Czy Kościół MUSI wspierać „tradycyjny model rodziny”?

Szczerze mówiąc, zaczęłam zadawać sobie to pytanie, gdy podczas tegorocznych Pasterek (jak podały media) biskupi „niezwykle ostro zaatakowali” podpisaną właśnie przez rząd unijną „Konwencję o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.”

A kiedy może być lepszy czas, by o tym porozmawiać, niż wtedy, gdy Kościół obchodzi Święto Najświętszej Rodziny? :)

I może najpierw kilka słów o samej Konwencji. Wbrew temu, o czym od dłuższego czasu krzyczą jej lewicowi entuzjaści, nie sądzę, by sprzeciw wobec konkretnych ROZWIĄZAŃ i diagnoz problemu oznaczał automatycznie, że się jest zwolennikiem gwałtu, przemocy i ciemnogrodu. Przecież to tak, jakby twierdzić, że się popiera przestępczość, sprzeciwiając się karze śmierci!

Może warto przypomnieć, że Kościół zawsze (przynajmniej oficjalnie), uznawał przemoc w rodzinie za zło i grzech – i to ciężki.

(Osobiście wolę określenie „przemoc w rodzinie” niż „przemoc wobec kobiet”, bo i mężczyźni bywają ofiarami – i nie jest to wcale zjawisko „niezmiernie rzadkie”, jak ostatnio przekonywała w pewnym programie telewizyjnym pani Krystyna Kofta. Moim zdaniem problem polega raczej na tym, że się taką „odwróconą” przemoc bagatelizuje i marginalizuje. Zrobiono kiedyś eksperyment, w którym para aktorów zagrała skłóconych kochanków na ulicy. Kiedy mężczyzna zaczął szarpać i popychać kobietę, interweniowało kilka osób. Kiedy natomiast siedząca na ławce kobieta okładała pięściami kulącego się partnera, nikt się nie zainteresował. Ludzie pytani następnie o powód braku reakcji odpowiadali, że „uważali, że jest to prywatna sprawa tej pary” – lub, że ten mężczyzna z pewnością zrobił coś, co ją zdenerwowało. A nie dalej, jak wczoraj przeczytałam w „Newsweeku” wzruszające wyznanie Wojciecha Karolaka – męża Marii Czubaszek – „kiedyś żona złamała mi dwa żebra, ale ja lubię ludzi z charakterem!” Prawda, że urocze?)

Już nie wspominając nawet o tym, że nie wierzę w naiwną teorię, że samo podpisanie jakiegokolwiek dokumentu sprawił, że przestaną bić żony ci, którzy je bijają…Rozczuliły mnie wypowiedzi niektórych, że teraz to już „wszystkie kobiety w Polsce są chronione przed przemocą.”  Co niby mają zrobić? Zamachać tym dokumentem prześladowcy przed nosem?! Gdyby było tak, że przed złem automatycznie chronią nas jakiekolwiek szczytne deklaracje (a nie konkretni ludzie i ich działania!), to na świecie nie powinno być już głodnych ani maltretowanych dzieci – przecież od lat istnieje ta piękna, ratyfikowana przez wiele państw, Konwencja Praw Dziecka… I to nie to, że jestem a priori „przeciwna” podpisywaniu takich dokumentów. Wiem, że rodzą się one częstokroć z najszlachetniejszych motywów i dążeń ludzkości. Ja tylko nie wierzę w ich cudowną moc sprawczą – a to różnica.

Jak tu już kiedyś pisałam, w Biblii nie sposób odnaleźć choćby JEDNEGO fragmentu, w którym mąż uderzyłby żonę, choć zdarzały się, oczywiście, małżeństwa złe, niedobrane. (Potępia się również gwałt seksualny.) Zamiast tego Nowy Testament zachęca mężczyzn do miłości wobec kobiet (np. Ef 5,25-28) – i to na wzór Chrystusa, który był gotowy oddać własne życie za braci – do okazywania im szacunku, jako równym sobie „dziedziczkom łaski” i do liczenia się z tym, że CIAŁO kobiece bywa czasami słabsze niż męskie (zob. 1 List św. Piotra 3,7). Rozumiem zatem, że biskupi mogli poczuć się urażeni autorytatywnym stwierdzeniem Konwencji, iż to RELIGIA (każda religia!) i tradycja nieuchronnie rodzą przemoc. To właśnie jeden z nich ośmielił się w homilii nazwać „wielkim kłamstwem”, co tak bardzo wzburzyło dziennikarzy

Warto też dodać, że nie tylko „zacofana Polska” miała pewne zastrzeżenia wobec tego dokumentu – ale także np. wielce postępowa Wielka Brytania – o czym się u nas nie mówi. Przy czym niektóre z owych angielskich obiekcji wydają mi się co najmniej dziwne. Wielka Brytania na przykład chciała, by Konwencja nie miała zastosowania w sytuacji konfliktu zbrojnego (art. 2) oraz, by przemoc wobec kobiet nie była określona jako pogwałcenie praw człowieka (art. 3). Poza tym Anglicy chcieli też usunięcia sformułowania o „prawie do życia wolnego od przemocy” (art. 4).

Nawiasem mówiąc, to ostatnie wyrażenie to czysty truizm. Czy wszyscy ludzie mają prawo do życia bez przemocy? Oczywiście, że tak. Podobnie, jak do szczęścia, zdrowia i wszelkiej pomyślności. (Czego Wam zresztą życzę w nowym roku!). Tylko że nie bardzo wiadomo, jak można te ze wszech miar słuszne prawa wyegzekwować. I do kogo mam apelować, jeśli jestem niepełnosprawna, a więc moje święte prawo do zdrowia nie zostało spełnione?Czy może mam od razu poprosić o eutanazję?(Skoro „państwo” nie zapewniło mi tego, co słusznie mi się należy.):) Dlatego zdecydowanie  wolę sformułowanie z Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, które mówi nie tyle o „prawie do szczęścia” – co o „prawie do dążenia do szczęścia.” To nie to samo, wbrew pozorom.

Zgodnie z kolejną angielską poprawką, państwa nie miałyby obowiązku podejmowania działań zapobiegających promowaniu przemocy wobec kobiet w przekazach medialnych (art. 17). Zamiast tego miałyby jedynie „zachęcać sektor prywatny i media, by tej przemocy nie promowały.” A co jeszcze bardziej zaskakujące, z artykułu 37 Wielka Brytania chciała wykreślić kryminalizację małżeństw zawieranych pod przymusem przez osoby dorosłe lub dzieci. (Sic!)

Ale wracając do tytułowego pytania. Myślę, że wiele zależy od tego, jak się ów „tradycyjny model rodziny” pojmuje. I wiele bym dała za to, by się dowiedzieć, co przez to rozumieją hierarchowie. Bo jeśli chodzi tylko o to, że małżeństwo to monogamiczny związek kobiety i mężczyzny, to sądzę, że raczej nie ma od tego odwrotu (bez zdrady ideałów Ewangelii).

Również za czasów Jezusa w Palestynie istniały różne „modele rodziny” – przede wszystkim przejęta od innych ludów Wschodu poligamia, którą praktykowali nawet otaczani czcią królowie Izraela. A jednak Mistrz z Nazaretu opowiadał się jednoznacznie za dozgonnym związkiem jednego mężczyzny z jedną kobietą – i z tego właśnie powodu (choć nie jest to zadanie łatwe!) niektórzy próbują nawet z Niego zrobić mizogina i zwolennika przemocy domowej…

To jednak nie oznacza, że musimy się koniecznie trzymać „katechizmowego” modelu rodziny, w którym to tatuś, niczym święty Józef, przynosi mamusi pieniążki, a za te jego mozoły wdzięczna „niepracująca” mamusia przynosi mu potem (w zębach, aż chciałoby się powiedzieć…) gazetę oraz kapcie…

Pierwsze jaskółki tego nowego podejścia już się pojawiają. Oto św. Joanna Beretta-Molla, święta, którą tak lubię, że poświęcę jej kiedyś osobny post, była nie tylko przykładną żoną i matką czwórki dzieci, ale także cenioną lekarką, prowadzącą własną przychodnię. Bądźmy zatem dobrej myśli!

Odwracanie pojęć…

Całkiem niewykluczone, że to niezbicie dowodzi tego, że się starzeję – ale naprawdę coraz częściej dochodzę do wniosku, że rzeczy, które dawniej były powodem do wstydu, dziś stają się powodem do DUMY – i odwrotnie…

Weźmy np. taką wielodzietność – w zamierzchłych czasach był to powód do radości, widomy znak Bożego błogosławieństwa, a przynajmniej nadziei na przyszłość. Dziś natomiast coraz częściej mówi się już nie o rodzinach „posiadających” liczne potomstwo ale o OBCIĄŻONYCH licznym potomstwem. Dostrzegacie tę subtelną różnicę?:)

Rodzicielstwo, a już zwłaszcza ciąża i macierzyństwo , to dziś coraz częściej obciążenie, koszmar, niemalże choroba, siejąca w delikatnym organizmie kobiety nieodwracalne spustoszenia. To zupełnie przeciwnie, niż aborcja, której wpływ na kobiece zdrowie i samopoczucie według niektórych środowisk ma być wręcz dobroczynny…:) Hmmm…Zaiste, ciekawe odwrócenie pojęć…

Niedawno też jedna z tych „wyzwolonych” osób (która zapewne nie ma dzieci) na pewnym forum porównała karmienie piersią w miejscu publicznym do…oddawania moczu na środku ulicy. Z całym szacunkiem dla subiektywnych wstrętów tej pani… Wydaje mi się, że to mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że pocałunek dwojga kochających się ludzi to coś takiego, jak wymiotowanie sobie nawzajem do ust…a chrześcijanie, spożywający komunię świętą są zwykłymi kanibalami…:)

A ja myślę, że mimo wszystko ta cała kobiecość nie jest aż tak „straszna” jak się niekiedy wydaje – zależy, jak na to spojrzeć… I nawet nasza „cykliczność” wydaje mi się piękna oraz przemyślana i nigdy nie chciałabym jej odrzucić – dzięki temu przecież  bardziej niż mężczyźni jesteśmy związane z cyklami natury, z całym Kosmosem – z przypływami i odpływami mórz, z porami roku i fazami Księżyca…Czyż to nie jest PIĘKNE? I czy mężczyźni naprawdę mają w życiu lepiej, łatwiej i przyjemniej? NIE MAM POJĘCIA. Mnie tam jest dobrze z tym, kim jestem. A wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma… 🙂 Jeśli kiedykolwiek będę miała córkę, powiem jej: córeczko, kobiecość jest OK – i męskość jest OK! 


***


Muszę się Wam przyznać, że ZAWSZE lekko drętwieję ze strachu, kiedy przychodzi do nas pani z opieki społecznej – i obawiam się, że po wejściu w życie tej nowej ustawy chroniącej dzieci trochę „na sposób szwedzki” będę się bała jeszcze troszkę bardziej…

Bo a nuż ta pani dojdzie do wniosku, że przebywanie pod opieką mamy z porażeniem mózgowym „może zagrażać życiu i zdrowiu” mojego dziecka? A nuż życzliwi sąsiedzi doniosą, gdzie trzeba (wszystko, oczywiście, tylko z troski…), że nie ze wszystkim radzę sobie zupełnie sama (a z niektórymi rzeczami ZUPEŁNIE sama sobie nie radzę:))?

A może niechby się tak opieka społeczna zajęła losem dzieci NAPRAWDĘ potrzebujących pomocy – bo jakoś, dziwnym trafem, w tych rzeczywiście drastycznych przypadkach zawsze słyszymy od pracowników socjalnych i pedagogów „nie mamy sobie nic do zarzucenia, nie mieliśmy żadnych niepokojących sygnałów”. W takich wypadkach wszyscy stają się dziwnie ślepi i głusi  – i to zarówno tu, w Polsce, jak i wszędzie indziej na świecie…

Czy teraz naprawdę jakaś pani urzędniczka, która widuje nas raz do roku, będzie mogła oceniać, jaką jestem matką?I od kiedy to dzieci stanowią „własność znacjonalizowaną”?;)

 

    


Proszę wskazać różnicę między tymi dwoma obrazkami…;)



Trzy smutne opowieści.

Mam wrażenie, że ludzie będący świadkami jakiegoś dramatycznego wydarzenia dzielą się zasadniczo na dwie grupy: takich, którzy mają to wszystko w nosie i wolą się nie wyrywać z pomocą, żeby tylko uniknąć późniejszych „kłopotów” – albo na takich którzy może i chcieliby pomóc, ale ostatecznie nie pomagają, ponieważ „nie wiedzą, jak”. 

I tylko dlatego właśnie w Polsce aż tyle osób umiera na oczach innych ludzi. Wszyscy myślą:”To nie moja sprawa, niech ktoś inny się tym zajmie!” A przecież w większości przypadków nawet nieudolna próba pomocy jest lepsza od jej braku…

Miałam przyjaciółkę (która później została siostrą kalkutanką), która z goryczą mówiła o tym, jak ludzie w Warszawie omijali leżącego na ulicy młodego chłopaka jakby był padliną… Inna moja koleżanka była jedyną osobą wśród tłumu gapiów, która próbowała zastosować zasady pierwszej pomocy podczas wypadku komunikacyjnego… 

Nie da się ukryć, że strach jest wielką siłą – większość z nas wręcz paraliżuje – i różnej maści chuligani świetnie to wykorzystują.

W pewnym „mniejszym mieście” przez wiele miesięcy grasowała banda gimnazjalistów, 13-15-letnich wyrostków, którzy specjalizowali się w okradaniu swoich ofiar z drobnych, cennych przedmiotów, takich jak np. komórki.
Łatwo powiedzieć, że były to „tylko dzieci” – jednak atakowały „kupą” – i któż by się z nimi kłócił? Rzecz trwała do momentu, aż pewien starszy pan, chyba były policjant czy wojskowy, odważył się ostro im postawić. Uciekli jak psy z podkulonymi ogonami…
Myślę więc, że zawsze warto reagować – nawet narażając się na najgorsze konsekwencje (jak tamten dzielny, warszawski policjant). Bezkarność rozzuchwala.
***
Toczące się właśnie Zimowe Igrzyska moim zdaniem jasno pokazują, że podstawową zasadą współczesnego sportu jest „the show must go on!” Choć według mnie szlachetna idea de Coubertina umarła najpóźniej wówczas gdy nie przerwano olimpiady w 1972 r. w Monachium nawet po zamachu terrorystycznym, w którym zginęli izraelscy sportowcy. A kto wie, może nawet już wówczas, gdy przyznano organizację igrzysk (zimowych i letnich, jak to wówczas było w zwyczaju) III Rzeszy Hitlera – (czymże jest wobec tego wszystkiego tragiczna śmierć „jednego gruzińskiego saneczkarza”)?:(
Teraz pogrąża się jedynie w coraz większym „cieniu” – uczcijmy ją minutą ciszy…
Publiczność jest żądna coraz bardziej wyśrubowanych wyników, więc budujemy coraz szybsze tory, coraz bardziej strome trasy i coraz większe skocznie narciarskie… A możliwość, że ktoś czasem na nich zginie, staje się powoli zwykłym „czynnikiem ryzyka” wkalkulowanym w sport wyczynowy.
Z drugiej jednak strony muszę przyznać, że nie wiem, co MKOL powinien robić w podobnych okolicznościach… Tragiczna śmierć jednego sportowca nie powinna przecież (chyba) przekreślać szansy na występ wszystkim, którzy przygotowywali się doń przez całe lata. Trudne to wszystko…