Skaza pierwotna?

Platon twierdził, że ludzie – pierwotnie istoty obupłciowe – są obecnie jak nieustannie się poszukujące połówki jabłka. A kiedy już się odnajdą, tworzą doskonałą harmonię. A jeszcze później zaczynają odczuwać, że czegoś im w tej harmonii brakuje – i zaczynają pragnąć DZIECKA. Ale skoro posiadanie potomstwa jest naszym naturalnym pragnieniem, to dlaczego te nowe istoty tak bardzo nas czasami… denerwują?

 

Czyżby to była jakaś „skaza” na idealnym, platońskim modelu miłości?;)

Pewna singielka kiedyś powiedziała, że ludzie, którzy mają dzieci różnią się od tych, którzy ich nie mają tylko tym, że tych pierwszych to dzieci odwożą do domu starców – a ci drudzy jadą tam sami, taksówką…Smutne, prawda?

No, tak… Ale niby dlaczego dzieci mają nas kochać, jeśli my ich nie kochamy? Jeśli traktujemy je tylko jako pewien modny „gadżet”, który wypada mieć (no, bo przecież wszyscy mają!) – ale który najchętniej natychmiast podrzucilibyśmy komuś innemu? Babci, cioci, opiekunce…

Z drugiej strony, eksperymenty na małpach człekokształtnych pokazują, że częściej karcą swoje młode te samice, które się nimi nieustannie zajmują. Możliwe więc, że i ludzi nadopiekuńczość w stosunku do dzieci wyzwala niekiedy złość i frustrację.

Ale jako mama 20-miesięcznego chłopczyka myślę, że mogę Wam już chyba powiedzieć szczerze, dlaczego dzieci, nawet te najbardziej kochane i upragnione (jak nasze!) tak nas czasami irytują.

Myślę, że to dlatego, że dzieci są doskonałym narzędziem, stworzonym przez Boga po to, żeby obnażyć nasz własny egoizm i wygodnictwo. Odkąd mam dziecko, nie mogę już spać tyle, ile bym chciała, pracować tyle, ile być może powinnam i czytać tylu książek, ile lubię.

Dziecko nie chce i nie może „zaczekać” – jego imię brzmi „TERAZ!”

 

No, ale to w sumie żadna sztuka być dobrym tylko dla siebie…

 

 

(A to urocze zdjęcie, które stanowi komentarz do powyższego, pochodzi ze strony www.strykowski.net)

O ile samotny ojciec jest lepszy niż samotna matka?

Jestem przekonana, że gdyby chodziło o kobietę samotnie wychowującą dzieci, nikt by się już dzisiaj – w dobie poprawności politycznej – nie ośmielił postawić takiego pytania. 🙂

Ale jeśli idzie o mężczyzn, to nawet wśród najbardziej zagorzałych zwolenniczek „równości” pokutuje stary mit, że „najgorsza matka jest lepsza od najlepszego ojca.” Pewien facet usłyszał od pani sędziny na rozprawie sądowej, że nie może wychowywać swego dziecka,  ponieważ go…NIE URODZIŁ!

Tymczasem znałam chłopaka, który nie chciał, by jego dziewczyna usunęła ciążę, i samotnie wychowywał swoją córeczkę, studiując i pracując jednocześnie. (Kochająca mamusia zaraz po porodzie poszła w Polskę). A ile malutka miała „cioć”! 😉 Była dzieckiem całego akademika, bo wszyscy go  podziwiali…

Mój tata też przez długie okresy wychowywał nas (troje!) samodzielnie, bo mama poświęcała się karierze zawodowej i często nie było jej w domu. Do dziś mam z nim bliższy kontakt, niż z nią. Sama natomiast jestem – jak wiadomo – niepełnosprawna i to głównie mój mąż opiekuje się naszym synkiem od chwili jego urodzenia. Jestem przekonana, że gdyby mnie nagle zabrakło, świetnie poradziłby sobie sam…

Postscriptum: Ostatnio przez blogi przetoczyła się także dyskusja o kobietach, które chcą mieć dziecko – i w tym celu szukają nie ojców, lecz dawców nasienia. Niektórzy widzą w tym jedynie dowód rosnącej niezależności „drugiej płci”, która manifestuje w ten sposób jedynie swoje „prawo do samostanowienia.”

A moim zdaniem tu wcale nie chodzi o to, że wszystkie pełne, „katolickie rodziny”, jak je się z przekąsem nazywa, są idealne i żyją rzeczywiście „po Bożemu” – ani o to, że każda kobieta, samotnie wychowująca dziecko to diabeł wcielony – bo to z pewnością nieprawda.

W tym wszystkim niepokoi mnie raczej założenie:„Chcę mieć dziecko – tak, jak mam samochód, własną firmę i laptopa – ale facet jest MI do tego niepotrzebny!” Zakładam zatem z góry, że i mojemu dziecku OJCIEC jest zupełnie zbędny, bo przecież wiadomo, to tylko pijak, bijak i molestator – nic pozytywnego nie wnosi. Lepiej go zastąpić dawcą spermy… Żeby dziecko było tylko MOJE, MOJE, MOJE! Ciekawe, że nikt nie zauważa, że w ten sposób kobieta decyduje NIE TYLKO o sobie (do czego ma święte prawo), ale i o całym życiu innego człowieka?

A ostatnio czytałam również o pewnej ponad 70-letniej Brytyjce, która dopiero teraz „poczuła że mogłaby być dobrą matką” (ciekawe, swoją drogą, co robiła wtedy, gdy był czas po temu?) – i pragnie się poddać zabiegowi in vitro z użyciem komórek pochodzących od obcych dawców. Czy myślicie, że i jej należałoby na to pozwolić w imię „świętego prawa do macierzyństwa”?


Uprzedzając Wasze pytania: ja sama zastanawiałam się wielokrotnie, czy z moją niepełnosprawnością „nadaję się” na matkę – i nie obrażę się wcale, jeśli ktoś mi napisze, że zupełnie nie. Wiem też, co to znaczy pragnąć dziecka – ale gdybym nie miała partnera, nigdy nie poddałabym się sztucznej inseminacji tylko po to, żeby zaspokoić to pragnienie. Dziecko to nie jest środek służący ku temu, żeby „zrobić sobie dobrze.”


Niewinni jak dzieci?

Jezus niejednokrotnie stawiał dzieci za wzór dorosłym. Nauczał, że „do nich należy Królestwo Niebieskie” (Mt 19,14) a „aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Boga” (Mt 18,10). Nie wolno więc nimi „gardzić” (która to postawa częsta była w owych czasach nawet wśród filozofów); przyjmując dziecko pod swój dach, przyjmuje się samego Boga (Mt 18,5) – a sama myśl o tym, że ktoś mógłby je „zgorszyć” przejmuje Chrystusa zgrozą: „Takiemu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze.” – stwierdza. (Mk 9,42)

Tym bardziej więc obrzydliwe wydają się niedawno ujawnione praktyki duchownych w Irlandii, którzy nie tylko masowo molestowali swych podopiecznych (rzecz szokująca, problem dotyczy nie tylko księży, ale i sióstr zakonnych…), ale jeszcze „po fakcie” wpajali mi poczucie winy: to dzieci miały być „złe” , jako że swoim zachowaniem rzekomo „sprowokowały” opiekunów do grzechu…

Myślę, że to straszliwe odwrócenie pojęć to – przynajmniej częściowo – pokłosie skrajnie pesymistycznych poglądów św. Augustyna na człowieka, które (niestety) wycisnęły swoje niezatarte piętno nie tylko na katolicyzmie, ale także na całym chrześcijaństwie (nie należy zapominać, że Marcin Luter był augustianinem…). Wszyscy, już od kołyski, mieliśmy być źli, grzeszni i zepsuci do szpiku kości.

Na poparcie tej tezy przytacza Augustyn w Wyznaniach przykład dziecka, „które jeszcze nie umiało mówić, a już spoglądało z nienawiścią na swego mlecznego brata.”

Co do mnie, to wydaje mi się, że zasadniczo wszyscy rodzimy się dobrzy i niewinni i dopiero inni mogą nas „zgorszyć” – tzn. sprawić, byśmy stali się gorsi. Ale czasami dzieje się to z nie do końca wiadomych przyczyn.

Do dziś pamiętam tego ojca, który na rozprawie syna-nastoletniego mordercy płakał i przepraszał rodziców jego ofiary,tłumacząc, że przecież nie chciał wychować syna na zabójcę. Może i nie chciał, ale jednak tak mu wyszło – więc którym momencie coś poszło „nie tak”?

To był normalny,zwykły, przyzwoity człowiek, jakich wielu, nie żadna tam „patologia” – czy zatem należy winić tylko jego, że „źle wychował dziecko”? Wiem, tak jest prościej – bo wtedy zrzucamy wszelką odpowiedzialność za nasze czyny na innych ludzi: na „toksycznych” rodziców, nauczycieli albo na kolegów, którzy nas gnębili w szkole…

A może jednak w nas samych jest też jakaś wrodzona „skłonność do zła” (chrześcijanie nazywają ją „grzechem pierworodnym”) i to, co z nią zrobimy nie całkiem zależy od wychowania, a bardziej od nas samych?