Polski Kościół Narodowy

Niedawno nawet znana katolicka vlogerka (i”hipsterkatoliczka”) Jola Szymańska przyznała się do swoich wątpliwości, czy nadal pasuje  do Kościoła w Polsce. Do Kościoła narodowców, blichtru i polityków. Do Kościoła nienawistnego języka, pozorów, tuszowania własnych win,  nakazów i zakazów… Do Kościoła, gdzie karane jest wyrażanie wątpliwości i stawianie pytań. “Dlaczego  w tym kraju posługując się Bogiem można zrobić wszystko?”- pyta.

Jeżeli dziewczyna, której ortodoksji – czasem wręcz, jak na mój gust, nieco przesadnej – jestem zupełnie pewna, zaczyna zadawać sobie pytania o sens tego, czym żyła do tej pory – to (cytując klasyka) – wiedz, że coś się dzieje. Coś bardzo złego. Z naszym Kościołem.

Podobnie dramatyczne teksty w duchu “Dlaczego czasem mam ochotę odejść z Kościoła – i dlaczego mimo wszystko zostaję?” – publikuje także Szymon Hołownia.

Ja od dłuższego czasu mam wrażenie, że ten Kościół, na obrzeża którego wychodziłam, wychodząc za P.,(i który wciąż noszę w sercu)  nie jest już tym samym,  który widzę wokół siebie.  Ostatnio zaczęłam nawet uczestniczyć (za pośrednictwem Internetu) we mszach świętych z zagranicy, aby uciec od wszechobecnej w Polsce polityki. Z bólem zauważam, jak zmienili się (na niekorzyść) nawet księża, których kiedyś znałam i ceniłam.

Czasami myślę, że nasi księża i biskupi stracili wiarę w moc przekonywania, ewangelizacji. Przekonywanie ludzi, ażeby Z WŁASNEJ WOLI żyli według nauk Jezusa, okazuje się dla nich za trudne. Dlatego domagają się od rządzących, żeby nakazami prawa “zrobili” nam tu “państwo chrześcijańskie” – jak w Irlandii. Bez antykoncepcji, aborcji, rozwodów, in vitro, bluźnierczych widowisk teatralnych i handlu w niedzielę.

Nikogo już w zasadzie nie obchodzi, czy ludzie naprawdę WIERZĄ w Boga i KOCHAJĄ Jezusa Chrystusa. Grunt, żeby nawet niewierzący byli zmuszeni żyć “po Bożemu”. Żeby kościoły – i tace – były pełne, a naród zjednoczył się wokół swych duszpasterzy. Jak za komuny.

Biskupi boją się wolności i demokracji i nie umieją działać w jej warunkach. Dlatego należą do najgorętszych obecnie krytyków “bezbożnej” Unii Europejskiej. Co nie przeszkadza np. ojcu Rydzykowi brać ogromnych dotacji z tejże Unii na swoją działalność. Unia może i jest “diabelska”, ale pieniądze wszak nie śmierdzą siarką, czyż nie?

Jednocześnie w kraju narasta cicha opozycja przeciwko papieżowi Franciszkowi (“nie będzie nas jakiś szalony Argentyńczyk uczył wiary!”) – i być może bliźniaczy wobec tego zjawiska coraz bardziej agresywny nacjonalizm.

Członkowie ONR-u przyjmowani są z honorami na Jasnej Górze. Politycy partii rządzącej przemawiają podczas Eucharystii. Coraz liczniejsi duchowni nauczają z ambon i łamów pism “katolickich” , że głosowanie na jakąkolwiek inną partię jest grzechem. Polityk może być nawet łajdakiem – byleby był “katolikiem.” Wszystko na pokaz…

Martwi mnie również reakcja polskiego Kościoła na wielki skandal pedofilski. Reakcje, zasadniczo, są dwojakiego rodzaju:

Po pierwsze, zaprzeczanie. Nie, nie, u nas tego nigdy nie było. A przynajmniej nie na taką skalę, jak na tym “zgniłym Zachodzie.” Tymczasem rzeczywista skala problemu w Polsce jest właściwie nieznana. Nawet były delegat Episkopatu ds. Ochrony Dzieci skarżył się, że Episkopat (sic!) ukrywał przed nim różne dane, o które prosił. Dane skazanych księży nie figurują również w publicznie dostępnym rejestrze. Tak więc mamy kolejne fasadowe działania.  Pozory przede wszystkim. I unikanie “skandalu”. Nawet za cenę cierpienia dzieci. Kto by się nimi przejmował, prawda?

Po drugie, rozmywanie odpowiedzialności. “To prawda – mówią tacy komentatorzy – że takie przypadki wśród księży się zdarzały. Ale spójrzmy, ile ich jest wśród policjantów, lekarzy, hydraulików! To wszystko to tylko medialna nagonka na Kościół!” I dalej już bijemy się z zapałem w CUDZE piersi. Winny jest hedonistyczny świat. Seksualizująca kultura (zakazać! zakazać!). Albo – sic! – rodzice, którzy nie dość uważnie patrzyli księdzu na ręce. No, jasne. Bo przecież powinni byli wiedzieć, że posyłając dziecko do kościoła, narażają je na niebezpieczeństwo… Podejście takie moim zdaniem przede wszystkim marginalizuje i bagatelizuje cierpienie ofiar księży pod tym pretekstem, że rzekomo jest ich “niewiele” (choć w rzeczywistości nie wiemy dokładnie, ile ich jest).

Poza tym zupełnie umyka nam fakt, że nawet JEDNA taka ofiara księdza to już o jedną za dużo. Że to po prostu nie powinno się zdarzyć. NIGDY. Poza tym, niech mi będzie wolno powiedzieć, ksiądz, który molestuje dziecko, niszczy coś o wiele większego, niż tylko jego niewinność. Niszczy także jego wiarę i ufność do Boga (“Jeżeli istniejesz, to dlaczego mu na to pozwoliłeś? Dlaczego mnie nie obroniłeś?!”). Kto za to odpowie przed Bogiem?

Nieliczne głosy duchownych, którzy widzą, że źle się dzieje  (jak o. Gużyński czy prymas Polak) są byt słabe aby przekrzyczeć ogólną wrzawę. “Naród” i tak słucha bardziej o. Rydzyka lub bpa Depo. A pozostali biskupi  NIC nie zrobią – ani ze środowiskiem Radia Maryja, ani z narodowcami. Zbyt się boją odejścia znacznej grupy wiernych. Pełne kościoły przede wszystkim.

A że ci “święci młodziankowie” z ONR sami się garną do Kościoła, możemy mieć wkrótce prawdziwy wysyp młodych księży o poglądach zbliżonych do suspendowanego Jacka Międlara. Tym bardziej, że wielu przełożonych seminariów mniej lub bardziej jawnie popiera takie poglądy. Ciemność widzę…

Czy PEDOFILIA jest naprawdę głównym problemem Kościoła?

(Proszę się nie obawiać – nie zmieniłam zdania w kwestii usunięcia stąd bloga. Prace nad tym wciąż trwają.:))

Kazimiera Szczuka, z zawodu feministka, postanowiła z przytupem rozpocząć swoją kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego (będzie „jedynką” u Palikota – swoją drogą, owa śmiertelna obraza feministek polskich na niego za niechęć do zgwałcenia Wandy Nowickiej coś nie trwała długo. Widocznie te panie swoiście pojmują honor i „dumę kobiecą” – albo po prostu zapach władzy i przyszłych pieniędzy pięknie im wszystko wynagradza…) i wystąpiła wczoraj w programie Moniki Olejnik wraz z podobną sobie „lwicą” z polskiej prawicy, Marzeną Wróbel, pochylając się z troską nad (a jakże by inaczej!) nabrzmiałym problemem pedofilii w Kościele.

W związku z tzw. „raportem ONZ” w tej sprawie.

Chciałabym tu od razu zaznaczyć, że moim zdaniem żądanie, by odnośne „procedury” przeszły wreszcie z teorii do praktyki, oraz, by księży, którym udowodniono tego typu występki, natychmiast usuwać ze stanu duchownego, wydaje się całkiem sensowne.

Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłam zrozumieć, czemu kapłanów, prowadzących „normalne” życie z kobietą (zakończone, o zgrozo, cywilnym małżeństwem) kara taka spotyka niejako „z automatu” – natomiast w przypadku udowodnionego wykorzystywania dzieci, nie zawsze.

Nigdy nie powinno być tak, jak zdarzyło się np. na warszawskim Tarchominie, gdzie ksiądz skazany za „czynności seksualne wobec nieletnich” przez kilka kolejnych lat nadal bez przeszkód posługiwał w parafii.

Choć z drugiej strony, zdumiała mnie pani Kazia, oburzając się, iż ktoś taki „dalej odprawia msze dla dzieci.” Jak rozumiem, według tej pani MOŻLIWE jest molestowanie dzieci nawet podczas nabożeństwa, na oczach tłumu wiernych?

Bo mnie się jednak wydaje, że w tej sytuacji są mimo wszystko bezpieczniejsze, niż gdzie indziej…

Jak można się było spodziewać, feministka ostro zareagowała na jakiekolwiek próby łączenia zjawiska pedofilii w Kościele z homoseksualizmem wśród księży.

Sama swego czasu broniłam tu homoseksualnych kandydatów przed zakazem przyjmowania ich do kapłaństwa, jaki wydał Benedykt XVI. (Zob. „Niepowołany gej?”) Wydawało mi się wówczas (i wydaje mi się nadal), że jest niesprawiedliwe z góry zakładać ich organiczną niezdolność do dochowania tego, czego wymaga się od WSZYSTKICH księży, niezależnie od ich orientacji seksualnej.

Z drugiej jednak strony, muszę przyznać, że statystyki tutaj są miażdżące – około 80% przestępstw pedofilskich na świecie (rzecz oczywista, także tych popełnionych przez duchownych) dotyczy molestowania chłopców przez dorosłych mężczyzn.

I nie znaczy to wcale, jak próbowała sugerować Kazimiera Szczuka, że ktokolwiek chciałby w ten sposób zbagatelizować równie tragiczne przypadki wykorzystywania dziewczynek. Nie. Taka jest po prostu wymowa suchych liczb.

I jeszcze à propos tych liczb. Niektórzy, rzekomo na podstawie „raportu ONZ” mówią już nawet o „setkach tysięcy” ofiar pedofilii w Kościele – co jest o tyle nieścisłe, że sam „raport” mówi „zaledwie” o KILKUDZIESIĘCIU tysiącach takich przypadków, na przestrzeni, jak zrozumiałam, kilkudziesięciu ostatnich lat.

Mimo, że sądzę, że nawet JEDEN taki przypadek to już o jeden za dużo, myślę, że to jednak zdecydowana różnica…

Patrząc na rzecz logicznie: obecnie na świecie jest około 400 tysięcy księży katolickich, gdyby więc owych przypadków miało być rzeczywiście „kilkaset tysięcy” w ciągu ostatnich lat, to musiałoby to oznaczać, że (statystycznie) niemal KAŻDY kapłan (w tym i mój mąż!) ma na sumieniu jakieś skrzywdzone dziecko.

Rzeczywista skala zjawiska w Kościele katolickim jest jednak zupełnie inna. Różne badania mówią o 1,5-4% pedofili wśród księży…

Oznacza to, w praktyce, że każdy z Was ma znacznie większą szansę (czego Wam oczywiście nie życzę!) natknąć się w swoim życiu na księdza niewierzącego, alkoholika, księdza-chciwca czy też zwykłego chama, niż na księdza pedofila.

Przypomina mi się tu od razu swoisty „eksperyment”, jaki swego czasu przeprowadził w Niemczech nie kto inny, jak Joseph Goebbels. Otóż urządził on w Trzeciej Rzeszy istną nagonkę na „deprawatorów młodzieży w sutannach” – w wyniku której aresztowano ponad 7000 księży. Z tego jakąkolwiek winę zdołano udowodnić jedynie 130, co stanowi około 2%. I wydaje mi się, że TO jest właśnie rzeczywista skala zjawiska…

Z raportu przygotowanego dla amerykańskiego Departamentu Edukacji wynika, że zachowania pedofilskie wśród księży zdarzają się nawet do 100 razy rzadziej, niż w innych grupach zawodowych, np. wśród nauczycieli.

Sama znałam co najmniej kilku pedagogów, którzy wyraźnie gustowali w uczennicach – a tylko jednego księdza, którego mogłam podejrzewać o to samo. A jednak z żadnej mównicy nie słyszałam ostatnio tyrady o tym, jak bardzo mogą być zagrożone nasze dzieci, kiedy po prostu idą do szkoły…

I nawet red. Adam Szostkiewicz „specjalista do spraw religijnych”  tygodnika „Polityka”, którego trudno raczej podejrzewać o jakieś szczególnie prokatolickie sympatie, trzeźwo zauważa:

„[Ten tzw. “Raport ONZ”] to zbiór tez zebranych z publicystyki na temat Kościoła w kwestii nie tylko pedofilskiej, ale i aborcji, eutanazji, antykoncepcji. Wszystko to  jest zebrane razem, napisane dość niezgrabnym pseudoprawniczym językiem i przedstawione jako niespotykane wzięcie na dywanik Watykanu. Stolica Apostolska odpowiedziała na to bardzo spokojnie, pokazując wszystkie niespójności w tym dokumencie. Muszę się z tym zgodzić. Niespójności jest mnóstwo. To nie jest tak, że jak ktoś ma uwagi krytyczne na temat polityki kościelnej, to z definicji musi poprzeć każdą wypowiedź, która jest krytyczna. To brnięcie w ślepy zaułek. – kontynuuje dziennikarz. – Samo założenie, że oczekujemy od Stolicy Apostolskiej większej przejrzystości i współpracy z władzami cywilnymi, jest zdrowe i słuszne. Ale mówimy o tym od lat.” (Źródło: TOK FM)

Szostkiewicz dodaje, że dokument ten ma wydźwięk głównie „propagandowy” – i doprawdy, trudno się z tym nie zgodzić…

Pedofilia1

A tego typu wątpliwe „żarciki”, na jakie pozwalają sobie koledzy p. Szczuki z Twojego Ruchu (dawniej: Ruch Palikota) wydają mi się całkiem niezłym komentarzem do jakości owego okrzyczanego „raportu.”

Egzamin z empatii.

Muszę przyznać, że z uczuciem niejakiej przykrości słuchałam wypowiedzi prymasa Polski, arcybiskupa Kowalczyka na temat skandalu pedofilskiego na Dominikanie, o który podejrzewani są duchowni pochodzący z naszego kraju.

Proszę mnie dobrze zrozumieć – ja WIEM, że takie sprawy są zazwyczaj wyolbrzymiane przez media i wykorzystywane do ataków na Kościół katolicki (98 księży na 100 to NIE SĄ PEDOFILE, a jednak gwarantuję Wam, że na czołówkach wszystkich informacji znajdziecie właśnie tych pożałowania godnych dwóch – o występkach duchownych innych wyznań i religii zaś z reguły nie usłyszycie wcale – czyżby takowych w ogóle nie było? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć…) – i że Kościół MUSI stosować „domniemanie niewinności” wobec swoich pracowników.

Zdarzają się przecież – choć nie wiem, jak często – fałszywe oskarżenia, powodowane chociażby biedą (zwłaszcza wobec możliwości otrzymania wysokich odszkodowań, jak to miało miejsce w USA), chęcią zemsty, zbiorową psychozą, czy też jeszcze innymi przyczynami.

A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że choć od strony czysto formalnej ksiądz arcybiskup miał rację, mówiąc, że „w Kościele nie ma odpowiedzialności zbiorowej”, a winę za to, co uczynił, ponosi konkretny człowiek, a nie cała szacowna instytucja – to jednak NIE MIAŁ jej od strony czysto ludzkiej, a nawet teologicznej.

Przede wszystkim, warto pamiętać, że podejrzani księża NIE WYBRALI SIĘ na Dominikanę jako „osoby prywatne” (jak zdawał się sugerować ksiądz arcybiskup), w ramach urlopu, incognito, lecz – niestety – jako misjonarze, przedstawiciele swego zakonu i Kościoła.

Poza tym, gdyby nawet przyjąć widzenie Kościoła jako „zwyczajnego przedsiębiorstwa”, korporacji, w której każdy odpowiada sam za siebie (co zresztą zawsze stanowczo odrzuca papież Franciszek) – to czy unieważnia to takie ustępy Pisma Świętego, jak:

„[W Kościele], gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki. Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami.” (1 List św. Pawła Apostoła do Koryntian) lub „Jeden drugiego brzemiona noście.” (List do Galatów 6,2)?

Jezus powiedział także, aby „nie gardzić żadnym z tym z tych małych” (Ewangelia według św. Mateusza) oraz – On, zawsze taki łagodny i wyrozumiały wobec ludzkich słabości! – że tych, którzy staliby się powodem zgorszenia dla dzieci, należałoby utopić w morskich głębinach…

Nie wierzę, by abp Kowalczyk sam tego wszystkiego nigdy nie czytał i nie nauczał.

Wobec powyższego lekceważące uwagi hierarchy na temat „jakichś tam dzieci na  Dominikanie” i o tym, że to (rzekomo) „nie jest nasza – Kościoła w Polsce – sprawa” uważam za wysoce niestosowne.

Zresztą, skoro – przyjmijmy na chwilę taki nieewangeliczny punkt widzenia! – grzechy poszczególnych członków Kościoła liczą się tylko na ich własne konto, to z jakiej racji dobro, jakie czynią niektórzy z nich (jak choćby ks. Jacek Stryczek czy s. Małgorzata Chmielewska) miałoby z kolei opromieniać CAŁY Kościół?

Nie, nie, nie. Ja się na to nie zgadzam! To ZAWSZE są nasze małpy i nasz cyrk. Obojętnie, czy rzecz dzieje się w Polsce, czy gdziekolwiek indziej.

I dlatego sądzę, że korona nie spadłaby księdzu arcybiskupowi z głowy, gdyby PO PROSTU powiedział, że jest mu przykro, jeśli takich rzeczy gdzieś na świecie dopuszczają się nasi rodacy – i że będzie się modlił zarówno za nich, jak i za ich ofiary.

Czy cokolwiek tam jeszcze „kapłańska poprawność polityczna” nakazuje powiedzieć w podobnych wypadkach. Na pewno natomiast ten stary, watykański dyplomata nie zachował się… dyplomatycznie, widząc w zwykłym pytaniu dziennikarzy o ewentualną pomoc dla wiernych na Dominikanie tylko „atak na Kościół.”

Przecież nikt nie każe mu się zobowiązywać do wypłacania odszkodowań – ani do niczego innego zresztą. Chodziłoby raczej tylko o zwykłe, ludzkie współczucie.

Takie, jakie na szczęście miał odwagę okazać Sekretarz Generalny Komisji Episkopatu, biskup Wojciech Polak – który, chyba po raz pierwszy w historii Polski (sic!), głośno i wyraźnie przeprosił za te nadużycia. Oby jak najwięcej takich kapłanów!

Niestety, zdarzają się ciągle i inni, tacy, którzy incydent na Dominikanie próbują tłumaczyć tamtejszym… gorącym klimatem!

Oczywiście, to prawda, że w krajach latynoskich – podobnie jak w Azji – jest jakby „większe społeczne przyzwolenie” na seks z nieletnimi (i stąd cała rozwinięta w tych kierunkach seksturystyka) – niemniej nie powinno to stanowić żadnego usprawiedliwienia dla księdza, który przecież ślubował życie w celibacie, a także powinien był tej młodzieży świecić przykładem…

Tak samo, przyznaję, że coraz trudniej mi przychodzi zrozumieć „politykę personalną” ks. biskupa Henryka Hosera – który nie miał najmniejszych trudności z usunięciem z probostwa ks. Lemańskiego ze względów „dyscyplinarnych” (od razu mówię, że sądzę, że i ks. Wojciech nie ma najłatwiejszego charakteru, a jego wypowiedzi bywają nierzadko kontrowersyjne!) – natomiast znacznie dłużej zajęło mu „dogłębne rozważenie” kwestii, czy na proboszcza nadaje się kapłan, który już nie tylko był „podejrzewany” o czyny lubieżne, ale nawet za nie skazany prawomocnym wyrokiem…

No, cóż – zapewne, dopóki ów nie wypowiadał się w mediach (co ks. Lemański robi wręcz z przesadnym upodobaniem…) – wielkiej szkody wierze nie czynił?

Postscriptum: Wczorajsze, podobno, przejęzyczenie arcybiskupa Michalika, dotyczące tego, że to niekiedy zagubione dziecko samo „wciąga” dorosłego w tego typu kontakty, pokazuje przede wszystkim, jak dużo jeszcze nasi hierarchowie muszą się nauczyć w mówieniu o tej jakże delikatnej kwestii.

Nawet, jeśli rzeczywiście był to tylko „lapsus językowy” (choć obawiam się, że w głębi duszy wielu, zwłaszcza starszej daty, duchownych naprawdę sądzi, że dziecko jest w tej sytuacji jakoś „współwinne”, bo może – nawet nieświadomie – „sprowokowało” dorosłego), biskupi powinni wiedzieć, że czujne media tylko czyhają na każdą taką niezręczność.

Inna sprawa, że arcybiskup miał sporo racji, zauważając, że często początkiem takich historii jest osamotnienie dziecka w rodzinie (polecam w tej kwestii świetną książkę Margaux Fragoso „Zabawa w miłość” – bardzo smutną historię dziewczynki, którą, tak naprawdę, „interesował się” tylko pedofil). Ale tego, obawiam się, nikt już nie miał szansy usłyszeć przez medialny krzyk, jakoby „Kościół obwiniał ofiary.”

Na tym tle bardzo pozytywnie należy ocenić naprędce zwołaną tego samego dnia konferencję prasową. Kościół (w Polsce) musi się wreszcie nauczyć rozmawiać z mediami, a nie tylko do nich „przemawiać” z wysokości ambony.

Postscriptum 2: Niemniej warto zauważyć, że i tzw. „druga strona debaty” nie grzeszy subtelnością, nie tylko językową – ostatnio na łamach „Gazety Wyborczej” znów zabłysła nią prof. Środa, która komentując niezbyt fortunną może wypowiedź arcybiskupa o tym, że winę za „seksualizację dzieci” ponoszą w jakiejś mierze także feminizm i ideologia gender (w tym kontekście przypomina mi się wprowadzany pilotażowo do przedszkoli program edukacji seksualnej, który nakazuje już 4-latki szkolić w masturbacji, na przykład), odparowała złośliwie (ale niezbyt mądrze!), żeprzyczyną pedofilii jest religijne wychowanie dzieci i „tradycyjna” (to znaczy jaka, pani profesor?) rodzina. Rozumiem zatem, że mając na przykład opiekunów jednej płci, dzieci NIGDY nie padają ofiarą przemocy czy molestowania? O, nie, nie! Zapomniałam, że to się przecież zdarza tylko tym brzydkim, patriarchalnym heterykom – a jeśli już gejom, to TYLKO wtedy, gdy poza tym są księżmi…

Pogratulować głębi filozoficznego rozumowania…

W ogóle zadziwia mnie pewna widoczna nierównowaga w traktowaniu zjawiska męskiej i kobiecej pedofilii.

W ostatnich dniach media uraczyły nas dwiema bliźniaczo podobnymi historiami – w jednej 14-latka zaszła w ciążę z księdzem, w drugiej zaś – trzydziestoparoletnia nauczycielka urodziła dziecko również 14-letniemu uczniowi.

Pierwszy przypadek został bez żadnych wątpliwości okrzyknięty „kolejnym obrzydliwym czynem pedofila w sutannie” – w drugim zaś rozwodzono się na temat „zakazanej miłości” i „romantycznej historii”, w której to podobno uparty gimnazjalista „uwiódł” dorosłą kobietę.

Jakoś nie słyszałam słów powszechnego oburzenia na takie postawienie sprawy.

Głos zabrała nawet sama Dorota Zawadzka („Superniania” od sześciolatków i margaryny) – stwierdzając autorytatywnie, że ta kobieta może i zachowała się niewłaściwie, ale z pewnością nie jest „pedofilką.” Niedowiarkom zaś radziła zajrzeć w tej sprawie do „źródeł.”

Nie wiem, jakie to źródła miała na myśli ta wybitna polska pedagog (psycholog?), ale wiem, że nasze prawo określa przestępstwo „pedofilii” jako podejmowanie zachowań o charakterze seksualnym z osobą niepełnoletnią poniżej lat piętnastu – bez różnicy płci.

Seksuologia zaś definiuje pedofilię jako czynności seksualne z osobą która nie weszła jeszcze w wiek dojrzewania płciowego. Seks z pokwitającym nastolatkiem, co także częściowo wchodzi w prawną definicję „zachowań pedofilskich”, niekiedy bywa nazywany „efebofilią”- co jednak część badaczy odrzuca, widząc w tym rozróżnieniu nazw próbę rehabilitacji tej ostatniej.

Gdybyśmy jednak pozostali przy podstawowej definicji, to specjaliści są zgodni co do tego, że chłopcy dojrzewają (nie tylko fizycznie!) przeciętnie o 2-3-lata później, niż dziewczynki.

Jestem więc w stanie zaryzykować twierdzenie, że o ile 14-latka może, w pewnych okolicznościach (i kulturach!) być już prawie dorosłą „młodą kobietą”, o tyle 14-letni chłopiec będzie prawie na pewno jeszcze dzieckiem.

Dlaczego więc na siłę upierać się że jest odwrotnie – i że o ile dziewczynka była (w to wierzę!) tylko bezbronną ofiarą, o tyle chłopiec był już „młodzieńcem” który całkiem świadomie i dobrowolnie zaangażował się w „romans” (sic!) z dużo starszą od siebie kobietą?

Dlaczego? Bo kobieta NIE MOŻE być pedofilką? Z definicji? Jakiej definicji?

Nic nie poradzę też na to, że stale jakoś przypomina mi się casus Agnieszki Holland, która broniąc Romana Polańskiego (który, przypomnijmy, wiele lat temu odurzył alkoholem i narkotykami 13-letnią dziewczynkę, a następnie ją zgwałcił), stwierdziła, że tak właściwie, to ta mała to była „zawodowa prostytutka” (sic!), która doskonale wiedziała, po co tam idzie…

Na to też nikt się jakoś szczególnie nie oburzył.

No, więc, jak to jest? Dzieci czasami „uwodzą”, czy jednak nie?

Proszę mnie dobrze zrozumieć: uważam, podobnie jak pewien publicysta jednego z prawicowych tygodników, że wcale nie potrzebujemy „szczególnego traktowania” dla Kościoła w sferze publicznej. Wypadałoby jednak mierzyć wszystkich jedną miarą.

I jeszcze jeden dopisek (z dnia 29.10.2013 roku): Wczoraj arcybiskup Michalik powiedział, że „pedofilia w Kościele to tylko pretekst, żeby zniszczyć autorytet biskupów u wiernych.”

I pomyślałam, że aby można było „zniszczyć” czyjś autorytet, to trzeba go najpierw mieć. Mam nadzieję, że ksiądz arcybiskup jest najzupełniej pewny, że takowy posiada?

Po drugie, jak pokazuje choćby przykład Prymasa Tysiąclecia, PRAWDZIWY autorytet zniszczyć wcale nie tak łatwo.

Po trzecie wreszcie, nawet, jeżeli to wszystko to rzeczywiście tylko „pretekst”, to do ludzi Kościoła należy, żeby takich pretekstów nikomu nie dawać…

***

Doprawdy, muszę wyznać ze smutkiem, że coraz trudniej mi przychodzi „kochać Kościół” (we wszystkich jego członkach) taki, jaki on jest w Polsce. Bo jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to jednak trochę INNY Kościół, niż ten, którego pragnie papież Franciszek.

Najpierw mieliśmy „dzieci, które wciągają dorosłych”, teraz znów jakiś idiota opowiada, że słyszał o „dzieciach, które same wchodziły do łóżek dorosłych, poszukując zaspokojenia.”

Ciekawostka, gdzie ów ksiądz powziął taką wiedzę – bo jeśli podczas spowiedzi (pedofilów lub tych dzieci) to TYM BARDZIEJ nie powinien był bez pomyślunku kłapać dziobem.

To prawda, że nie trzeba wcale – co z upodobaniem czynią niektórzy nasi biskupi –  po dawnemu ciągle szukać „wrogów Kościoła” gdzieś na zewnątrz. Najgroźniejsi są ci, którzy są w środku… Niestety.