FAQ: NPR

Muszę się przyznać, że dość naiwnie sądziłam, że to, co miałam do powiedzenia na temat „metod naturalnych”, powiedziałam już w kilku poprzednich postach – i że to wystarczy. Ale gdzie tam! Ludzie, nawet niektórzy spośród komentujących na tym blogu, wciąż powtarzają utarte mity… Uff!

Tak więc, jeszcze raz.

MIT NR 1: TE METODY SPRAWDZAJĄ SIĘ TYLKO U KOBIET O BARDZO REGULARNYCH CYKLACH. Sama jestem przykładem, że wcale niekoniecznie. Długość moich cykli waha się „od Sasa do lasa” (od 30 do 80 dni), a mimo to z powodzeniem od lat je stosuję.

MIT NUMER 2: MOŻNA ZAJŚĆ W CIĄŻĘ ZAWSZE, NAWET PODCZAS MIESIĄCZKI. Podczas prawdziwej miesiączki jest to raczej nieprawdopodobne. „Reguła  kliniczna” tj. ustalona na podstawie badań ginekologicznych, mówi, że u kobiety, która ma przeciętne cykle dłuższe niż 26 dni prawdopodobieństwo zajścia w ciążę w ciągu pierwszych 6 dni cyklu jest mniejsze niż 1 %. Dlatego większość współczesnych metod NPR uznaje „te dni” za bezpieczne. Oczywiście, niekiedy kobiety mylą menstruację z krwawieniem okołoowulacyjnym, które jest  zawsze sygnałem wysokiej płodności. A jak rozpoznać, które jest które? Bardzo prosto: krwawienie, które nie było poprzedzone kilkoma dniami podwyższonej temperatury, NIE JEST miesiączką.

MIT NUMER 3: KARMIENIE PIERSIĄ NIE CHRONI PRZED ZAJŚCIEM W CIĄŻĘ PRZED PIERWSZĄ MIESIĄCZKĄ PO PORODZIE. Ależ chroni, pod warunkiem, że dziecko karmione jest wyłącznie piersią, na każde żądanie (także w nocy) i nie rzadziej, niż co 3-4 godziny. Przy spełnieniu tych warunków prawdopodobieństwo zajścia w ciążę niedługo po porodzie (przy niestosowaniu żadnych innych metod, włącznie z obserwacyjnymi) wynosi tylko 6%.

MIT NUMER 4: NAJBARDZIEJ PŁODNA JEST KOBIETA TUŻ PRZED I W TRAKCIE MIESIĄCZKI. Mit nadspodziewanie często spotykany na różnego typu forach internetowych. Jest to właśnie czas NAJNIŻSZEJ płodności w całym cyklu. I jeśli ci wszyscy ludzie sądzą przy tym, że „stosują metody naturalne” to nie dziwota, że okazują się one „nieskuteczne.” To zupełnie tak, jakby brać pigułkę całkiem nie wtedy, kiedy potrzeba.

MIT NUMER 5:”ZASZŁAM W CIĄŻĘ W STUPROCENTOWO NIEPŁODNYM OKRESIE.” („I MUSIAŁAM USUWAĆ!” – dodała tamta panienka). To możliwe, ale mało prawdopodobne. Szansa na zajście w ciążę w III fazie cyklu wynosi ok. 1%. Bardziej prawdopodobna jest tu więc pomyłka ze strony użytkowniczki metody. A już zupełnie nie rozumiem stwierdzenia, że ktoś „musiał” w następstwie tego usunąć ciążę – jakby był to rodzaj kurzajki, którą się wycina, gdy tylko się pojawi…

MIT NUMER 6:METODY NATURALNE SĄ BARDZO CZASOCHŁONNE. Może w fazie uczenia się. Mnie codzienne obserwacje zajmują nie więcej niż kilka minut dziennie, tym bardziej, że można je wykonać także w trakcie innych czynności. Na pewno pigułka byłaby dla mnie pod tym względem znacznie bardziej kłopotliwa, ponieważ najzwyczajniej w świecie… „nie umiem” łykać tabletek! 🙂

MIT NUMER 7: TE METODY WYMAGAJĄ  UCIĄŻLIWEGO MIERZENIA TEMPERATURY W POCHWIE ALBO W ODBYTNICY („niech tam sobie faceci wsadzają termometr w tyłek!” – napisała mi pewna młoda zwolenniczka pigułek). Ja tam nie wiem – zawsze mierzyłam w ustach i sprawdzało się całkiem dobrze. Ale, co kto woli. 😉 Gwoli ścisłości warto też dodać, że istnieją takie metody naturalne (np. metoda Billingsów albo test płodności „ze śliny”), które w ogóle nie wymagają pomiaru temperatury…

Mężczyźni cierpią inaczej…

Niedawno któryś z moich nowych Czytelników zaproponował mi, abym poruszyła tu temat mężczyzn, którzy cierpią z powodu braku (lub straty) partnerki. Nie ukrywam, że mam przed tym podwójne opory: po pierwsze dlatego, że sama nie jestem (a nawet nigdy nie byłam!;)) mężczyzną. A po drugie dlatego, że ten problem dotyczy wielu mężczyzn, z którymi czuję się emocjonalnie związana – i nie chciałabym tutaj zdradzać tajemnic ich duszy… Mam jednak nadzieję, że mi wybaczą tę drobną „niedyskrecję.”

Na jednym z blogów znalazłam irytujące stwierdzenie, że podczas kiedy „te biedne kobiety” są wręcz siłą zmuszane do tego, żeby „kogoś mieć” – bo rzekomo kobieta bez pary traktowana jest jak jednostka niepełnowartościowa i z definicji nieszczęśliwa – o tyle mężczyźni w analogicznej sytuacji mają się czuć wspaniale jak pączek w maśle; ot, po prostu jak „świeże mięsko do schrupania.”

Prawda jest jednak taka, że również mężczyźni cierpią swego rodzaju „szykany społeczne” z racji samotności. A że mniej o tym mówią? To jest również wina pewnego stereotypu, który każe im nie uzewnętrzniać zbytnio swoich emocji i w każdej sytuacji – o ile to możliwe – grać „twardziela” i „luzaka” którego nic nie rusza.

Co bowiem myślimy o mężczyźnie, który ma więcej niż 25-30 lat i nadal jest widywany „w pojedynkę”? No, cóż, na ogół jedno z dwojga. Albo sądzimy, że musi to być jakiś nieudacznik, dziwak lub alkoholik („widać żadna go nie chciała!”) – albo po prostu gej…

Innymi słowy – jeśli kobieta jest „sama” to tylko wina wrednego społeczeństwa, że jej to wypomina; ale jeśli mężczyzna – to powinien poszukać „winy” w sobie, a może nawet się leczyć. Bo na pewno to z nim jest coś nie tak…

Jeden z moich przyjaciół żalił mi się niedawno: „Zostałem zaproszony na wesele, ale że jestem sam, to pewnie będę pił na umór, bo posadzą mnie z takimi, co za kołnierz nie wylewają…” No, proszę – i to też są te rozkosze bycia „wolnym” mężczyzną…

Że już o przypadkach totalnego stoczenia się, a nawet choroby psychicznej nawet nie wspomnę. Mój wuj, który się nigdy nie ożenił, po śmierci babci, którą się opiekował, próbował popełnić samobójstwo…

Istnieją badania stwierdzające, że mężczyźni gorzej znoszą samotność – w przeciągu pierwszych 2 lat po stracie najbliższej osoby umiera znacznie więcej wdowców, niż wdów…

Może więc przestałybyśmy – drogie panie! – wreszcie robić z siebie „nieszczęsne ofiary tego nietolerancyjnego społeczeństwa” i uznały prostą prawdę o tym, że „nie jest dobrze, żeby CZŁOWIEK był sam” (Rdz 2,18)? Nieważne – mężczyzna czy kobieta.

Pan Bóg dał nam dzieci, to da i na dzieci?!

Przykro mi to mówić, ale ludzie, którzy myślą  że „Kościół naucza”, jakoby „chrześcijańska rodzina to co roku pół tuzina”, często są nie tyle wierzący, co po prostu GŁUPI.

 

Zapewne rzeczą piękną jest zdać się i w tej kwestii zupełnie na „wolę Bożą” (jak to czynią niektórzy (nad)gorliwi chrześcijanie, którzy odrzucają wszelkie formy planowania rodziny), ale czasami jest to tylko usprawiedliwienie dla własnej bierności, niewiedzy i bezmyślności.

 

A tego Pan Bóg nie pochwala na pewno. Nie po to dał nam rozum, byśmy nie mieli go używać! Bo jeśliby tak było, to nie powinniśmy np. w ogóle się leczyć („skoro Bóg chce, żebym umarła, to i tak umrę – nie wolno Mu się sprzeciwiać!”) ani szukać pracy („Jak Bóg zechce, to sam DA mi pracę – bez żadnego wysiłku z mojej strony!”).  Notabene, taki pogląd na życie, zwany kwietystycznym, już dawno został przez Kościół odrzucony jako herezja…;)

 

A ja jestem zdania, że Bóg jest mądrym Ojcem i nigdy nie zrobi „za nas” tego, co z powodzeniem moglibyśmy zrobić sami.

 

A i wszystkie dokumenty Kościoła (którymi zresztą wcale nie muszę się sugerować :)) jasno mówią, że małżonkowie przy planowaniu rodziny powinni kierować się nie tylko „wielkodusznością” ale i poczuciem odpowiedzialności – tj.  rozeznaniem co do możliwości zapewnienia dzieciom życia w takiej miłości i godności, na jaką zasługują wszystkie dzieci Boże.

 

Jak wiecie, ja nie jestem „moherowym beretem” (a raczej wręcz przeciwnie…;)), ale pomimo moich nieregularnych cykli od lat z powodzeniem stosuję nowoczesne metody naturalne (Przypominam, że to już od dawna NIE JEST żaden „kalendarzyk małżeński”- KALENDARZYK, DROGIE PANIE, JEST DO BANI!!) i WIEM, że to wcale nie musi oznaczać, że „co rok, to prorok.” I nie mówię tego – jak to niedawno sugerował Onet – „ze strachu przed wyklęciem z ambony” (bo ja w ogóle mało bojąca z natury jestem;)), ale z własnego przekonania. Na razie mam JEDNO dziecko i pewnie długo je jeszcze będę miała (ze względów zdrowotnych).

A swoją drogą, w obliczu widocznego jak na dłoni kryzysu demograficznego w krajach Zachodu coraz większa popularność rodzin typu „no kids” zakrawa na coś w rodzaju zbiorowego samobójstwa…

 

Być może jest grzechem „nie chcieć” mieć dzieci w ogóle (z błahych przyczyn), ale to jeszcze nie oznacza, że należy je płodzić bez opamiętania…

Por. też: „10 mitów na temat NPR.” A wszystkim bardziej zainteresowanym tym tematem polecam książkę „Sztuka naturalnego planowania rodziny” – to najlepsza, jaką kiedykolwiek czytałam…