Elegia na śmierć ONZ.

Przy okazji niedawnych tragicznych wydarzeń w Tunezji doszłam do dwóch bardzo (po)ważnych wniosków. Po pierwsze, z całą mocą po raz kolejny dotarło do mnie, jak miałkimi w istocie informacjami na co dzień karmią nas media w sytej i bogatej (jeszcze) Europie. Patrz mój poprzedni post.

W różnych miejscach globu toczą się wojny, niemal codziennie dochodzi do zamachów terrorystycznych, miliony ludzi nie mają dostępu do wody, edukacji, leków i pożywienia – ale wszystko to nic, w porównaniu ze „skandaliczną” wypowiedzią pary słynnych projektantów, którzy mieli czelność powiedzieć, że dzieci biorą się z mamy i taty.

Wypowiedź ta nie tylko stała się „newsem dnia” prawie na całym świecie, ale też okazała się sprawą na tyle ważną, że premier polskiego rządu zdecydowała się zająć stanowisko (choć, jako żywo, obaj panowie nie są naszymi obywatelami).

To samo zresztą można zauważyć, jeśli chodzi o stosunek Europejczyków do putinowskiej Rosji. Przed i w trakcie olimpiady w Soczi, gdy już trwała tragedia Ukrainy, właściwie jedyne protesty dotyczyły tego, że JE Władimir Władymirowicz nie traktuje tak, jak należy swoich homoseksualnych poddanych. Cała reszta, jak np. powszechna przemoc, alkoholizm, brak wolności słowa czy też więźniowie polityczni, już nawet o zajęciu cudzego terytorium nie wspominając, nie zasługuje na tak powszechną uwagę.

I czasami zastanawiam się, czy nie ma to aby na pewno żadnego związku z faktem, że imperium Putina może się poszczycić najwyższą na świecie liczbą legalnych aborcji – corocznie około miliona.(Organizacje pozarządowe alarmują jednak, że tzw. „aborcji niezarejestrowanych” może być wielokrotnie więcej – swego czasu Onet.pl informował, że może być nawet od 5 do 12 (sic!) milionów tego typu zabiegów, o których władze nie mają pojęcia.)

A przecież wiadomo, że w opinii postępowych Europejczyków możliwość uśmiercenia płodu według własnego uznania jest bodaj najważniejszym spośród wszystkich praw człowieka – i jeśli  Polskę, gdzie tego prawa praktycznie nie ma, tak chętnie nazywa się tylko z tej racji „piekłem kobiet” – to Rosja musi im się chyba jawić jako „raj”?

I to zupełnie niezależnie od tego, że miliony Rosjanek doświadczają przemocy ze strony swoich partnerów – a kolejne miliony – przedwczesnego wdowieństwa z powodu zapicia się tychże. Nie bez przyczyny mówi się w Rosji, że „mężczyzna idealny” to taki, który nie pije i nie bije – to chyba niezbyt wygórowane wymagania, prawda? (A i tak w tym coraz bardziej wyludniającym się ogromnym kraju niemal równie popularne w dalszym ciągu jest powiedzenie: „niechby pił, niechby bił – byleby był!”)

A po drugie, zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim, co się obecnie dzieje na świecie, podziała się ONZ? Ktoś wie w ogóle, jak się nazywa obecny Sekretarz Generalny tej organizacji? Ja to wiem, bo sprawdziłam przed przystąpieniem do pisania tego tekstu: nazywa się otóż Ban-Ki Moon i pochodzi z Korei Południowej. Niewiele więcej można o nim powiedzieć, ponieważ wzmianki o jego działalności (?) nader rzadko pojawiają się w światowych mediach.

W ogóle mam wrażenie, że ONZ nie poradziła sobie z przemianami, jakie zaszły w świecie po roku 1989 (podobnie jak jej poprzedniczka, Liga Narodów, nie przetrwała „kryzysu” późnych lat 30 XX w. i II wojny światowej). Być może sama idea pokojowej współpracy między narodami i globalnego rozwiązywania problemów jest szlachetna i piękna (jak to zazwyczaj z ideami bywa), ale próby wcielania jej w życie są, jak dotąd, niezbyt udane.

Dopóki świat był podzielony, z grubsza rzecz biorąc, na dwa wrogie „obozy”, sytuacja była prostsza – dzięki strukturom ONZ mogły się one wzajemnie trzymać w szachu i tak utrzymywać swoisty „pokój w stanie wojny”. Ale kiedy upadł komunizm, wszystko znacznie się skomplikowało i pojawiły się zupełnie nowe wyzwania (jak choćby rosnący w siłę islamski terroryzm), na które Narody Zjednoczone zupełnie nie były przygotowane.

Jaskrawym przykładem tego jest choćby fakt, że pomimo jawnego naruszania zasad, na których miała się opierać ta organizacja (podam dla przykładu tylko dwie z nich: „rozwiązywanie sporów środkami pokojowymi” oraz „powstrzymanie się od groźby użycia siły lub użycia jej w sposób nieuzgodniony z celami ONZ”) Rosja NADAL nie została wykluczona z Rady Bezpieczeństwa ONZ (i prawdopodobnie nigdy nie zostanie). Mówiąc najprościej: o sprawach „światowego pokoju” decyduje facet, który właśnie prowadzi wojnę z sąsiednim państwem…

Zwiększyła się również liczba grup interesu i nacisku, które mogą znacząco wpływać na kierunki jej rozwoju – dość przypomnieć niesławną sprawę ogłoszenia przez Światową Organizację Zdrowia „pandemii” grypy, której nie było (wcześniej w tym celu zmieniono samą definicję pandemii, najprawdopodobniej pod naciskiem wielkich koncernów farmaceutycznych) czy też Konferencję na temat Kobiet w Pekinie (1995) – kiedy to z kolei zaznaczył się przemożny wpływ radykalnych organizacji feministycznych (wówczas to po raz pierwszy dokumentach oficjalnych padło słowo„gender”), który można obserwować po dziś dzień.

Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że jedyne obszary, w których ONZ przejawia jeszcze jakąkolwiek aktywność, to właśnie wspomniane kwestie „praw reprodukcyjnych” (przede wszystkim nawoływanie do zapewnienia wszystkim i wszędzie dostępu do antykoncepcji, aborcji i edukacji seksualnej – tu poczynając już od 4. roku życia) oraz wzywanie „na dywanik” Kościoła katolickiego w sprawie pedofilii.

Były też pionierskie próby twórczego połączenia obydwu tych głównych obszarów zainteresowania w jedno, np. wtedy, gdy przedstawiciel Watykanu przy ONZ ośmielił się dowodzić, że więcej kobiet na świecie wciąż jeszcze umiera z powodu braku dostępu do antybiotyków, środków opatrunkowych, czystej wody i właściwej opieki okołoporodowej, niż (jak brzmi wersja oficjalna) z powodu „braku dostępu do bezpiecznej i legalnej aborcji.” Lewicowe organizacje po tej wypowiedzi dosyć głośno domagały się, by pozbawić Watykan statusu państwa-obserwatora…

Nie usłyszycie natomiast – przynajmniej ja nie usłyszałam – żadnej oficjalnej wypowiedzi przedstawicieli ONZ na przykład na temat: zamachów terrorystycznych, takich, jak ostatnio w Tunisie, czy wcześniej w Paryżu; prześladowania chrześcijan, Żydów i jazydów oraz niszczenia bezcennych dóbr kultury przez Państwo Islamskie (a kiedyś była też taka organizacja, jak UNESCO…); wojen w Republice Środkowoafrykańskiej i Syrii, czy też domniemanego udziału pracowników jednej z agend ONZ w aferze pedofilskiej (coś takiego kiedyś obiło mi się o uszy).

Już nawet nie wspominając o tym, o czym odważyła się opowiedzieć w jednym z wywiadów Janina Ochojska: że ludzie rzeczywiście zajmujący się pomocą humanitarną czasami są wręcz niezadowoleni, gdy na miejsce przybywa jakiś przedstawiciel ONZ. Po prostu dlatego, że często ci ludzie mają o wiele wyższe wymagania, dotyczące np. bezpieczeństwa, warunków zakwaterowania i wyżywienia, niż można im zapewnić na miejscu. Nie dość więc, że w niczym nie pomagają, to jeszcze trzeba się nimi ciągle opiekować jako „dostojnymi gośćmi…”

Ale wydaje mi się, że agonia tej niemal 70-letniej organizacji zaczęła się już nieco wcześniej. Być może już podczas wojny w byłej Jugosławii (1992-1995), kiedy to żołnierze sił pokojowych bezczynnie przyglądali się czystkom etnicznym, lub nieco później, w Rwandzie, gdzie masakra około 800 tysięcy ludzi również odbywała się na oczach zupełnie biernych żołnierzy w błękitnych hełmach (ale oczywiście zawsze łatwiej jest oskarżać o rzekomy „współudział” tamtejszy kler katolicki, niż uderzyć się we własne piersi…).

I tutaj nasuwa się dosyć oczywiste pytanie – na co komu takie „wojsko”, które nie potrafi nawet (bo nie ma takich uprawnień!) obronić bezbronnych w sytuacji zagrożenia? I czy naprawdę musimy w dalszym ciągu utrzymywać taką półmartwą organizację?

ONZ-150x150

Na zdjęciu: Sala Zgromadzenia Ogólnego ONZ. (Źródło: tvp.info)

A w tym wszystkim, oczywiście poza ofiarami, najbardziej mi szkoda zwykłych Tunezyjczyków, dla których te zamachy mogą oznaczać ruinę gospodarczą ich kraju, nędzę i bezrobocie – a to z kolei najskuteczniej może ich pchnąć w objęcia islamskich ekstremistów, jak to już dawno zaobserwował mój brat, który służył w Iraku: „Tacy ludzie mogą myśleć sobie: ja osobiście nie mam nic przeciw Europejczykom, ale jeśli nie przystanę na propozycję dokonania tego zamachu, to kto wyżywi moją rodzinę?!” – tłumaczył mi.

***

Kiedyś czytałam książkę ks. Marka Rybińskiego (1977-2011) „Zapiski tunezyjskie.” Nie będę ukrywać, że kupiłam ją przede wszystkim dlatego, że rzecz dotyczy młodego salezjanina, mniej więcej w wieku mojego P. Ale okazuje się, że jest ona niezwykle aktualna także dzisiaj, kiedy to oczy całego świata zwracają się na ten śródziemnomorski kraj.

W tych bardzo osobistych notatkach (które nigdy nie miały być przeznaczone do publikacji – chwała jednak salezjanom, że na nią zezwolili) ks. Marek opowiada o realiach codziennego życia w Tunezji, zwracając uwagę na trudności w byciu tam kapłanem (salezjanie, prowadzący nam szkołę, muszą występować jako osoby świeckie) – ale i na wielką serdeczność i otwartość tamtejszych ludzi. Wspomina na przykład, jak to pewnego razu naszła go nieprzeparta ochota na drinka (ach, ci mężczyźni!:)). Ale co tu zrobić, wokół sami muzułmanie, dla których alkohol w jakiejkolwiek formie to szatański wynalazek. I nawet gdyby to było możliwe, to przecież nie będzie pił do lustra, w ukryciu, jak jakiś alkoholik…

Zwierzył się z takich myśli zaprzyjaźnionym ze szkołą Tunezyjczykom – i ze zdziwieniem usłyszał, jak jeden z nich mówi do innych: „Wy, to wy, bracia – ale JA nie jestem wierzący, więc mogę się z nim napić!”:)  Zdziwiłem się, pisze, że nawet w kraju islamskim, jakim niewątpliwie jest Tunezja, możliwe jest tak otwarte przyznawanie się do własnego zdania w kwestiach religijnych.

A jednak właśnie w tej otwartej Tunezji, gdzie zyskał tak wielu przyjaciół, ksiądz Rybiński (na zdjęciu poniżej) znalazł straszną śmierć. Morderca, który był winien zakonnikowi jakieś pieniądze, najpierw zadźgał go nożem, a następnie odciął mu głowę, aby upozorować zbrodnię na tle religijnym…

„Wybaczcie nam! – mówili Tunezyjczycy na jego pogrzebie. – Tunezja nie jest TAKA!”

A więc jaka jest? Nie wiem.

Tunezja

Wieści gminne…i inne.

Niepostrzeżenie przeminęło lato, a wraz z nadejściem jesieni nadchodzą wielkie zmiany – tak na moim własnym podwórku, jak i w świecie, który mnie otacza.

I nie mogę powiedzieć, bym się nie cieszyła (jak niektórzy) z nominacji premiera Donalda Tuska  na szefa Rady Europejskiej. Przeciwnie, wydaje mi się, że to wielki splendor dla Polski (a ja jestem z duszy, serca patriotką, mimo że nie lubię uderzać w martyrologiczne tony) – chociaż mam niejasne wrażenie, że akurat tym razem to stanowisko to był pewnego rodzaju „gorący kartofel”, którego nikt nie chciał w związku z napiętą sytuacją międzynarodową.

Bo Unia ewidentnie nie wie, jak sobie poradzić z mocarstwowymi zapędami Władimira Putina, a może nawet radzić sobie wcale nie chce – byle nasza chata z kraja… Byle TUTAJ panował spokój, dobrobyt i „prawa człowieka” rozumiane zresztą coraz częściej dość wąsko jako tzw. „prawa reprodukcyjne”, seksualne, czy eutanazyjne.

W tej ostatniej kwestii znowu zadziwili mnie kroczący zawsze w „awangardzie postępu” Belgowie, którzy miłosiernie zezwolili na eutanazję skazanemu na dożywocie mordercy, żeby się już nie męczył w więzieniu, biedaczek… Czyż nie jest to doskonała ilustracja mojej teorii o istnieniu „równi pochyłej”, w myśl której stopniowo zaczynamy rozszerzać „dobrodziejstwo wspomaganego samobójstwa” (w przeciwieństwie do tej brzydkiej, złej i niehumanitarnej kary śmierci) na przypadki, które początkowo miały nie mieć z nim nic wspólnego?Na osoby chore psychicznie, dzieci, a teraz na kryminalistów…A dowiaduję się, że w kolejce po tę łaskę czeka już w Belgii kilkunastu innych osadzonych. Proszę mi wierzyć, ja ROZUMIEM dolegliwość dożywotniego pozbawienia wolności – ale zawsze mi się wydawało, że to cierpienie to konsekwencja ich własnego działania (inaczej, niż nieuleczalna choroba) – i element kary?

Oby więc tylko NAS tutaj nie dopadło jakieś embargo, czy wirus Ebola, byle można było w spokoju zajarać  trawkę (professoressa Środa już dawno stwierdziła, że dla niej osobiście wolność palenia konopi jest ważniejsza, niż jakaś tam wydumana „wolność sumienia i wyznania”), przerwać ciążę czy zawrzeć związek partnerski – to nam i chwatit’…

Nawiasem mówiąc, tych dwóch homoseksualnych panów, którzy pokazali, w jaki sposób można rozwiązać swoje osobiste problemy bez jakiejś wielkiej rewolucji obyczajowej i bez uciekania się do pomocy jakiegoś „Wielkiego Brata” (państwa), zasłużyło sobie na mój najwyższy szacunek. Zawsze uważałam, że większość rzeczywistych problemów, z którymi rzeczywiście borykają się w Polsce różnego typu pary nieformalne, da się rozwiązać na gruncie istniejącego prawa, bez tworzenia jakichś szczególnych instytucji „paramałżeńskich.”  (Por.„Co naprawdę myślę o związkach partnerskich?”) Tak trzymać, panowie!

A ja się z tym jakoś nie umiem pogodzić – i dlatego ostatnio wysłałam P. razem z dziećmi na marsz w obronie chrześcijan (i jazydów) prześladowanych przez tzw. „państwo islamskie” w Iraku. Wprawdzie nie bardzo wierzę w rzeczywistą skuteczność takich protestów (o czym poniżej) – ale liczy się nawet samo poparcie dla szczytnej idei.

W ogóle jestem zatroskana o stan współczesnej demokracji, w której – jak mi się wydaje – opinia kilkudziesięciu czy kilkuset „mędrców”, którzy rzekomo wiedzą lepiej, w jakim kierunku świat powinien podążać, staje się ważniejsza, niż życzenia milionów obywateli. Dowodem na to są smutne losy różnego typu inicjatyw obywatelskich, tak na terenie Polski, jak i w Unii Europejskiej. (Jak choćby masowy sprzeciw rodziców przeciw założeniom najnowszej reformy edukacji – projekt, poparty przez milion osób, w naszym Sejmie wrzucono do kosza nawet bez czytania…).

Dlatego nie wierzę, by – podobnie, jak 75 lat temu w przypadku Polski zaatakowanej przez Hitlera i Stalina – Unia, NATO czy ONZ zrobiły cokolwiek w sprawie Syrii, Iraku i Ukrainy. Skończy się tak samo, jak wtedy – na wyrażeniu ubolewania, ewentualnie na raczej nieznacznej pomocy humanitarnej… Równie nieruchawa przedwojenna Liga Narodów zdobyła się przynajmniej na symboliczne wykluczenie  III Rzeszy ze swoich szeregów – Rosja Władimira Putina zdaje się nie musi się obawiać nawet wyrzucenia z ONZ (jeśli ktokolwiek na świecie liczy się jeszcze z tą organizacją) I Władimir Władymirowicz, jak sądzę, świetnie zdaje sobie z tego sprawę.

W ramach więc całkiem prywatnego sprzeciwu wobec rosyjskich szykan mój mąż produkuje cydr na szafie…Przynajmniej tak twierdzi.

A Unię Europejską, mam wrażenie, ogranicza i paraliżuje także zasada jednomyślności państw, która utrudnia pojęcie jakiejkolwiek szybkiej, wspólnej decyzji  – jest to, notabene ta sama zasada, która pod nazwą liberum veto doprowadziła ongiś do upadku I Rzeczypospolitej (co powinno dać do myślenia co niektórym unijnym włodarzom).

Dlatego w ostatnich wyborach uzupełniających do Senatu, które odbyły się niedawno w naszym okręgu, postanowiłam przeprowadzić pewien eksperyment i zagłosować na kandydata, który zachwalał „demokrację bezpośrednią” – idea to zawsze mi bliska, choć nie jestem pewna, czy akurat polski Senat (którym tak naprawdę nikt się nie interesuje) jest właściwym miejscem do jej promowania.

I szczerze mówiąc, nie zraziło mnie nawet i to, że (jak zazwyczaj) ze swoimi poglądami znalazłam się w mniejszości. Być może społeczeństwo u nas jeszcze „nie dojrzało” do takiej formy rządów, jak w Szwajcarii. Poza tym, pocieszam się, że od wieków ci mądrzy stanowią mniejszość w każdym społeczeństwie. 🙂

A oprócz tego…czytałam sobie któryś z ostatnich „Wprostów” , jako matka świeżo upieczonego pierwszoklasisty, muszę się zgodzić z tezą, że w zderzeniu ze SZKOŁĄrodzice, choć przecież są ludźmi dorosłymi i nierzadko dobrze wykształconymi, bardzo łatwo dają się wpychać w rolę karconych „uczniów”, zamiast stawać zawsze po stronie własnych dzieci.

Tymczasem najnowsza reforma edukacji często powoduje przerzucenie ciężaru nauczania najmłodszych z pedagogów na rodziców właśnie – bo prawda jest taka, że przeciętny 6-latek po prostu NIE JEST W STANIE skupić się na lekcjach czy zadaniu domowym jednorazowo dłużej, niż 15-20 minut. I niczego tu nie zmieni przypominanie, że „rodzice powinni” (rzekomo) więcej pracować z dzieckiem w domu, zadawanie maluchom niekończących się szlaczków i „słupków” czy nawet prośby niektórych rodziców (sic!), żeby zadawać raczej jeszcze więcej, niż mniej, ponieważ dzieci… (cóż to za oporny materiał, nieprawdaż?) po prostu nie chcą współpracować..

W omawianym artykule znalazłam bardzo mądrą radę – żeby na takie nagabywania ze strony nauczycieli po prostu odpowiadać w stylu: „Szanowna pani, gdybym chciała uczyć swoje dziecko samodzielnie (go czego zresztą, jak sądzę, mam wystarczające kompetencje), zapisałabym je do edukacji domowej!”

Pomysł wydaje się przedni – ale kto z Państwa (pytam Czytelników posiadających dzieci!) się na to poważy?:).

Niestety, w tym samym numerze „Wprost” (które to pismo bezsprzecznie jest obecnie lepsze, niż Lisowy „Newsweek”, który dawniej bardzo lubiłam) znalazłam też wyjątkowo zjadliwy artykuł red. Magdaleny Rigamonti o prof. Chazanie. Jak zwykle, w samym tekście, jak i w komentarzach do niego padło wiele słów o „bezprzykładnym okrucieństwie” lekarza, który odmówił kobiecie aborcji (nawiasem mówiąc, aborcji dziecka poczętego in vitro, a te, jak nam usilnie wbijano w głowę, są ZAWSZEupragnione, a cały ten biznes nie ma z aborcją absolutnie NIC wspólnego…). A ja się zastanawiam, jak bardzo trzeba być wyzutą z empatii, żeby czyjeś śmiertelnie chore dziecko nazwać pogardliwie „żywym trupkiem”?

(W pewnym sensie, droga pani redaktor, WSZYSCY jesteśmy tylko „żywymi trupami” aż do śmierci – pani również…)

Zmroziło mnie to (jako osobę niepełnosprawną i w ciąży- ciekawe, jak sama mogłabym zostać nazwana w takim felietonie? „Pokurczem”? „Pokraką”?) bo dotąd uważałam red. Rigamonti za dość wyważoną osobę. Jak to się jednak można pomylić…

 

Kilka myśli na Boże Narodzenie.

Ta „antybożonarodzeniowa histeria”, którą obserwuję co roku (niekiedy nawet po tym można rozpoznać, że zbliżają się chrześcijańskie Święta końca roku…) czasami przybiera formy wręcz groteskowe, a czasami zabawne.

Jak wtedy, gdy czytam, że w Święta w TV odbędzie się debata „środowisk mniejszościowych” (np. feministki, rabina i członka Green Peace’u) nad tym, jak należy ZMIENIĆ (oni na to mówią: „przekonstruować” ) nasze dawne tradycje, żeby stały się wreszcie akceptowalne dla wszystkich. (Pytanie: czy TRADYCJA może być naprawdę „nowa”?)

Jak wtedy, gdy w Wielkiej Brytanii zakazano oficjalnego używania słowa „Christmas” (i pokrewnych mu wyrażeń), stare, dobre określenie „B.C.” zastępuje się przez B.C.E. („before common era” – a jakaż ona, przepraszam, „powszechna”? Muzułmanie mają swoją rachubę czasu, i Żydzi, i Chińczycy…) – a poczta Stanów Zjednoczonych wypuściła serię znaczków okolicznościowych ze „świętami grudniowymi” różnych religii – z nazwy wymienia się na nich np. Chanukę, ale Boże Narodzenie ma symbolizować domek z piernika (bez żadnego napisu).

Internauci ironizują, że w tym roku z okazji Świąt należy sobie życzyć… szczęśliwego piernikowego domku!

Jak wtedy, gdy oficjalny kalendarz szkolny dla uczniów z krajów UE wymieniał wszystkie możliwe święta (włącznie z tymi obchodzonymi przez buddystów i hinduistów), ale „zapomniał” o tak niszowych w Europie uroczystościach, jak Boże Narodzenie i Wielkanoc…

I jak wtedy, gdy holenderską tradycją bożonarodzeniową „Zwarte Piet” (Czarnego Piotrusia) – postacią niesfornego pomocnika Św. Mikołaja z usmoloną twarzą i kręconymi włosami – zainteresował się (oczywiście w negatywnym kontekście, bo jakże by inaczej) sam urząd Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka.

A stojąca na czele tego zacnego urzędu Jamajka Verene Shepherd orzekła, że dziwi się Holendrom, iż nie dostrzegają w Czarnym Piotrusiu „powrotu do niewolnictwa niegodnego XXI w.”. I zasugerowała, aby to święto skasować (sic!) – a w każdym razie poprzestać na Świętym Mikołaju…

I tu spotkała ją niespodzianka – bo oto Holendrzy, modelowo zlaicyzowane społeczeństwo, gremialnie ujęli się za bohaterem swojej narodowej tradycji. Ba, w obronie Piotrusia wystąpił nawet sam premier tego kraju, stwierdzając filozoficznie: „No, cóż – wygląda na to, że Czarny Piotruś jest czarny – i nic na to nie poradzimy!”

Podobnie – zupełnie dobrze mają się w Europie tradycyjne jarmarki bożonarodzeniowe, pomimo nieustających prób zastępowania tej nazwy jarmarkami „zimowymi” czy wręcz „sezonowymi.”

No, tak – wszystko to bardzo pięknie, czekam tylko, kiedy taka „dekonstrukcja” (w duchu świętej poprawności politycznej) dotknie także inne święta, jak np. wspomnianą już Chanukę czy Ramadan…

I, z tego co mi wiadomo, nigdzie na świecie nie ma PRZYMUSU obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia – o jakiej więc „dyskryminacji” niechrześcijan właściwie mówimy?

Inna rzecz, że nasze czasy, które starają się usilnie „wyprać” te Święta z wszelkiej duchowości (i uczynić je „świętem błogosławionej komercji”:)) zrobiły z nich już w dużej mierze święta pielęgnowania więzi rodzinnych – dobre i to.

I tak sobie myślę, że większość tych wpisów w Internecie w rodzaju: „Jak ja nienawidzę tych WASZYCH Świąt!” (które zawsze w tym czasie mnożą się jak grzyby po deszczu) – wynika nie tyle z wojującego ateizmu, co z jakiejś wielkiej samotności piszących.

Bo najsmutniej robi się wtedy, gdy już nawet nie ma czego pielęgnować…

Dlatego, chociaż wszelka „poprawność polityczna” jest mi dogłębnie obca – życzę na te Święta, „kiedy się łączy Niebo z Ziemią, sprawy Boskie – ze sprawami ludzkimi”, i sobie, i Wam, moi Czytelnicy, abyśmy przez te kilka dni w roku stali się choć odrobinę bliżsi nie tylko tajemnicy Boga, ale także, po prostu, sobie nawzajem.