Gorzka “Czekolada…”

Słynny francuski film jest, przyznaję, nie pozbawiony pewnego wdzięku: oto szlachetna Vianne (niemal tak słodka, jak ów tytułowy smakołyk..), którą bez wielkiej przesady można byłoby nazwać “dobrą czarownicą”, leczy ludzkie dusze przy użyciu czekoladowych specjałów – a jednak tuła się po świecie wraz z córką Anouk, przepędzana z miejsca na miejsce przez nietolerancyjnych tubylców.

I kiedy trafia do kolejnego miasteczka, okazuje się że i tam (jak wszędzie) sama przemoc, smutek i zakazy – jednym słowem, KATOLICYZM.   Dopiero pojawienie się w tym świecie naszej dobrej wróżki wprowadzi w tę zatęchłą atmosferę nieco życia i radości…

Wszystko to pięknie, tylko że… ten obraz jest mocno zafałszowany – może dlatego, by na tym ponurym tle gwiazda słodkiej Vianne świeciła tym jaśniej. (Przykład pierwszy z brzegu: nigdy nie słyszano, by gdziekolwiek jedzenie czekolady – nawet w Wielkim Poście! – uważano za grzeszne i zakazane, jak sugeruje ten film. Co więcej: w “arcykatolickiej” Hiszpanii damy aż tak bardzo przepadały za tym słodkim przysmakiem, że kazały go sobie przynosić nawet do kościoła. No, chyba, że “czekolada” jest tutaj tylko metaforą wszelkich radości życia, rzekomo zakazanych katolikom…) A może to po prostu z powodu tradycyjnej francuskiej fobii antychrześcijańskiej? Bo występuje tu klasyczny, czarno-biały podział świata: złe jest (z definicji) wszystko to, co katolickie – natomiast dobre to, co wolnomyślicielskie…

Jest to zresztą częsty problem filmowców, że jeżeli już gdzieś pojawia się temat chrześcijaństwa (a już na pewno – katolicyzmu) – to prawie zawsze w kontekście jakiegoś wewnętrznego smutku, skostnienia, niemocy, czy wręcz zbrodni (to w kryminałach i thrillerach :)), które mogą zostać przezwyciężone dopiero dzięki interwencji kogoś “z zewnątrz” (“Czekolada”, “Zakonnica w przebraniu”, “Nie jesteśmy aniołami”, “Znaki”, “Trzeci cud” – i tak dalej, i tak dalej…).

Inne religie natomiast są – jak mi się wydaje – traktowane przez X Muzę z większym szacunkiem, zaciekawieniem i sympatią (Zob. np. “Mały Budda” czy “Przygody rabina Jakuba”).

Jakoś nie mogę sobie wyobrazić filmu, w którym taka wyzwolona Vianne przyjechałaby do – odmalowanej w podobnie czarnych kolorach – wioski żydowskiej czy muzułmańskiej…Toż zaraz podniósłby się krzyk na co najmniej pół świata…