Wszystkie moje troski…

Wczoraj zaczął się 36. tydzień mojej ciąży – i wszystko wskazuje na to, że nasz synek czuje się nieźle, czego, niestety, nie można powiedzieć o jego matce.

Nie mam pieniędzy, ani – co gorsza – siły do pracy, najchętniej spałabym 24 godziny na dobę, a duchowo jestem jak wyschnięta studnia, i już chyba nawet czuła miłość P. nie wystarcza, by ją wypełnić.

Już od dobrych kilku dni z pulpitu mojego komputera spogląda na mnie twarzyczka mego synka – i patrząc na nią pytam sama siebie:
„I co z nami będzie, mój maleńki? Jakże ja zdołam Ciebie urodzić i wychować?”



Można to oczywiście zrzucić na karb jakiejś „depresji przedporodowej” (ciekawe, czy w ogóle istnieje coś takiego?:)), ale kiedy się jest „mamą niepełnosprawną”- jak ja! – to nawet najzwyklejsze rzeczy – w rodzaju wyjmowania niemowlęcia z łóżeczka! – urastają do rangi palącego problemu, domagającego się znalezienia natychmiastowego rozwiązania. Zupełnie tak samo, jak we własnym codziennym życiu musiałam np. „wynaleźć” wygodny sposób wchodzenia do wanny…

Bo nie chciałabym przecież, żeby mój mały kojarzył sobie pojęcie „MAMA”z objęciami i rękoma innej kobiety (to właściwie bez znaczenia, czy byłaby to wynajęta opiekunka, czy też np. moja matka).

Ba, kiedyś wydawało mi się, że w ogóle nigdy do tego nie dopuszczę. Ale przecież moje własne dłonie są takie słabe! Czy więc wolno mi narażać mego synka na niebezpieczeństwo w imię moich „macierzyńskich” ambicji? I czy mam z nich całkiem zrezygnować dlatego tylko, że jestem niepełnosprawna?

Nostalgicznie…

Mijający weekend listopadowy (jakże by inaczej!) skłonił mnie do raczej niewesołych przemyśleń.

Przede wszystkim zaczęłam myśleć o tym, że poprzedni dzień Wszystkich Świętych (oraz Dzień Zaduszny) wyglądał dla P. zupełnie inaczej. Dla mnie zresztą też. („Każdy kapłan może tego dnia odprawić trzy msze święte…” – mówi prawo kanoniczne – i jestem pewna, że i on to właśnie robił…).

„Dobrze, że nasza Babcia tego nie dożyła.”


– powiedział mój starszy brat, dowiedziawszy się o moim związku z P. Może to i prawda, choć wydaje mi się, że Ona właśnie by mnie zrozumiała…Jej głęboka wiara jakoś nigdy nie szła w parze ze skłonnością do potępiania kogokolwiek.

Na fali tych wspomnieniowych nastrojów napisałam też długi list do mojego byłego spowiednika, ks. B. (zob. „Ballada o dwóch spowiednikach.”), który po odejściu z kapłaństwa został wziętym wykładowcą filozofii  (no, proszę, a mój P. od niedawna z talentem naprawia kserokopiarki…;)):

„Nie wiem, czy ojciec pamięta niepełnosprawną licealistkę od SS. Nazaretanek – to właśnie ja… A dlaczego piszę? Po pierwsze dlatego, że zauważyłam, że kiedy ktoś staje się „eksem” to w pewnym stopniu znika z publicznego, a już na pewno z kościelnego „obiegu”- niełatwo było ojca znaleźć – a ja lubię trudne wyzwania. 🙂 Po drugie, (…) noszę w sobie dzieciątko, którego by nie było, gdyby nie miłość pewnego człowieka, który opiekuje się mną z tak wielkim oddaniem i czułością, że stale muszę zadawać sobie pytanie, czy to, co się stało, jest rzeczywiście „porzuceniem” jego powołania, czy raczej jego specyficznym wypełnieniem? I jakże mam wierzyć, że to wszystko jest tylko złem i grzechem, skoro dzieciątko, które właśnie „poruszyło się w moim łonie” (to już siódmy miesiąc…) jest zdrowe i żywe wbrew wszelkim przewidywaniom? To nie przekleństwo, lecz błogosławieństwo…(„Darem Pana są synowie – a owoc łona – nagrodą…” :)). I nie wiem, czy potrafię należycie wytłumaczyć to subiektywne z natury przekonanie, że gdybym postąpiła inaczej, działałabym niezgodnie z własnym sumieniem, odrzucając to, co pojmowałam jako dar Boży. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że Bóg wybacza nawet ludziom, którzy w szczerości serca podążali za tym, co wydawało im się słuszne, nawet wtedy, gdy On sam uważa inaczej – i cóż mi pozostaje innego, jak tylko żywić taką nadzieję? Ale pójście za tym, co wydawało mi się w tym wypadku słuszne, wymagało ode mnie przekroczenia bardzo wielu granic, zakwestionowania dużej części tego, w czym mnie wychowano i czym żyłam – i czy ojciec potrafi mnie sobie wyobrazić teraz w nowej roli?A jednak, cóż innego mogłam zrobić, chcąc pozostać w zgodzie z samą sobą? Jak mogłam odrzucić DAR, nie odrzucając jednocześnie Obdarowującego – jak miałam nie patrzeć, nie słuchać, zamknąć oczy i serce? (Choć wiem, że to by właśnie ucieszyło wszystkich „sprawiedliwych”). A jeśli jednak się myliłam to niech Bóg ma litość nade mną…Nie wiem nawet, jak zdołam nauczyć swego synka kochać Boga – i wyjaśnić mu, że moje…nasze…decyzje nie wynikały z braku miłości do Niego, tylko raczej przeciwnie? Mam tylko nadzieję, że Ten,który jest Miłością i Miłosierdziem samym, zechce wziąć nas wszystkich w swoją obronę…”

Tymaczasem Adwent zbliża się wielkimi krokami – swoją drogą, będzie to musiało być dziwne, przeżywać go samej nosząc dzieciątko, a później śpiewać kolędy, kołysząc w ramionach mojego synka…- i będzie to  mój pierwszy Adwent od bardzo, bardzo długiego czasu, kiedy nie wyjadę na żadne rekolekcje…

„Love-bombing” i inne takie…

Ostatnio, chcąc nie chcąc, natykam się ciągle na osoby z mojej przeszłości – i co mnie boli najbardziej, to, że wszyscy ci ludzie zdają się zupełnie nie zauważać P., który jest ze mną. Boli mnie, kiedy (z niezrozumiałych dla mnie przyczyn) traktują go jak powietrze.

Czyżby próbowali mnie „rozgrzeszyć” jego kosztem? Czyżby uważali, że ten wspaniały, pełen miłości człowiek po prostu mnie…wykorzystał? Mnie, „biedną, niepełnosprawną dziewczynkę”, która nie wiedziała, co czyni? Ależ to nieprawda!

Niedawno mieliśmy przedziwne spotkanie przed katedrą. Pewna kobieta z mojej dawnej wspólnoty (oczywiście całkowicie ignorując idącego ze mną P.) objęła mnie w pasie i zaczęła mi szeptać do ucha coś w rodzaju: „Wcale Ciebie nie potępiam – kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię…”

Bąknęłam coś niewyraźnie, nie bardzo wiedząc, co mogłabym na to odpowiedzieć- nie przywykłam do tak wylewnego okazywania mi uczuć, zwłaszcza na ulicy.

Niezależnie od tego, że miałam ochotę powiedzieć jej, że ja sama często potępiam siebie (a nawet zdaje mi się czasem, że zasłużyłam na potępienie…), czułam się również trochę tak, jak osoby, które w pewnych grupach są poddawane manipulacji zwanej „bombardowaniem miłością” (szczerze mówiąc, ich miłość nie jest mi szczególnie potrzebna do szczęścia – wolałabym raczej, żeby mnie zwyczajnie i po ludzku LUBILI…).

W poradni dla kobiet spotkałam dawną koleżankę z innej wspólnoty (notabene, była to właśnie ta osoba, która niegdyś przyczyniła się do „sądu” nade mną, jako niedoszłą samobójczynią) – i nagle poczułam przemożną chęć, żeby być „legalną” żoną P. i móc obnosić swój brzuszek z dumą i radością, zamiast ciągle go ukrywać…

A dzisiaj przypadkiem znalazłam celebret P. (rodzaj legitymacji, potwierdzającej uprawnienia do sprawowania czynności kapłańskich) – i wierzcie mi, to naprawdę przedziwne uczucie zobaczyć mężczyznę, który mnie z taką czułością tuli w ramionach, ubranego w czarną sutannę…

I pomyślałam sobie: „Och, mój Boże, co myśmy zrobili…Co JA zrobiłam…”

Dziwnie się dziś czuję – lepiej chyba wrócić do tłumaczenia tekstów, niż się nad tym dłużej zastanawiać. Pójdę już…