdarzają…

A ja, biedna, wciąż nie wiem, czym się różni hasło „Módl się w domu po kryjomu!” od „Rób to w domu po kryjomu!” – a „Geje do obozu pracy!” od „Rzuć granat na tacę!” – bo na pewno nie jest to poziom nienawiści i nietolerancji…

Uwaga: Slogan „Zero tolerancji dla wrogów tolerancji!” nie wydaje mi się wiele mądrzejszy od niegdysiejszego o tym, że nie ma demokracji (oczywiście ludowej) dla jej wrogów…

 

To ja już wolę w tym względzie starą, dobrą Ewangelię, która mi nakazuje kochać nawet nieprzyjaciół – to jest dużo więcej, niż wymuszona „tolerancja” (inna sprawa, że jest także wielu ludzi religijnych – bo wierzącymi ich jednak nie nazwę – którzy zieją nienawiścią, nie tylko zresztą w „kwestii gejowskiej”… Za tych serdecznie przepraszam).

 

Oczywiście wszystko, co napisałam powyżej, odnosi się przede wszystkim do tzw. „aktywistów ruchu gejowskiego”, którzy moim zdaniem mają mniej więcej tyle wspólnego ze zwykłymi homoseksualistami, co radykalne feministki z problemami zwykłych kobiet.

Postscriptum: Jeden z naszych bohaterów, teolog, był łaskaw zauważyć, że „w historii Kościoła było wiele okresów, kiedy takie związki były sankcjonowane.” Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby raczył także powiedzieć, o które konkretnie okresy mu chodzi – i jak wyglądało owo „sankcjonowanie”, ponieważ ja, jako historyk, jako żywo nie słyszałam o tym nigdy.

 

Dodał również, że i wśród duchownych (nawet biskupów) jest wiele osób o tej orientacji. Nie chciałabym nikogo urazić, ale nie wydaje mi się, aby akurat to był właściwy argument „za.” Kapłani dopuszczali się (i dopuszczają) także wielu rzeczy strasznych, np. pedofilii. I nikt rozsądny przecież nie twierdzi na tej podstawie, że należy je usankcjonować w Kościele… 

 

Zobacz też: „Co naprawdę myślę o…HOMOSEKSUALIZMIE?”

 

(Nie)zawinione śmierci?

Co pewien czas (ale jakoś tak szczególnie w czasie „kolędowym”…) media donoszą o mniej lub bardziej brutalnych napadach na kapłanów. A ostatnio nawet P. znalazł w jakimś salezjańskim biuletynie informację o podobnej napaści na swego kursowego kolegę, który – jakże by inaczej! – wracał był właśnie „z kolędy” wieczorową porą – i przeczytał mi to z komentarzem w stylu: „A, widzisz kochanie, równie dobrze to mógłbym być ja…”

 

I chociaż szczerze współczuję ofiarom tego typu przestępstw – i choć wiem, że nie zawsze ich przyczyną bywają PIENIĄDZE (czasami jest nią po prostu niezrozumiała agresja albo bezinteresowna nienawiść w stosunku do „czarnych”…) – to jednak zastanawiam się, co my, zwykli zjadacze chleba, moglibyśmy zrobić, aby takie tragedie zdarzały się jak najrzadziej?

 

Przede wszystkim, zawsze byłam zdania, że choć jest prawdą, że – jak mówi Pismo 🙂 – „słudzy ołtarza mają żyć z darów ołtarza”, to jednak nigdzie nie jest powiedziane, że mają żyć PONAD STAN. Niech więc żyją na takim poziomie, jak większość ich parafian. Pisałam tu już zresztą o tym.

 

Z tego powodu także wierni nie powinni zbytnio „rozpieszczać” finansowo swoich pasterzy – niechże „co łaska” znaczy naprawdę „co łaska” (a nie: „co łaska, ale nie mniej niż…”:)). I na pewno należy skończyć z tym zgubnym obyczajem wręczania suto wypchanych „kopert” z okazji wizyty kolędowej. Po co złoczyńcy mają wiedzieć, że wracający do domu ksiądz z całą pewnością ma przy sobie znaczną sumę pieniędzy?  I cóż to za duszpasterz, który by odwiedzał swoje owieczki tylko z powodu…ofiary na kościół?

 

Niestety, stereotyp „bogatego księdza” jest jeszcze bardzo silnie zakorzeniony w polskim społeczeństwie (w zlaicyzowanych krajach Zachodu, gdzie kapłani często zwyczajnie klepią biedę, jest już zupełnie ale to zupełnie inaczej…) – i mówią o tym nawet nasze mądrości ludowe (w rodzaju: „Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie”:)).

 

Podobnemu przekonaniu hołdują także niekiedy sami duchowni – o czym mieli okazję przekonać się na własnej skórze moi znajomi prezbiterzy z Drogi Neokatechumenalnej, kiedy wyruszyli w Polskę ewangelizować „na wariata”, tj. bez grosza przy duszy, czyli… jak najbardziej zgodnie z Ewangelią. W parafiach, gdzie prosili o gościnę często nie dowierzano im, że są prawdziwymi księżmi ( „No, bo jakże to tak – ksiądz naprawdę nie ma żadnych pieniędzy?!”), a pewien biskup nawet odradził im tę akcję na terenie swojej diecezji, argumentując, że… mogłoby to wywołać zbyt wielki szok wśród podległych mu kapłanów.

 

Niestety, to powszechne przeświadczenie, że księża – mówiąc po prostu – „śpią na pieniądzach” już zbyt wielu z nich kosztowało zdrowie i życie…

 

Zobacz też: „Zerkając księdzu do sakiewki.”

 

Postscriptum: Jutro i do nas przyjdzie ksiądz „po kolędzie” – i doprawdy po raz pierwszy w życiu mam ochotę z tej okazji zniknąć, zapaść się pod ziemię i rozpłynąć w powietrzu… razem z małym Bulbulkiem. Jakże bowiem zdołam wytłumaczyć księdzu z mojej parafii, skąd mam to dzieciątko? Ja – oazowiczka, ja – „jawnogrzesznica”, ja – żona księdza…

 

Dałby Bóg, żebym nie musiała tłumaczyć niczego nikomu…