Rodzina, ach rodzina…

Niedawno przez blogi przetoczyła się dyskusja, czy rodzice powinni uczestniczyć w podejmowaniu osobistych decyzji przez ich dorosłe dzieci.

Pewna współczesna mistyczka twierdzi, że w piekle jest wiele kobiet, które się potępiły, ponieważ wtrącały się w małżeństwa swoich dzieci…

A ja myślę, że różnie to bywa – są takie „dzieci”, które posłuchały rodziców i teraz żałują, a są i takie, które nie posłuchały i…też żałują! Znałam faceta, który się nie ożenił dlatego, że żadna kandydatka nie wydawała się dość „dobra” jego siostrom – ale znałam także dziewczynę, której sama matka jej „ukochanego” perswadowała (to prawdziwa rzadkość!), że chociaż ona sama go urodziła, to jednak widzi, że jest nic niewart – i jakże później ta kobieta musiała żałować tego „piekła na ziemi”, jakie sobie zgotowała własnym wyborem…

Najmądrzejszą postawę w tej sprawie przyjęła chyba moja śp. Babcia, która mówiła swoim pięciu córkom: „To Twój mąż i Twój wybór – to nie ja będę z nim żyła, tylko Ty!” Niestety, jedynemu (i najmłodszemu) synowi postanowiła „dopomóc” w ożenku – i to zdaje się nie był najszczęśliwszy pomysł, ponieważ tamta dziewczyna wyszła za niego chyba tylko po to, „by nie zostać starą panną.”

Ja sama zaś – jak wiadomo – jestem osobą niepełnosprawną, a w przypadku takich osób temat „miłość/seks/małżeństwo” w ogóle nie istnieje w świadomości rodziców. Tak więc, gdy związałam się z P., nie tylko nie „konsultowałam” z nikim (poza moim spowiednikiem) tej decyzji, ale nawet nic nikomu nie powiedziałam… 🙂 To była moja jedyna szansa na własne życie – i zdecydowałam się ją wykorzystać bez oglądania się na rodzinę… I wcale tego nie żałuję!

Por. też: „Inna Wenus?”

Kwestia sumienia.

Myślę, że SUMIENIE jest w człowieku pewną autonomiczną umiejętnością rozpoznawania dobra i zła – i jest do jakiegoś stopnia niezależne nawet od wyznawanego światopoglądu (tak więc nawet ateiści wcale nie są „ludźmi bez sumienia”), choć zapewne – znów tylko do jakiegoś stopnia – jest jakoś kształtowane przez kulturę i wychowanie.

 

Dziecko wychowywane wśród ludożerców prawdopodobnie nie widziałoby nic „złego” w aktach kanibalizmu, oczywiście do czasu zetknięcia się z odmiennym systemem wartości.

Ogólnie rzecz ujmując, jego „wyrzuty” są jakby sygnałem alarmowym,który nas informuje, że nasze czyny nie są zgodne z wyznawanymi przeznas ideałami – że nie jesteśmy tym, kim pragnęlibyśmy być.

 

Ale sumienie, jak każda ludzka „władza umysłowa” może się mylić, można je także skutecznie w sobie zagłuszyć – i wtedy, na przykład, nie potrafimy (czy nie chcemy) dostrzec niczego zdrożnego w kradzieży, kłamstwie, zdradzie małżeńskiej czy aborcji w 8. miesiącu (niedawno byłam zszokowana, kiedy południowokoreański sąd oddalił pozew pewnej kobiety przeciwko położnej, która odmówiła wykonania cesarskiego cięcia u kobiety w 42. tygodniu ciąży, w wyniku czego jej dziecko zmarło. Uzasadnienie brzmiało, że dopóki się ktoś nie urodzi, nie może być uważany za człowieka – tak więc nie przysługuje mu jeszcze „prawo do życia”).

 

A moje pytanie na dziś brzmi: czy uważacie, że w dzisiejszych czasach, podobnie jak w początkach naszej ery, istnieją zawody, których niewykonywanie powinno być dla człowieka wierzącego „kwestią sumienia”? I nie mówię tu tylko o takich kontrowersyjnych profesjach, jak prostytutka czy tancerz erotyczny – ale także np. o służbie wojskowej, ginekologii, sprzedaży niektórych farmaceutyków czy alkoholu. A co z tzw. „momentami” w filmach czy spektaklach teatralnych? Co sądzicie o tym?

 

Wolność, równość…katolicyzm?*

Wielu krytyków zarzuca dziś Kościołowi katolickiemu zdradę jego własnych niegdysiejszych „wolnościowych” ideałów z okresu walki z komunizmem.

 

To z pewnością prawda, że łatwiej Kościołowi było być „przeciw” zewnętrznemu zniewoleniu, niż teraz bez zastrzeżeń poprzeć tę „nową wolność” która często oznacza także odrzucenie wszelkich ograniczeń, autorytetów i wartości – i której podstawową zasadą staje się „nikt nie będzie mi mówił, co mam robić!”

 

Ale taka wolność posunięta do ekstremum sama staje się niekiedy przyczyną problemów społecznych – w rodzaju odrzucenia ludzi starych i chorych, rozwodów, aborcji (nawet w 8. miesiącu), i przestępczości nieletnich (w tradycyjnie liberalnej Francji dopuszczono ostatnio – z błogosławieństwem organizacji ds. dzieci! – aby nawet 12-latków można było karać tak, jak dorosłych). Z takimi zjawiskami (choć są logiczną konsekwencją naszego pojmowania wolności jako zupełnego braku zakazów i nakazów) Kościół nijak pogodzić się nie może. I nie sądzę, aby to kiedykolwiek nastąpiło.

 

Niestety, strach przed taką „hiperwolnością” skutkuje i tym, że hierarchowie coraz mniej ufają rozeznaniu swoich wiernych i starają się coraz bardziej „opanowywać” ich przez coraz to nowe zalecenia duszpasterskie – zamiast spróbować ich wysłuchać i z nimi rozmawiać (widać to było np. ostatnio w sprawie in vitro).

 

Założyciel Opus Dei (ruchu skądinąd z innych względów uważanego w katolicyzmie za bardzo „konserwatywny”, cokolwiek to znaczy), Josemaria Escriva, mądrze kiedyś powiedział, że zadaniem Kościoła jest formować wierzących, a następnie pozostawić im wolną rękę, ufając, że potrafią skorzystać z wolności – i nie ukrywam, że była to myśl zawsze bardzo mi bliska.

 

Jeśli o mnie chodzi, to jestem szczerą demokratką (przede wszystkim dlatego, że nic lepszego ludzkość dotąd nie wymyśliła- podobnie zresztą jest z kapitalizmem :)), a idąc w ślady innego mojego spowiednika, Tadeusza Bartosia, jestem przekonana, że i Kościół można by nieco bardziej „zdemokratyzować” (np. w sensie podejmowania decyzji bardziej kolegialnie – tu jest „odwieczny” problem wyższości papieża nad soborem powszechnym i odwrotnie:)).

 

Niemniej moje zaufanie do demokracji, jak do wszystkiego, co tworzą ludzie, nie jest NIEOGRANICZONE. Nie zapominajmy, że demokratycznie (jak najbardziej!) skazano na śmierć Sokratesa. A jeśli zaczniemy „demokratycznie” rozstrzygać kwestie moralne i filozoficzne, zrobi się jeszcze dziwniej.

 

Gdybyśmy, na przykład, w Niemczech nazistowskich przeprowadzili referendum w sprawie zabijania „podludzi”, jak sądzicie, jaka byłaby przeważająca część odpowiedzi? Albo, czy z faktu, że w jakimś Kościele „bardzo zreformowanym” 99% wiernych uważałoby, że Jezus to tylko postać mitologiczna, wynikałoby, że tak jest NAPRAWDĘ? Owszem, „vox populi – vox Dei”;) ale…nie zawsze.

 

Czyż i Hitlera nie wybrano większością głosów? Czy większość nie może się mylić (choć pewnie myli się rzadziej, niż jednostka, uznana za nieomylną – jakże musi to być wielki ciężar dla papieża:))? Przecież nikt nie domaga się, abyśmy „demokratycznie” przegłosowali, czy Ziemia jest kulista (może w obawie o wyniki – a cóż dopiero, gdybyśmy taką ankietę zrobili 600 lat temu…?;)), albo, czy 2+2 naprawdę równa się cztery? I czy cokolwiek zmieniłoby w stanie faktycznym, gdybyśmy uchwalili, że ziemska doba będzie odtąd trwać 28 godzin?

 

A czy wyobrażacie sobie głosowanie nad problemami typu: „czy noworodek jest człowiekiem?” ? I gdyby wypadło na niekorzyść noworodków, to czy oznaczałoby to, że naprawdę nie są ludźmi…? No, tak… Musielibyśmy jeszcze najpierw przegłosować jedną spójną definicję tego, co to jest „człowiek.”:)

 

Sądzę, że demokracja sprawdza się doskonale w sprawach mniej subtelnej natury („wysłać te wojska za granicę, czy nie wysłać?”) ale tam, gdzie w grę wchodzi wiara, filozofia i etyka, jest (prawie) bezużyteczna. Czy, jeśli – na przykład – ustalimy demokratycznie, że zabójstwo bliźniego nie jest żadnym złem, to będzie to PRAWDA?:)

 

I, jako osoba  (mimo wszystko;)) wierząca, muszę Wam powiedzieć, że rozumiem tych, którzy twierdzą, że „nie można poświęcać PRAWDY na ołtarzu DEMOKRACJI.” Bo sama często mówię, że byłabym chrześcijanką nawet wtedy, gdyby mi przyszło być jedyną taką osobą na Ziemi.

 

Postscriptum: Jeden z moich znajomych księży, o. Dariusz Cichor, opowiadał kiedyś w wywiadzie dla pewnego katolickiego tygodnika o swoich doświadczeniach z pobytu „na placówce” w Holandii – o tym, że był szczerze zdziwiony, gdy Rada Parafialna poleciła mu podczas niedzielnych nabożeństw zamiast Biblii czytać inną „literaturę o wysokich walorach humanistycznych” – np. „Małego Księcia” albo „Dżumę” Alberta Camusa. I wszyscy byli bardzo zbulwersowani, kiedy odmówił. Przecież oni to już wcześniej DEMOKRATYCZNIE uchwalili, a poprzednik księdza nie stwarzał takich problemów…

(*Tytuł niniejszego postu jest także tytułem książki Tadeusza Bartosia)