Marzenia senne.

Jestem grzesznicą. Kocham kapłana i noszę jego dziecko.

A przecież w snach widuję tylko świątynie. Ciemne, ciche kościoły. Pełne dobrych, mądrych i wyrozumiałych księży – takich, jakich w większości miałam szczęście spotykać i w życiu. Widuję młodych, modlących się ludzi, szczęśliwych ludzi…i siebie pośród nich. Siebie, taką, jaką chciałabym być – i jaką byłam…zanim to wszystko się zdarzyło… Lampki wieczne, płonące ciepłym, czerwonym płomieniem. I wiem (we śnie wiem!), że to miejsce jest moim domem, że jestem u siebie.

 

W latach 60-tych TVP wyprodukowała dość przeciętną komedyjkę pt. „Niebo-piekło”, której fabułę można by streścić następująco: „Jak ateista wyobraża sobie życie wieczne?” 🙂 Niemniej bardzo ciekawie została w niej rozwiązana kwestia sądu nad bohaterami (są to pasażerowie autobusu, który uległ wypadkowi). Ludzie znajdują się nagle w czymś w rodzaju kina, w którym każdemu wyświetla się film z jego życia wraz z komentarzem Stwórcy. I okazuje się, że wśród ofiar wypadku znajduje się także dziewczyna „nie najcięższego prowadzenia się” – i współpasażerowie są przekonani, że niechybnie trafi ona do piekła. Tymczasem zza kadru odzywa się głos Stwórcy: „No, dobrze, to są jej czyny – a teraz zobaczmy jej MARZENIA…”

 

I kto wie, może i ja zostanę kiedyś uniewinniona na podstawie tego, za czym tęskniłam i czego pragnęłam?

 

W co wierzy ateista? (część II)

Wszędzie można dziś usłyszeć, że właściwie wszystko, co ludzkość ma wartościowego, zawdzięczamy ateistom: telefony komórkowe, prawa człowieka, mikrofalówki i wolną miłość…

 

Ludzie wierzący natomiast rzekomo przynieśli światu tylko fanatyzm, ciemnotę, wyprawy krzyżowe i Bin Ladena. I aż chciałoby się powiedzieć, że nie odpowiadają jedynie za gradobicie, trzęsienie ziemi i koklusz…

 

Bardzo to piękne, tylko że to po prostu…nie jest prawda!

 

W świecie starożytnym (a także w Średniowieczu) to właśnie Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie stworzyli podwaliny pod kulturę europejską, szkoły i uniwersytety, oraz. instytucje „państwa opiekuńczego” – szpitale i przytułki dla ubogich, starców, bezdomnych i chorych – które podziwiał i próbował naśladować nawet nieprzejednany wróg „Galilejczyków” – cesarz Julian Apostata.

 

Jeśli zaś chodzi o czasy nowożytne, to wydaje mi się, że wiara i niewiara rozkładały się wśród wielkich tego świata mniej więcej po równo (a może nawet z pewną korzyścią dla ludzi wierzących, skoro, jak wiadomo, Nietzsche, Lenin i Stalin uważali się za „oświeconych ateistów”). Jak już tutaj pisałam, nie można twierdzić, jakoby ateizm był z natury swojej bardziej racjonalną postawą, niż wiara religijna.

 

Inaczej mówiąc, wierzący naukowiec nie musi być zasadniczo „gorszym fachowcem” niż jego niewierzący kolega. Dość będzie tu przypomnieć, że zarówno Mikołaj Kopernik jak i Izaak Newton (bez osiągnięć których doprawdy trudno byłoby wyobrazić sobie rozwój nowożytnej nauki..) byli ludźmi wierzącymi w Boga – podobnie jak Florence Nightingale, Albert Schweitzer, Martin Luther King, Robert Schuman i Matka Teresa z Kalkuty…

 

Błażej Pascal, zarówno wybitny naukowiec, jak i żarliwy chrześcijanin, mądrze kiedyś powiedział, że na pytanie o istnienie Boga są tylko dwie możliwe odpowiedzi, obie równie prawdopodobne: Bóg jest – albo Go nie ma. I jedynie od naszej woli zależy, w którą się przechylimy stronę…

 

W co wierzy ateista? (część I)

Ateista WIERZY, że Boga nie ma. Bo ten pogląd na świat, jakkolwiek chętnie ubiera się w szatki „naukowości” czy „sprawdzalności”, nie może niczego udowodnić.

 

A przecież Bóg, czymkolwiek jest, nie byłby Bogiem, gdybyśmy Go mogli zbadać, zmierzyć i sklasyfikować… Jest to odwieczne ludzkie pragnienie, które tak pięknie poetycko wyraził Thomas Merton, pisząc:

 

„Ciebie złowimy siecią naszych słów,

Ciebie zamkniemy w obiektywach kamer…”

 

Ale Ten, który nas POZNAJE, siłą rzeczy musi wymykać się naszemu poznaniu. Bóg, jeśli jest, jest Bogiem ukrytym – każda zatem religia, która nie dopuszcza istnienia ateizmu, nie jest religią prawdziwą.

 

Jest prawdą, że każda istota ludzka, o ile nie jest absolutnie bezmyślna, musi w którymś momencie zadać sobie pytania, dotyczące Boga. Jednakże jest błędem sądzić, iż ateizm jest z gruntu lepszą – czy też bardziej RACJONALNĄ – odpowiedzią. Jest to po prostu jedna z dwóch możliwych odpowiedzi…

 

Niepokoi mnie jednak, że ateizm wielu ludzi nie wywodzi się wcale z rzetelnego namysłu nad powyższym pytaniem, lecz jest po prostu wynikiem rozczarowania wyznawaną przez nich religią, niezrozumienia jej, zgorszenia postępowaniem współwyznawców czy też chęcią ustalania zasad moralnych wyłącznie dla siebie.

 

Ostatnio byłam zdziwiona, przeczytawszy, że pewien pan, deklarujący się jako ateista, oświadczył, że z Dziesięciorga Przykazań aprobuje trzy: nie zabijaj, nie kradnij i nie mów fałszywego świadectwa. I zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno zakaz cudzołóstwa czy niewierności małżeńskiej nie da się obronić w świetle jego „ateistycznej moralności”?

 

I jakoś tak przypomniała mi się pobożna anegdotka o Piłsudskim, którą księża chętnie powtarzają na kazaniach. Marszałek, dowiedziawszy się, że jeden z jego podkomendnych zmienił wiarę, miał jakoby powiedzieć: „Wiarę zmienił? Raczej żonę!” Notabene, rzecz wydaje mi się o tyle mało prawdopodobna, że to sam Piłsudski w pewnym momencie zmienił wyznanie, by móc pojąć kolejną małżonkę. Niemniej jednak zjawisko jako takie godne jest zauważenia. 🙂

 

Spotykałam w życiu wielu nikczemnych wierzących – spotkałam także kilku szlachetnych ateistów (i jako chrześcijanka jestem głęboko przekonana, że ci, którzy za życia, czyniąc dobrze, nie wierzyli w Boga, będą najbardziej bezinteresownymi spośród wszystkich zbawionych! A już z pewnością najbardziej zdziwionymi! :)).

 

Zapytano mnie kiedyś, czy uważam, że tylko katolicy pójdą do nieba. Bez namysłu odpowiedziałam za jakimś świętym: „Tego nie wiem, ale jestem pewna, że również katolicy MOGĄ iść do nieba.”