Życie o obniżonej wartości?

W katalogu moich licznych lęków nie ma (na szczęście!) tego jednego, który tak często towarzyszy przyszłym matkom: że moje dziecko będzie chore lub niepełnosprawne.

 

Naturalnie, chciałabym, żeby z maluszkiem było wszystko w porządku – ale, jeśli będzie inaczej, to…też żadna tragedia! Będę kochała je tak samo… I myślę, że P. też.

 

Bo, w przeciwieństwie do ideologów „aborcji z litości” („Lepiej zabić, niż miałaby się urodzić nieszczęśliwa kaleka!” – lepiej…dla kogo?), ja WIEM, że życie osoby niepełnosprawnej również może być pełne i szczęśliwe – pod warunkiem, że jest się kochanym.

 

I kto, do jasnej Anielki, może mi mówić, że moje życie jest „mniej warte” np. od życia hollywoodzkiej aktorki, zmagającej się ciągle z alkoholizmem, anoreksją czy narkomanią, albo od życia Michaela Jacksona, który kryje się przed światem, ponieważ twarz mu się rozłazi w szwach? No, i kto tu jest naprawdę nieszczęśliwy?

 

Już nawet nie wspominając o tym, że jeśli „społeczeństwa rozwinięte” będą nadal planowo eliminować spośród siebie osoby stare, chore lub niepełnosprawne, to ich strach przed nimi będzie coraz większy. Przecież wiadomo, że ludzie najbardziej boją się tego, czego nie znają…

 

Nic trwałego poza Tobą…

Smutny dzień. Żałoba narodowa po wypadku autokaru we Francji – a ja najniespodziewaniej w świecie straciłam pracę, przekonując się po raz kolejny w życiu, że nie mam niczego, co bym mogła na tej ziemi uważać za niezmienne i trwałe…

Wczoraj w nocy modliłam się znowu o to, by nas Bóg nie opuszczał – nawet, jeśli my opuściliśmy Jego. Ludzie nas potępią i wyszydzą (ostatnio sama doświadczam tego szczególnie boleśnie – już nie jestem tylko „fałszywa i zakłamana”, ale także mam „chorą wyobraźnię” i potrzebuję pomocy psychologa…)- ale On „nie patrzy na sposób ludzki” – i wie, że nigdy nie przestałam Go kochać…

Dlatego będę się modlić mimo wszystko – mimo, że być może nie mam nawet najmniejszego prawa, aby wspominać o Bogu, mimo, że może już sama modlitwa jest w moich ustach bluźnierstwem i grzechem. Muszę się modlić  nawet w ciemności, bez nadziei na wysłuchanie. Muszę się modlić po prostu po to, żeby naprawdę nie zwariować. Piekło to życie bez Boga…bez Boga… bez Boga…

Wczoraj znowu pytałam P. (który to już raz?), czy jeszcze w Niego wierzy. Bo kiedyś mój spowiednik zapytał mnie, czy naprawdę chcę spędzić całe życie z kimś, kto będzie niewierzący. Nie, nie chcę. Ja nie chcę, żeby on był naprawdę niewierzący! (Podobno tylko 2% spośród kapłanów, którzy odchodzą, rzeczywiście traci wiarę…)

Bo jeśli stracimy wiarę w Boga – to cóż nam pozostanie?

A P. mi odpowiedział: „NIE WIEM!” Szczerze mówiąc, nie zrozumiałam odpowiedzi. Jak można tego nie wiedzieć? I czy naprawdę wiara jest jak świeca, która się może wypalić w człowieku?

Wczorajsza tragedia, jak zawsze, prowokuje do pytań w stylu: „Gdzie był Bóg, kiedy to się zdarzyło?” A mnie się wydaje, że był tam, z tymi ludźmi – i teraz jest z ich bliskimi. Bo On jest wszędzie tam, gdzie Jego dzieci cierpią i umierają – On cierpi razem z nimi.

I naprawdę głęboko w to wierzę, chociaż  – tak jak Staff – „nie wiem nawet już, czy Bóg jest ze mną…”

Dalekie echa przeszłości.

Dokądkolwiek pójdę, moja PRZESZŁOŚĆ pójdzie za mną. A przecież tak chciałam uciec przed nią, ukryć się i schować…

Odezwał się Wiesiek, chłopak, z którym spędziłam trzy lata, trzy długie lata w beznadziejnym czekaniu na miłość i małżeństwo – albo chociaż narzeczeństwo.

Odezwał się, bo jego rodzina uważa, że byłoby dobrze, gdyby miał ze mną „zdrowe dziecko” – tak się wyrazili (bo Wiesiek ma dystrofię mięśniową).

Przeraził mnie ten pomysł. Nie rozumiem, czemu miałabym oddać mu dziecko P. – i w imię czego miałoby się ono wychowywać w atmosferze tamtej rodziny, pośród kłótni i przekleństw. Poza tym Wiesiek poniżał mnie i upokarzał już wcześniej – a teraz nareszcie miałby ku temu „prawdziwy” powód. A ja tym razem nie mogłabym nawet pisnąć, bo przecież jestem grzesznicą, „kobietą upadłą”, której wspaniałomyślnie okazano litość. Nie chcę takiej wspaniałomyślności, brrr!

Odezwał się też Jarek, mój ukochany Srebrny Pajączek. I, rzecz dziwna, odezwał się wtedy, kiedy już przestałam go szukać. Kto wie, może dopiero teraz poczuł się chroniony przed moją miłością – teraz, gdy moja historia zatoczyła koło, a jego miejsce w moim sercu (tak długo puste) zajął ktoś inny?

Napisał mi coś w rodzaju: „A mówiłem, że kiedyś będziesz miała dziecko! (rzeczywiście powiedział mi coś takiego przy naszym pierwszym spotkaniu, z tym, że ja wtedy byłam święcie przekonana, że to będzie JEGO dziecko…). Szkoda tylko, że wybrałaś takiego a nie innego ojca – chociaż, z drugiej strony, uważam, że celibat to nienajlepszy pomysł (doprawdy, dziwnie mi zabrzmiały takie słowa w ustach byłego kleryka…:)), choć nie twierdzę, że bym go nie przestrzegał, gdybym się do tego zobowiązał. Ale jeżeli jesteś zadowolona („zadowolona”?! Nie mam pojęcia, czy jestem „zadowolona”! Nigdy się nad tym nie zastawiałam. Wiem tylko, że czasami jestem bardzo szczęśliwa – a czasem wręcz przeciwnie…) to i ja również. Domyślałem się, że tak to się skończy – chociaż przeczucie to jeszcze nie pewność… Nie martw się, wszystko będzie dobrze, choć nie mówię Ci, że będzie łatwo…”

Tyle Jarek. A przecież, gdyby wtedy nie odszedł, gdyby mnie nie zostawił, to… to wszystko by się nie zdarzyło. Nie byłoby dziecka, grzechu ani P.

Bo przecież to właśnie „Jarka”, kogoś takiego, jak Jarek, szukałam w tych wszystkich mężczyznach, przez te wszystkie lata…Nigdy i z nikim nie udało mi się osiągnąć takiego stopnia porozumienia, jak z tym tajemniczym, szarookim chłopakiem, którego ciało zdradzało jakiś profesjonalny trening, długotwały i celowy.

Ale to, co dla mnie było bez mała najważniejszym wydarzeniem życia, dla niego było zaledwie kolejną przygodą w życiu pełnym przygód.

A kiedy go wreszcie odnalazłam – miał już oczy i uśmiech P. I kiedy się do mnie odezwał, odkryłam ze zdumieniem, że już niczego nie czuję…