Jak kochają czarownice?:)

Cały ten smutek…i rozżalenie…które nosiłam ostatnio w sercu, musiały kiedyś w końcu wybuchnąć. No i wybuchnęły. Wczoraj. Z całą gwałtownością mojej emocjonalnej natury. Bo wszystko, cokolwiek robię, robię całym sercem, całą duszą, całą sobą: czy się modlę, czy się kocham…

 

Wczoraj akurat się złościłam. Wściekałam. I przypuszczam, że mój staruszek ginekolog zdziwiłby się troszeczkę, widząc swoją ciężarną, niepełnosprawną pacjentkę, tarzającą się w szale po dywanie. Ale nic to. Grunt, że mi pomogło – a moja Fasolka jest, zdaje się, tak uodporniona na to, co wyprawia jej mama, że nawet niespecjalnie jej to zaszkodziło… 

 

Nie, to nieprawda, że jestem histeryczką – uważam się raczej za bardzo spokojną i cierpliwą osobę. Ale czasem trzeba po prostu wykrzyczeć swój strach…i ból…dłużej przecież nosiłam go w sobie, niż noszę dziecko. A wiadomo, że „po nocy przychodzi dzień – i po burzy spokój…” – i tak też było i tym razem.

 

Ale, rzecz dziwna, pomimo tych wszystkich gorzkich, złych słów, jakie wykrzyczałam pod adresem P. (łaska Boska, że tego nie słyszał, bo niechybnie poszedłby się powiesić już mniej więcej po połowie litanii…:)) JA NIE POTRAFIĘ PRZESTAĆ GO KOCHAĆ! 

 

Człowiek, który dał mi dziecko, zawiązał jednocześnie „siedem węzłów na moim sercu” – i nic już na to nie poradzę…

 

Którzy we łzach sieją…

Chciałam początkowo zatytułować ten post „Robinson ciężarny” albo jakoś tak. 🙂 Bo przecież nieprawdą jest, jakobym poczynając dzieciątko uczyniła to ze smutkiem czy jakoś szczególnie niechętnie – raczej przeciwnie.:)

 

nocą ciemną światu na złość

obnosiłam bujną nagość

nocą ciemną nocą złotą

uczyniłam to z ochotą

nocą złotą noca ciemną

miły mój nie zostal ze mną…

Jeden z moich przyjaciół powiedział mi niedawno: „Myślałem, że kiedy spełnisz swoje marzenie o dziecku, będziesz szczęśliwa…” – i… oczywiście, że jestem, jestem szczęśliwa (zwłaszcza, kiedy ostatnio usłyszałam opowieść o pewnym młodym, zdrowym małżeństwie, które z niewiadomych przyczyn od siedmiu lat nie może się doczekać potomstwa – teraz wiem, że miałam naprawdę wielkie szczęście, zachodząc w ciążę z P, mimo że tak rzadko się widujemy…) tylko że ten, który we mnie „zasiał” to dziecko, jest kapłanem – i tak naprawdę teraz dopiero widzę, że kochając go dotknęłam jednocześnie czegoś, co jest ode mnie większe i ważniejsze, czego do końca nie ogarniam – i przed czym muszą ustąpić moje najsłuszniejsze nawet żądania…

Żądania? Jakie znowu żądania?! Ja nie mam prawa stawiać mu żadnych żądań, żadnych wymagań… Kocham go i wiem na pewno, że jestem kochana – ale jednocześnie jestem zupełnie SAMA (oczywiście, jeśli nie liczyć dzieciątka, którego serduszko rytmicznie stuka z prawej strony mojego coraz twardszego brzucha… I nie mam nawet mężczyzny, który by czule kładł na nim rękę…). „Robinson ciężarny…”

I nie śmiem już nawet marzyć, że to się kiedyś zmieni. To jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe…Chociaż, jak napisał William Blake, jeden z moich ulubionych poetów:

„Wtedy gdy siejąc łzy gorzkie lejemy –

żniwa stanowią dla nas wszystkich święto…”

Oby, oby…

Drugi wnuk – i inne kłopoty.

Moi rodzice mają jednego, ukochanego wnuka – synka mojego starszego brata. O tym, że noszę im drugiego, nawet nie wiedzą. Przecież nigdy nie brali pod uwagę, że ich kaleka córka może zostać matką… Ale nawet, gdyby wiedzieli (bo przecież w końcu się dowiedzą – tego nie da się ukrywać tak, jak dotąd ukrywałam przed nimi większość szczegółów ze swego prywatnego życia…) – to i tak nikt nie będzie się cieszył z narodzin mojego dziecka. Moje biedne dziecko…

 

„I nie dawano ni miejsca, ni godzin

dla nieczekanych powić i narodzin…”

(C.K.Norwid)  

 

A mój małżonek nadal na rekolekcjach… Myślałam, że pomoże mu to odnaleźć siebie i swoje kapłaństwo, ale teraz…sama już nie wiem… 

 

Wczoraj znowu opowiadał mi o młodym księdzu (ze swojego rocznika), który miał problem alkoholowy. O jego samotności, tęsknocie za miłością…

 

Szczerze ubolewam nad tym, że w jego najbliższym otoczeniu chyba nie ma „szczęśliwych kapłanów.” Bo gdyby byli to…kto wie…może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej?

 

A teraz, co mam wybrać? Czy pozwolić, by pozostał w „nieszczęśliwym kapłaństwie” i stoczył się w alkoholizm – czy też wybrać to niepewne szczęście („w grzechu”) z nim? Ale najpierw…

 

„Niech przyjdzie niech wróci niech będzie –

na imiona wszystkich nieżyjących bogów

zaklinałam niespokojne morze

zaklinałam srebrną przezę czasu –

niech przyjdzie niech wróci niech będzie…”

 

A kiedy tak się martwię, moje dzieciątko trzepocze się we mnie jak spłoszony motyl… Nie, to nie jego ruchy czuję – na to jest jeszcze o wiele za wcześnie. To jego serce tak bije…