Biedne hetero-dzieci?

„Trybuna” nr 269 (5994) z dnia 17 XI 2009 r. nareszcie ma niezbite dowody: „DWIE MAMY SĄ LEPSZE!” (Ciekawostka, dlaczego „dwie mamy” a nie „dwóch ojców”? Czy ojcowie- geje nie powinni poczuć się w tym momencie urażeni?:) No, tak – zapominałam, że dla lewicy mężczyzna jest mniej więcej tak samo przydatny w wychowaniu dziecka, jak piąte koło u wozu – a może nawet mniej…) 

Badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Londyńskiego oraz Clark University w Massachusetts pokazują, że „dzieci, które miały dwie matki, są ambitniejsze, mają wyższe aspiracje i lepiej radzą sobie w życiu.”
Podobno wynika to z tego, że dzieci w rodzinach homoseksualnych „są zazwyczaj planowane i chciane” (rozumiem, że w rodzinach „hetero” są zwykle dziełem przypadku i nieprzemyślanych decyzji?:)), ponieważ „decyzja o posiadaniu potomstwa wiąże się w takich przypadkach także z poszukiwaniem dawcy nasienia.” (W rodzinach „tradycyjnych” kogoś takiego nazywa się zwykle mężem lub partnerem – i zapewniam, że jego znalezienie także zazwyczaj wymaga starannych i przemyślanych poszukiwań…:)).
No, cóż – cała ta sprawa przypomina mi nieco to ubolewanie szwedzkiej nastolatki, wychowywanej w rodzinie zmieniającej się po każdym rozwodzie aktualnych opiekunów („patchworkowej”, jak to się teraz nazywa…) nad tym, „jakie to nieszczęśliwe muszą być dzieci, które mają przez całe życie tylko JEDNYCH rodziców.”
Nie ukrywam, że po przeczytaniu tego tekstu ja-„hetero-mama”- popadłam w kompleksy i doszłam do wniosku, że najlepsze, co mogłabym zrobić dla swojego synka (żeby był „ambitny”, itd.), to natychmiast oddać je na wychowanie jakiejś parze sympatycznych lesbijek. 
Oczywiście, będzie to trochę bolesne dla mnie i mojego „dawcy nasienia” – ale czego się nie robi dla dobra dziecka? 😉
W najnowszej „Polityce” (nr 49 [2734]) znajduje się bardzo ciekawy wywiad na ten temat z prof. Anną Izabelą Brzezińską (z Instytutu Psychologii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu i Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie), z którego fragment chciałabym tu przytoczyć: 
„Zastanawiam się, czy w dyskusji na ten temat należy w ogóle posługiwać się wynikami badań. Używanie argumentu 'bo tak pokazują badania’ w tym wypadku jest dla mnie nie tyle wątpliwe naukowo, co po prostu niemoralne. Badania prowadzone są według bardzo różnych standardów; czasami ankietuje się kilkanaście osób w bardzo różnym wieku, niejako z łapanki. Trudno też uwolnić interpretację wyników od systemu wartości badacza.”

Żeby nie było nieporozumień: wcale nie uważam osób tej samej płci za koniecznie GORSZYCH rodziców, ale nie rozumiem, dlaczego mieliby być na pewno lepsi? Przecież – podobno – orientacja seksualna miała nie mieć żadnego wpływu na jakość rodzicielstwa?:) I czyż mówiąc: „ci są lepsi” nie mówimy automatycznie, że inni (w tym przypadku osoby o orientacji heteroseksualnej) są „gorsi” w jakiejś roli? I czy przypadkiem nie jest to właśnie ten rodzaj wartościowania, od którego zwolennicy „tolerancji” wszelakiej tak gwałtownie się odżegnują?

Mity edukacji seksualnej.

Czasami naprawdę myślę, że ten obśmiany „od góry do dołu” pomysł Sowińskiej, by seks był dozwolony „tylko dla dorosłych” (od 18. roku życia) nie jest wcale taki głupi. (Choć wiem, że w praktyce byłby niemożliwy do wprowadzenia w życie..). Bo skoro nie pozwalamy „małolatom” prowadzić samochodu, czy pić alkoholu, to skąd pomysł, że akurat seks to bezpieczna dla nich zabawa? Jak się czyta na różnych forach, co nastolatki wiedzą (a raczej- czego nie wiedzą!) na ten temat, to naprawdę nóż się w kieszeni otwiera.

Jednym z prawicowych „mitów edukacji seksualnej” jest na przykład to przekonanie, że lekiem na całe zło miałoby być kompletne nieuświadomienie i „niewinność” młodzieży. „To jest instynkt – twierdzą – i nie trzeba nic o tym wiedzieć, aby to robić!” Niestety, również i takie podejście i intensywna propaganda abstynencji doprowadziły do wzrostu liczby ciąż wśród nastolatek w amerykańskim „pasie biblijnym.” Wiadomo, że owoc (absolutnie) zakazany najbardziej kusi.

Mam wszakże wątpliwości czy coś takiego jak „zupełnie neutralna edukacja seksualna” w szkołach w ogóle gdziekolwiek istnieje. To, co mówimy (i czego nie mówimy) młodzieży na ten temat, jest zawsze jakoś „skażone” przez nasz osobisty światopogląd. Szczerze wątpię, na przykład, czy edukatorzy z organizacji, która bardzo wyraźnie jest powiązana z producentami pigułek, poinformują uczniów rzetelnie również o ich skutkach ubocznych…

Przeczytajcie sobie np. Raport Pontonu na temat edukacji seksualnej w szkołach – powiedzieć o nim, że jest „tendencyjny”, to za mało.

Ja miałam „przysposobienie do życia w rodzinie” w szkole KATOLICKIEJ, i nikt nigdy nie mówił nam takich bzdur, jak te, o których jest tam mowa, np. że „gwałt to kara za rozwiązłość” a w małżeństwie kobieta powinna „poddawać się mężowi z cichością i pokorą” – broń Boże z przyjemnością, bo to, panie, grzech! 😉

Ale uwaga – w krajach, gdzie „nowoczesna edukacja seksualna” (czy też: instrukcja obsługi prezerwatywy lub pigułki) jest na porządku dziennym (mój francuski kuzyn opowiadał mi, że automat z prezerwatywami pojawił się w jego szkole, kiedy miał 12 lat. Zabrał wtedy jedną do domu i zapytał mamę, co to jest :)) – wcale nie jest lepiej w kwestii ciąż młodocianych matek. W niektórych krajach nieletnie uczennice mogą otrzymać pigułki poronne w szkolnym gabinecie bez wiedzy rodziców – w innych „rekordzistki” mają za sobą nawet po kilka zabiegów, nim jeszcze zdążą zdmuchnąć 18 świeczek na torcie…

Jednym z największych „mitów” jest przekonanie, że tam, gdzie „niezideologizowana” edukacja seksualna jest powszechna, a środki antykoncepcyjne ogólnie dostępne, spada liczba zabiegów przerywania ciąży. Gdyby tak było, pierwsza bym jej z entuzjazmem przyklasnęła. 

Niestety, przykład krajów wysoko rozwiniętych, jak Francja, czy Anglia, nie potwierdza tego. Liczba aborcji utrzymuje się tam od lat na mniej więcej stałym poziomie (choć i sam seks i znaczenie owego „zabiegu” znacznie się przez te lata strywializowały – na zasadzie: skoro „mogę” to zrobić, a prawo mi tego nie zabrania, to znaczy także, że to, w gruncie rzeczy, „nic takiego” , ot, jeszcze jedna, dopuszczalna metoda ANTYKONCEPCJI). 
A więc dokładnie odwrotnie, niż twierdzą działaczki proaborcyjne: rzekomo, jeśli kobietom zezwoli się na przerywanie ciąży praktycznie na każde życzenie, to czując się „bezpiecznie” wcale nie będą chciały tego robić. Nic z tych rzeczy. Rosja, która ma dosyć liberalne przepisy, ma również najwyższy na świecie wskaźnik aborcji: 50 na każdy 1000 kobiet. (I dlatego żadna z owych pań nie krzyczy:”Rosjo, daj prawo do aborcji!” – imperium Miedwiediewa i tak już wymiera – również na AIDS.)

LICZBAMI zresztą manipulują obydwie strony sporu – w krajach, które mają bardziej „restrykcyjne” przepisy aborcyjne, organizacje „pro choice” celowo zawyżają rozmiary „podziemia aborcyjnego” (starając się przy tym usilnie wywołać w nas wrażenie, że cała rzecz odbywa się, jak przed wiekami, w brudnych norach „fabrykantek aniołków” – nie zaś, za sowitą opłatą, w antyseptycznych prywatnych gabinetach lekarzy). Z kolei ich adwersarze z ruchów „pro life” udają, że nie widzą tych wszystkich ogłoszeń o „bezbolesnym wywoływaniu miesiączki”, o czym tu już kiedyś pisałam…

Dr. Bernard Nathanson, który w młodości walczył o liberalizację prawa w USA, a po latach przeszedł na „jasną stronę mocy” tak opisuje tę strategię: „Jeżeli na przykład w całym kraju wykonano 250 tysięcy zabiegów, my mówiliśmy o 2,5 miliona…”

Biorąc to wszystko pod uwagę, prywatnie szacuję liczbę aborcji rzeczywiście wykonywanych w Polsce na jakieś 20-25 tysięcy rocznie. To dużo więcej, niż chcą źródła oficjalne, które mówią najwyżej o kilkuset tego typu przypadkach – ale i znacznie mniej, niż chciałyby nam wmówić organizacje feministyczne, które mówią o 200 tysiącach… 

Nawet przy zastosowaniu implantu antykoncepcyjnego (99,99% pewności) raz na 10.000 przypadków może się zdarzyć, że się zajdzie w ciążę. A więc nawet najdoskonalsza antykoncepcja nie zwalnia nas od myślenia i od odpowiedzialności za drugiego człowieka. I o tym także każda dziewczynka i każdy chłopiec (w ramach edukacji seksualnej) dowiedzieć się powinni. Choć wiem, że ludzie zdumiewająco rzadko stosują się do tego, co wiedzą…

A skąd się biorą te wszystkie problemy? Ano stąd, że nasza biologia coraz bardziej „nie nadąża” za zmieniającą się kulturą – i tak jak przed wiekami, 12-letnia dziewczynka i 15-letni chłopiec mogą zostać rodzicami, mimo że w naszym świecie sami są jeszcze „dziećmi”…

Postscriptum: A ostatnio nawet tak modelowo antyklerykalna gazeta, jak „Nie” (w artykule pod wiele mówiącym tytułem: „Świat się skrobie”) niechętnie przyznała, że pomimo wszelkich antykoncepcyjnych wysiłków spadek liczby aborcji na świecie jest wciąż prawie niezauważalny. 

„Szacunkowe dane mówią, iż w połowie lat 90-tych takich zabiegów było 19,9 mln rocznie, a w obecnej dekadzie – 19,7 mln. Z czego – to oczywiście nadal szacunkowe dane – około 8 milionów kobiet cierpi na komplikacje po zabiegu (…)” (NIE, nr 44/2009). Nie może być! Aż tyle?! A ja, głupia, ciemna dewotka, sądziłam, że aborcja to dziś już rutynowy, niegroźny zabieg, obojętny, lub nawet dobroczynny dla zdrowia…

A i tak cały czas się zastanawiam, czy naprawdę pomiędzy „edukacją seksualną” prowadzoną na zasadzie: „Nie róbcie tego, bo to GRZECH!” a taką, która mówi: „Wiemy, że i tak będziecie to robić i nic nie możemy na to poradzić – więc róbcie to przynajmniej tak, by było higienicznie i bezpiecznie!” NIE MA jakiejś „trzeciej drogi”? „Seks jest rzeczą zbyt ważną i zbyt piękną, żeby uprawiać go byle jak, z byle kim i byle gdzie!” Sama przeszłam właśnie taką…


Bocian w kapuście.

Już kiedy byłam w ciąży, postanowiłam sobie, że nie będę małemu opowiadać bajek o bocianie i kapuście – tak więc mój niespełna dwuletni synek już wie, że ludzie dzielą się na „panów” i „panie” i że był taki czas, kiedy był w moim „brzuszku” – powtarzam mu także, że sam jest chłopcem i kiedyś stanie się podobny do tatusia… Uczymy go również, że są takie miejsca, które są tylko „moje” i nie powinno się ich dotykać (nie jest więc dobrym pomysłem ciągnięcie taty za różne wystające części ciała…:)).

Kiedy będzie troszkę starszy, dowie się także, że w tym „brzuszku” to wyrósł nam z „nasionka”, które mi podarował tata, i że dziewczynki nie mają siusiaczków… A nieco później również, że przyjście na świat dzidziusia jest związane z „mocnym przytulaniem się” kochających się dorosłych – i tak dalej, i tak dalej…

Wolałabym mu o tym wszystkim opowiedzieć, zanim zrobią to koledzy z podwórka – a już na pewno na długo przedtem zanim zacznie dojrzewać (bo wiadomo, że dla rodziców jest zawsze „za wcześnie” na takie rozmowy, a dla dzieci – zawsze „za późno.”). Nie chciałabym, żeby – tak jak ja kiedyś – pozostał zupełnie sam z rzeczami, których by nie rozumiał.

Ale z drugiej strony, zawsze byłam przeciwna zbytniemu „wybieganiu przed szereg.” Myślę, że w tej materii trzeba tylko możliwie szczerze odpowiadać na takie pytania dziecka, jakie ono aktualnie stawia, takim językiem, jaki jest w stanie zrozumieć.

Nie jestem pruderyjna, ale nigdy też nie uważałam, że dzieci powinny wiedzieć absolutnie WSZYSTKO o życiu intymnym swoich rodziców.

Czytałam nawet o parze, która w ramach uświadamiania swoich dzieci i walki z kołtuństwem oraz zakłamaniem odbyła pełny stosunek na oczach swoich pociech. Według mnie to się ociera już o molestowanie nieletnich…

Co jednak począć, jeśli wszędobylska latorośl, mówiąc kolokwialnie, sama „zaskoczy rodziców w akcji”? Moim zdaniem, najlepiej byłoby zainstalować zamek w drzwiach sypialni (albo przynajmniej nauczyć dzieci, że nie wolno tam wchodzić bez pukania), żeby takie sytuacje w ogóle się nie zdarzały. Ale jeśli już się zdarzy- przede wszystkim – nie panikować! Maluchy kojarzą sobie seks z przemocą, więc dobrze by było spokojnie wytłumaczyć, że to nic „strasznego”, że jest to coś, co dorośli robią, kiedy się kochają – ale że muszą być wtedy sami…

Sprawy intymne są…intymne właśnie – i lepiej, by takimi pozostały.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że seks jest jak skarb, który ofiarowany w ukryciu jest piękną perłą, ale pokazywany wszystkim staje się zwykłym, polnym kamieniem.

Tego się staram trzymać – i na pewno nie będę w imię „nagiej prawdy” (która dziś jest już raczej rozebrana) odzierać moich dzieci z romantyzmu i odkrywania tajemnicy, tłumacząc im ze szczegółami, jak zakłada się prezerwatywę i do czego służy wibrator. Choć zapewne zrobią to za mnie inni…

A propos prezerwatyw, przypomniała mi się jeszcze taka anegdotka.

W czasach II RP produkcją tych wyrobów zajmowały się zakłady Polskiego Przemysłu Gumowego, które, oczywiście, musiały się jakoś reklamować. I pewnego dnia, zwabione reklamą prasową,przedstawiającą kowboja czy też torreadora w obszernym płaszczu i długich butach, do salonu firmowego przyszły dwie pensjonarki, prosząc,aby sprzedać im ten produkt. Jako że nie były to jeszcze czasy”galerianek”, sprzedawca grzecznie odmówił. Na to panienki zapytały, czy mogłyby to chociaż…przymierzyć. Młody ekspedient, krztusząc się ze śmiechu, odparł, że przymierzenie tego artykułu przez dziewczynki będzie raczej niemożliwe. Od słowa do słowa, okazało się, że podlotki były przekonane, że w tej starannie zakamuflowanej reklamie chodziło o…kalosze!:)

  
(A ten uroczy rysunek pochodzi ze strony www.wszystkodladziecka.pl)