Wszystkie moje troski…

Wczoraj zaczął się 36. tydzień mojej ciąży – i wszystko wskazuje na to, że nasz synek czuje się nieźle, czego, niestety, nie można powiedzieć o jego matce.

Nie mam pieniędzy, ani – co gorsza – siły do pracy, najchętniej spałabym 24 godziny na dobę, a duchowo jestem jak wyschnięta studnia, i już chyba nawet czuła miłość P. nie wystarcza, by ją wypełnić.

Już od dobrych kilku dni z pulpitu mojego komputera spogląda na mnie twarzyczka mego synka – i patrząc na nią pytam sama siebie:
“I co z nami będzie, mój maleńki? Jakże ja zdołam Ciebie urodzić i wychować?”



Można to oczywiście zrzucić na karb jakiejś “depresji przedporodowej” (ciekawe, czy w ogóle istnieje coś takiego?:)), ale kiedy się jest “mamą niepełnosprawną”- jak ja! – to nawet najzwyklejsze rzeczy – w rodzaju wyjmowania niemowlęcia z łóżeczka! – urastają do rangi palącego problemu, domagającego się znalezienia natychmiastowego rozwiązania. Zupełnie tak samo, jak we własnym codziennym życiu musiałam np. “wynaleźć” wygodny sposób wchodzenia do wanny…

Bo nie chciałabym przecież, żeby mój mały kojarzył sobie pojęcie “MAMA”z objęciami i rękoma innej kobiety (to właściwie bez znaczenia, czy byłaby to wynajęta opiekunka, czy też np. moja matka).

Ba, kiedyś wydawało mi się, że w ogóle nigdy do tego nie dopuszczę. Ale przecież moje własne dłonie są takie słabe! Czy więc wolno mi narażać mego synka na niebezpieczeństwo w imię moich “macierzyńskich” ambicji? I czy mam z nich całkiem zrezygnować dlatego tylko, że jestem niepełnosprawna?

3 Replies to “Wszystkie moje troski…”

  1. Z niczego nie rezygnuj. Na pewno dasz sobie radę, bo wszystko co czynisz, czynisz przed Panem – On da Ci swoją moc, byś wspaniale wypełniła rolę mamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *