Zabrania się zabraniać!

Wielokrotnie już na tym blogu dawałam wyraz swoim etycznym wątpliwościom, związanym z techniką zapłodnienia in vitro.

 
Wszyscy już chyba wiedzą, że wolałabym, aby dziecko NIGDY nie stało się „towarem” zamawianym na zasadzie: „Klient płaci i wymaga!” (paradoksalnie jednak sądzę, że przynajmniej części takich nadużyć dałoby się uniknąć dzięki refundacji zabiegów – wydaje mi się, że to częściej ludzie bardzo bogaci mają tendencje do myślenia, że za pieniądze mogą mieć WSZYSTKO, czegokolwiek zapragną…). Niepokoją mnie też ogromne zyski, generowane przez niektóre kliniki. Biorąc pod uwagę, że samo w sobie in vitro jest zabiegiem dosyć prostym technicznie, niekiedy wygląda to na próbę bogacenia się na cudzym nieszczęściu (podobnie zresztą, jak niektóre, absurdalnie długo rozciągnięte w czasie, terapie proponowane przez domorosłych „ekspertów” od NaProTechnologii). Niepłodność to coraz bardziej dochodowy biznes… :(
 
Nadal niezmiennie uważam, że to nie tyle „każdy człowiek ma prawo do dziecka” (sama wcale nie myślę, jakobym takie prawo miała, chociaż mam dzieci…), co każde dziecko ma prawo do wzrastania w kochającej, w miarę możności pełnej, rodzinie. Dlatego życzyłabym sobie, aby dostęp do takich możliwości mieli tylko ludzie żyjący w stabilnych (najlepiej małżeńskich) związkach – ażeby dziecko nie stało się czymś w rodzaju „pieska” zagłuszającego samotność wiecznych singli…
 
Nie tracę również nadziei, że z biegiem czasu cała procedura będzie się coraz bardziej upodobniać do poczęcia siłami natury, gdzie (jak wiadomo) zwykle tylko jeden plemnik zapładnia jajeczko – bez konieczności tworzenia za każdym razem wielkiej liczby „zarodków nadliczbowych”, z którymi potem nie bardzo wiadomo, co zrobić.
 
A z uwagi na ograniczoną (bo około 30-procentową) skuteczność in vitro i fakt, że jednak nie jest to metoda obojętna dla zdrowia kobiety, sądzę, że nie od rzeczy byłoby ograniczyć liczbę refundowanych zabiegów do trzech (jak to jest w wielu krajach świata). Jeśli nie udało się w trzykrotnej próbie, to, prawdopodobnie, niestety, nie uda się już nigdy.
 
Czasami, po prostu, medycyna jest bezradna i nie warto, moim zdaniem, próbować w nieskończoność  i”za wszelką cenę.” Jest przecież wciąż jeszcze na świecie tyle dzieci pozbawionych rodzicielskiej miłości. Im się ona nie należy, bo nie są „biologicznie nasze”?
 
Wszystko to jednak nie oznacza, że chciałabym in vitro zakazywać, a tym mniej – karać za jego wykonywanie.
 
Nie można przecież karać ludzi za NATURALNE pragnienie posiadania dzieci – a lekarzy za to, że, kierując się swoją najlepszą wiedzą medyczną, próbują im w tym pomóc. Jestem przekonana, że Bóg uzdrawia dziś na różne sposoby (także dzięki osiągnięciom nauk przyrodniczych…) – i że to Bóg w każdym przypadku daje życie. Także dzieciom z in vitro.
 
A próba przeforsowania nawet najsłuszniejszych zasad moralnych (które należałoby wpoić w sumieniu) środkami prawnymi wcale nie świadczy, według mnie, o sile naszego Kościoła, tylko o jego słabości. Niechże kapłani mówią do nas tak, byśmy ich słuchali…
 
Nawiasem mówiąc, kiedy o in vitro jako o morderstwie, które winno być bezwzględnie karane, mówi człowiek, który przyznał się do dokonania tysiąca aborcji, to DLA MNIE również zupełnie nie jest wiarygodny. Ci ludzie, których teraz tak ochoczo potępia, desperacko pragną dać życie dziecku – a on to życie niszczył…
 

Ostrożnie! Życie w naszych rękach!
 
Zob też: „Wokół całkowitego zakazu aborcji.”
 
Postscriptum: Irytuje mnie wszakże coraz natrętniej powtarzane w mediach (w ciągu ostatnich czterech dni słyszałam to w TVN24 aż trzy razy!) krzywdzące uproszczenie, w myśl którego „Kościół potępia (lub „odrzuca”) DZIECI poczęte z in vitro.”
 
Nie mogę oczywiście wykluczyć, że ten i ów ograniczony duchowny faktycznie uznaje takie dzieci za złe i grzeszne „z natury” – i szczerze współczuję ludziom, którzy natknęli się na kogoś takiego! – niemniej w przypadku oficjalnego stanowiska Kościoła moralnie „podejrzana” jest sama METODA (technika) – nie zaś jej „efekt finalny” w postaci dziecka.  Ono jest ZAWSZE błogosławieństwem.
 
Posługując się innym przykładem – niewielu chyba jest takich, którzy by sądzili, że gwałt jest dopuszczalnym sposobem powoływania nowych ludzi na świat. Czy to jednak znaczy, że gremialnie, jako społeczeństwo, odrzucamy ludzi poczętych w takich okolicznościach?
 
Albo jeśli jakaś kobieta, zdruzgotana niepłodnością własnego męża, postanowi (bez jego wiedzy – lub nawet za jego zgodą; za opłatą lub bez niej..) skorzystać w celach prokreacyjnych z „usług” innego mężczyzny, jej postępowanie można uznać za co najmniej dwuznaczne, prawda? To jednak chyba nie oznacza, że uznajemy DZIECKOza winne takiej sytuacji?

 

Sprawa sumienia (aptekarza).

Sporo kontrowersji wywołuje ostatnio sprawa tzw. „klauzuli sumienia” dla aptekarzy, na mocy której mieliby oni prawo odmówić sprzedaży środków poronnych i/lub antykoncepcyjnych.

Osobiście uważam, że taka możliwość powinna istnieć – ale tylko jeżeli chodzi o osoby nieletnie (wszak nie sprzedaje im się np. alkoholu, mimo że to przecież NIE SPRAWIA że nie piją, prawda?) oraz o preparaty, które RZECZYWIŚCIE mają działanie poronne.
Z faktu, że każdy ma prawo kupić sobie rewolwer i zastrzelić się z niego, jeśli chce, nie wynika jeszcze, że to JA koniecznie muszę mu go sprzedać – jak to mądrze napisał Szymon Hołownia.  Nawet, gdybym przypadkiem pracowała w sklepie z bronią. :)
Natomiast te panie farmaceutki, które w programach katolickich opowiadają, żeWSZYSTKIE bez wyjątku środki antykoncepcyjne niszczą życie poczęte, dają tylko dowód swego niedouczenia i kompromitują samą ideę. Użycie prezerwatywy to (z punktu widzenia katolika) może i grzech, ale na pewno nie zbrodnia!
Warto też dodać, że przecież wiele specyfików hormonalnych (jak np. Diane, których to pigułek niegdyś sama używałam z przepisu lekarza), ma, oprócz efektu antykoncepcyjnego, działanie terapeutyczne, które czyni je dozwolonymi także dla katolików. A mówić, że „mogą one niekiedy wykazywać również działanie poronne” to jakby twierdzić, że nóż kuchenny może posłużyć także do popełnienia morderstwa. Jest to niewątpliwie prawda – tak się czasem zdarza – tylko czy to dostateczny powód, by nie sprzedać komuś noża?:)
Z drugiej jednak strony, często przywoływana w tej dyskusji argumentacja typu: „jeśli ktoś zdecydował się być farmaceutą, to wiedział, na co się decyduje” – wydaje mi się równie fałszywa jak: „jeśli jesteś żołnierzem, musisz pogodzić się z tym, że będziesz strzelał do bezbronnych kobiet i dzieci” lub „to oczywiste, że jeśli jesteś aktorką, musisz ściągać majtki na każde życzenie reżysera.”
Sądzę, że KAŻDY człowiek, w dowolnych okolicznościach (może z wyjątkiem sytuacji bezpośrednio zagrażających życiu i zdrowiu innych ludzi) powinien mieć prawo odmówić działań sprzecznych z jego sumieniem. Inna sprawa, czy aby nie dożyliśmy już takich czasów, że chrześcijanie, jak w pierwszych wiekach, powinni rozważyćWYCOFYWANIE SIĘ z pewnych zawodów?

Bienvenue dans ma réalité!

Pewna Czytelniczka (która, broń Boże, „nie ma nic przeciwko mnie”;)) napisała mi tu niedawno, że „muszę być w centrum uwagi, inaczej usycham.”

Jak widać, nie umarłam.:)  Żyję i walczę o przetrwanie w świecie odległym od tej wirtualnej rzeczywistości o całe lata świetlne.

Jestem obecnie (mam nadzieję, że tylko chwilowo) „jedyną żywicielką rodziny” – bo, jak wiadomo, mamy kryzys i nikt jakoś nie potrzebuje rozlicznych talentów mojego ukochanego Męża (ale być może i to jest nieodłączną częścią szczęścia posiadania go…) – i często mówię, że tłumaczka ma sporo wspólnego z prostytutką: obydwie muszą liczyć na klientów… 🙁

A propos: ostatnio odezwał się do mnie jeden z moich, powiedzmy, dawnych internetowych znajomych, z propozycją tzw. „bezinteresownej pomocy.”

I…nie odmówiłam, choć mam poważne i uzasadnione wątpliwości, czy dla tego akurat człowieka słowo „bezinteresowność” oznacza to samo, co dla mnie.

Wiem, że sama mogę się obejść bez wielu przedmiotów (mimo że mój „książkowy nałóg” wręcz boleśnie domaga się zaspokojenia – i mam tylko nadzieję, że to nienasycone pragnienie posiadania zawsze „jeszcze tylko kilku” książek nigdy nie popchnie mnie do robienia rzeczy, których potem musiałabym się wstydzić…:( ) – jednak tam, gdzie chodzi o potrzeby mojego synka, nie potrafię już być taka zasadnicza. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie mi za tę nieoczekiwaną pomoc zapłacić samą sobą. 🙁 Ot, życie.