Refleksje nie tylko na Dzień Babci i Dziadka.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak nie lubimy ludzi starych i najchętniej odesłalibyśmy ich jak najdalej od siebie? Do domów „pogodnej starości”, szpitali, gdziekolwiek zresztą – byle jak najdalej od nas!

Bo przypominają nam, że tym, czym oni są dzisiaj, my będziemy jutro – że nie jesteśmy wieczni, że przemijamy. Wbrew temu, co mówią nam reklamy, obiecujące wieczną młodość, wbrew medycynie, która twierdzi, że już-już prawie znalazła lek na „chorobę zwaną starością” i że już wkrótce zapewni nam (nieomal) biologiczną nieśmiertelność…

Jeden z moich spowiedników przebywał długo w Szwajcarii i opowiadał mi, jak wielki jest tam społeczny nacisk na „dobrowolne” przenoszenie się ludzi starszych do domów opieki. Często odbywa się to na zasadzie: „No, co ty, babciu, wszyscy Twoi znajomi już tam są, a Ty nam się tu jeszcze wałęsasz?”

I obawiam się, że w niedalekiej przyszłości tak samo będzie z eutanazją. Osamotnieni starsi ludzie będą sami dążyć do samobójstwa, bojąc się, że kiedy będą już naprawdę bezradni, nikt im nie pomoże. A coraz bardziej nieliczni młodzi (demografia!) będą naciskać, by „bezproduktywni” staruszkowie nie obciążali im budżetu. Zawsze powtarzam, że starość jest czczona tylko tam, gdzie stanowi… rzadkość. Tak właśnie było w większości cywilizacji przed nadejściem ery nowożytnej.

Nowoczesne społeczeństwa zatraciły poczucie pewnej pierwotnej „umowy społecznej”, która polega na tym, że najpierw rodzice opiekują się dziećmi, a potem odwrotnie – przerzucając tę odpowiedzialność na różne państwowe instytucje.

Kilka lat temu podczas upałów w tradycyjnie liberalnej Francji tysiące starszych ludzi umarły we własnych mieszkaniach tylko dlatego, że nikt nawet do nich nie zaglądał. Smutne, ale prawdziwe…

Niedygresje.

Jeden z moich Czytelników napisał mi ostatnio, że w moich postach nie widzi MNIE, a jedynie „mądre kazania” (notabene, tego samego dnia pewna pani napisała, że skoro mam odwagę poruszać na tym blogu tak intymne sprawy, to nie powinnam również być zdziwiona, że niektórzy mnie krytykują – a więc pewnie rację miał jeden z moich spowiedników, kiedy cierpliwie wbijał mi do głowy, że „jeszcze się taki nie narodził, co by WSZYSTKIM dogodził.”) – tak więc zaczęłam się zastanawiać, O CZYM powinnam pisać?

Czy może o tym, że płaczę, kiedy (po raz n-ty) oglądam „Kto nigdy nie żył…” i widzę wnętrza, po których przechadzał się P., kiedy był jeszcze klerykiem? Albo o tym, że przed chwilą oglądałam „Prymasa” (z Andrzejem Sewerynem w roli głównej) i ryczałam jak bóbr, patrząc na scenę spowiedzi – bo nie wiem, kiedy znowu uda mi się dostąpić tej łaski? Albo, że zastanawialiśmy się poważnie, czy potrafilibyśmy teraz przyjąć drugie dziecko? Nie, nie – to wszystko jest zbyt osobiste, a ja (pomimo wszystko) nie jestem ekshibicjonistką.

To już może lepiej faktycznie na jakieś bezpieczne, neutralne tematy. Ot, choćby o polityce.

***

Pan Prezydent Lech Kaczyński wywołał niedawno lekki uśmiech na mej twarzy twierdząc, że będzie walczył o zachowanie ideałów „medycyny hipokratesowej.”

Niestety, muszę przypomnieć mu, że Hipokrates, jak zresztą wszyscy jego współcześni, znał tylko i wyłącznie medycynę PRYWATNĄ, której, jak się zdążyłam zorientować, nasz Pan Prezydent czegoś nie lubi.

Więcej jeszcze – zalecał, aby pacjent po udanej operacji zatroszczył się o to, by swojego lekarza hojnie wynagrodzić. Ciekawe, co na to nasze CBA, z takim poświęceniem walczące z najdrobniejszymi nawet „dowodami wdzięczności”?

Ale niech się zbytnio nie cieszą liberałowie wszelkiej maści. W wielu innych kwestiach ojciec medycyny był typowym „konserwatystą.” Kazał, na przykład, swoim uczniom przysięgać, że nigdy nie podadzą żadnej kobiecie środka poronnego, a żadnemu pacjentowi – trucizny na „skrócenie cierpień”, nawet gdyby ów sam o to poprosił.

Biedny ten Hipokrates! Wygląda na to, że w naszych czasach mógłby być dla wszystkich persona non grata.

Przygody Alby w świecie konsumpcji.

Kiedyś lubiłam sobie pochlebiać, że – jak Sokrates – chodząc po sklepach potrafię sobie powiedzieć: „Ileż tu jest rzeczy…których mi zupełnie nie potrzeba!”

I że tak jak św. Paweł mogę powiedzieć o sobie, że „umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować.” Niestety…

Chciwość jest podstępna i przybiera najróżniejsze oblicza. Od tych dzieciaków, które mają pełne szafy zabawek, a wciąż tylko myślą o tym, co to by jeszcze chciały MIEĆ, MIEĆ, MIEĆ…;  poprzez panią, która ma w domu 40 par butów a i tak nigdy „nie ma co na siebie włożyć”, aż do ludzi, którzy dokonują sklepowych kradzieży (podobno jest ich u nas najwięcej w Europie), bo ich żądza posiadania nigdy nie jest nasycona.

Myślę, że nasza kultura, która w dużej mierze utożsamia „szczęście” z posiadaniem jak największej ilości rzeczy, też się jakoś do tego przyczyniła.

I nikt nie może powiedzieć, że jest wolny od tej słabości – od kapłana, który twierdzi, że „musi” (ale to absolutnie musi!:)) jeździć najnowszym modelem mercedesa, przez klientów kasyn i totolotka, aż do piszącej te słowa.

Moja własna chciwość przybiera subtelniejszą (co nie znaczy, że mniej groźną!) formę niepohamowanego kupowania książek. Wszystkich, jakie tylko chciałabym przeczytać.

O ile umiem ze stoickim spokojem omijać sklepy z ciuszkami, butami czy biżuterią, o tyle w zetknięciu ze zwykłą księgarnią czy antykwariatem łatwo tracę tę powściągliwość.

No cóż, nie na darmo Jezus powiedział, że powinniśmy się wystrzegać WSZELKIEJ chciwości… (Łk 12,15)