Czułość i kłamstwa…

Powiedziane jest “rzucisz ojca, rzucisz matkę, a za nim pójdziesz…” – i  nie mogę nie iść… Jego życie jest moim życiem, a jego los jest moim losem…ale oznacza to także, że będę dzielić z nim jego wygnanie…

 

Kościół, który jest moim domem i moją Matką, uzna mnie za wyklętą. Bo sięgnęłam po coś, co do mnie nie należy. Popełniłam świętokradztwo – bo to święty kapłan Boży…

 

Te ręce, które mnie obejmowały i tuliły, są namaszczone do tego, aby rozgrzeszać i błogosławić, aby sprawować Eucharystię… Dlaczego on chce zamienić Ciało Chrystusa na ciało kalekiej dziewczyny? Dlaczego? Dlaczego?? Dlaczego???

 

Gdybym chociaż była piękna…wówczas zapewne wszyscy mogliby go jakoś zrozumieć…rozgrzeszyć… Wszak wiadomo, że “krew nie woda”, a ludzie z natury swej bywają słabi i grzeszni. A tak? W najlepszym wypadku będą mu się dziwić – albo też mu współczuć…

 

Jeszcze zanim go spotkałam, miałam własne profile na kilku popularnych serwisach randkowych – i wówczas programowo odrzucałam wszystkich rozwiedzionych mężczyzn, zakładając, że jeżeli ktoś raz złamał swoją przysięgę, to nie mam doprawdy żadnej gwarancji, że nie zrobi tego ponownie.

 

A teraz… co ja wyprawiam?! Radośnie i niefrasobliwie rzucam się w związek z mężczyzną, który także jest związany ślubami, aczkolwiek innego rodzaju… A jeśli on kiedyś złamie dane mi słowo, będę najnienieszczęśliwszą z kobiet…

 

Jak większość dziewczyn, zawsze chciałam mieć piękny ślub – wykrzyczeć swoją miłość przed całym światem, ślubować ją wobec całego Kościoła – a teraz muszę ją ukrywać nawet przed najbliższymi… Udawać, że nic poważnego nas ze sobą nie łączy. Prowadzić podwójne życie. Kłamać. 

 

I zastanawiam się, czy Bóg mógłby pragnąć czegoś, czego Kościół tak surowo zakazuje?   Ale jeśli to nie Pan Bóg dał mi jego, to kto właściwie?!

 

13 Replies to “Czułość i kłamstwa…”

  1. Czytam Twoją historię od początku, myślałam o komentarzu po przeczytaniu ostatniej notki, ale zmieniłam zdanie i skomentuję etapami.Teraz odniosę się do Twoich przemyśleń – czy człowiekowi, który raz złamał ślub, może uwierzyć, zaufać?Odpowiem, ja nie zaufałabym.Wyznaję prostą zasadę, że wierzyć i ufać można tylko Bogu. Człowiek jest słabą istotą i moc swą i siłę (również charakteru) może tylko czerpać z przynależności i z łączności z Bogiem a Wyście tą łączność zerwali.Przepraszam za porównanie, ale widzę w Tobie Ewę, sięgnęłaś po owoc zakazany i podałaś go również Jemu. Wciąż możecie zawrócić z tej drogi…rozumię Twoje zauroczenie, być może miałaś kompleksy 30latki aż tu nagle On, wspaniały, czuły, kochany.On, który dostrzegł w Tobie kobietę. Mógł zawirować Ci świat, nie dziwię się. Ja na miłość ludzką patrzę z perspektywy emerytki, mężatki, matki dwóch córek.Starsza z 10letnim stażem małżeńskim a młodsza (Twoja rówieśnica) z kompleksem “staropanieństwa” związana z rozwodnikiem. Jeśli zechcesz poznać uczucia, rozterki i ból matki z tego powodu (grzesznego związku), mogę Ci je wyjawić poza forum. Polecam Cię w modlitwie, Jezusowi Miłosiernemu.

    1. Brawo! Przez Ciebie człowiek złamał ślub czystości. Nie zwalaj winy na Boga, tak można usprawiedliwić wiele grzechów. Jeśli Bóg nie chcial, by pan A zdradzil żonę, nie postawiłby na jego drodze tej kobiety, która potem została jego kochanką, tak?Więc Bóg tak chcial?

      1. Nie. Wierność małżeńska jest przykazaniem Bożym… Ale nie “przeze mnie” człowiek złamał ślub czystości… Zgrzeszyliśmy oboje – i oboje za to pokutujemy… Nie dosyć na tym?

      2. Ps. W momencie, gdy pisałam ten post, byliśmy jeszcze czyści “jak aniołowie w niebie” – ale to przecież nie ma żadnego znaczenia, prawda? Przywalić w “grzesznicę” – jak nie kamieniem, to słowem… Dobrze – to też jest część mojej pokuty…

        1. hhmm.. dopiero co trafiłam na tego bloga. Czytałam wyrywkowo. Na pewno zagłębię się jego lekturę. Ale teraz nie mogę postrzymać się od komentarza…każda miłość pochodzi od Boga. Takie uczucia także. Też jestem żoną byłęgo księdza. Gdyby Bóg nie chciał takich sytuacji to, by do nich nie doprowadzał. Tym bardziej, ż e ja przed tym uczuciem mocno się broniłam. Próbowałam uciec w ramiona innego mężczyzny,próbowałam zapomnieć,oddalić się.. Ale nasze drogi się zeszły. Teraz jesteśmy małżeństwem.. Udało by nam się gdyby Bóg tego nie chciał??? Na początku było ciężko,bliscy byli zszokowani. Teraz mamy wielu przyjaciół,także wśród księży, z rodziną łączą nas wspaniałę relacje. Jedyne co nam przeszkadza to niemożność wzięcia ślubu kościelnego. Ale czekamy,chociaż nie możemy zrozumieć dziwnych zasad ustanowionych przez Kościół dotyczących dyspensy… Ale kochamy się i wytrwamy. Kiedyś wrócimy w pełni do wspólnoty Kościoła,będziemy przyjmować Komunię Świętą,wychowamy nasze dzieci w duchu Kościoła. Podsumowując-nie oceniajcie nas,bo nie wiecie co byście zrobili gdyby Was życie postawiło w takiej sytuacji. Też myślałam kiedyś, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Dziś nie dziwi mnie już PRAWIE nic. Pozdrawam.Asia

          1. Wiesz, Asiu, mimo, że (podobnie jak Ty), jestem PEWNA swego wyboru – sądzę, że W MOJEJ ówczesnej sytuacji nie mogłam postąpić inaczej – byłabym BARDZO ostrożna z twierdzeniem, że “skoro takie historie się zdarzają, to znaczy, że sam Bóg NA PEWNO tego chciał.” Wiem, że miałaś dobre intencje, chciałaś dodać mi otuchy, ale… zauważ, że tak można usprawiedliwić wszystko. Znam historię pewnej znanej piosenkarki, której “charyzmatyczna” menadżerka wmówiła, że “Duch św. pragnie, żeby mąż tej piosenkarki porzucił żonę i zamieszkał właśnie z ową menadżerką.” Naprawdę myślisz, że Bóg mógłby pragnąć, abyśmy byli szczęśliwi “po trupach” innych ludzi? Nie sądzę, żebyś to właśnie miała na myśli. 🙂 Nigdy nie należy zapominać, że jesteśmy WOLNI – i Bóg przyzwala nawet na nasze złe decyzje, co nie musi oznaczać, że je pochwala. A my, jako ludzie, chętnie przypisujemy Bogu nasze własne pragnienia, jak to już zauważył Eurypides w “Trojankach”, krytykując Helenę za to, że twierdziła, że to “Afrodyta” kazała jej się zakochać w Parysie: “Swoją myśl o nim zrobiłaś Afrodytą!” Stąd moje nieustające rozterki: czy to Bóg, czy tylko my? Na pewno będę to wiedziała dopiero po “tamtej stronie.” Serdecznie pozdrawiam.

  2. Wiesz, Wando, jest takie mądre powiedzenie, że Pan Bóg pisze prosto na krzywych liniach naszego życia – i ja mocno wierzę, że potrafi wyprowadzić dobro nawet z grzechu, który popełniliśmy. Kiedy staniemy przed Nim, będziemy się tłumaczyć z naszego życia i naszej miłości…

    1. Takie powiedzenie wymyślili sobie ludzie, którzy usprawiedliwiają swoje grzeszne życie. Oczywiście, Bóg jest miłujący i miłosierny, ale są zasady – i Ty, jako katoliczka (być może teolog?), jak i Twój partner z pewnością te zasady znacie. Bóg wybaczy nasze grzechy – jeśli będziemy ich żałować szczerze. Czy jesteś pewna, że na sądzie wyprzesz się Waszego związku i zaczniesz go żałować, bo odciął Was oboje od Bożej miłości, od przynależności do Niego? Bo jeśli nie, jeśli nie będziesz żałowała grzechu, to obawiam się, że ten grzech nie będzie Ci wybaczony.Czy w momencie śmierci wyspowiadasz się (szczerze żałując) z wielu lat spędzonych z księdzem? Jeśli nie – Twoja spowiedź będzie nieważna. I dziecko, które w tym związku się poczęło, naprawdę nie jest usprawiedliwieniem…Mam znajomą, bardzo mądrą panią teolog, która związała się z facetem, u którego trwa postępowanie o stwierdzenie nieważności. Już się zaręczyli. Tak naprawdę ten człowiek wciąż jest żonaty. Czy to nie jest typowy scenariusz, gdzie bardzo wierząca osoba wiąże się z drugą – w związek z ich wiarą nic wspólnego nie mający…? Pozdrawiam.

  3. To niesprawiedliwe, że ten mężczyzna musiał wybierać. To okropne dla Ciebie i Niego ! wyobrażam sobie…Ten celibat wyrządza tak wiele krzywdy ! Czemu tak kurczowo się tego trzymamy ? Pastor, pop nie służą Bogu gorzej, przez to , że mają rodziny. Wybierać między kobietą a Bogiem ? po co , jeśli to dwie różne miłości. Jak np. do dziecka i do męża.

    1. Ingo, mnie się też wydaje, że to są dwie RÓŻNE miłości – nie tyle wykluczają się, co raczej “zawierają” jedna w drugiej…Czasami jednak – chcąc nie chcąc – musimy dokonać wyboru…

  4. widzę, że targają mną podobne wątpliwości i sprzeczności i zadaję sobie te same pytania co Ty trzy lata temu… ile jestem w stanie poświęcić? udział w sakramentach, rodzinę, znajomych (tak się dziwnie składa, że większość z nich jest raczej blisko kościoła więc należy się tego spodziewać) wspólnotę, prawdopodobnie nawet wymarzoną pracę. a przede wszystkim czy ja naprawdę tego chcę i jestem gotowa? na ile to jest szczere i prawdziwe? to nie jest sytuacja gdzie można, ot tak sobie zaryzykować i albo się uda albo nie. jakaś część mnie pragnie tego za wszelką cenę i coraz trudniej mi to przed sobą ukryć… może dlatego tak fascynuje mnie teraz historia Jakuba, który zmagał się z Bogiem i zwyciężył. naturalnie nie dlatego że był mocniejszy, ale dlatego, że On mu wygrać pozwolił. i wiem, że jestem bezczelna w swojej modlitwie i w błaganiu o to, co zabronione… a nie mogę i nie umiem inaczej.

    1. To zabrzmi, jak “herezja”, ale myślę, że zawsze warto słuchać własnego serca – w końcu nie po to Pan Bóg nam je dał, byśmy nie mieli chodzić za jego głosem. Choćby nawet cały świat mówił nam coś innego, niż ono. Tylko trzeba się pilnie wsłuchiwać, czy aby jego tony nie są fałszywe. A obraz “walki Jakuba z Bogiem” jest mi niezmiennie bliski.”Nie puszczę Cię – powiedział Jakub – dopóki mi nie pobłogosławisz.” I Bóg przychylił się do “bezczelnej” prośby, choć jednocześnie mu pokazał, że to boli… Ja również czyniłam wysiłki, by stłumić w sobie głos, który mi mówił, że tak właśnie NALEŻY postąpić (P. miał łatwiej – nigdy nie miał żadnych wątpliwości: “Pokochałeś Albę – wejdź do radości Twego Pana!” – mówił mu JEGO głos wewnętrzny:)) – lecz nie potrafiłam… “Chodź drogami serca swego, lecz pamiętaj, że z tego wszystkiego będzie Cię sądził Bóg…” – rzecze Kohelet. NIGDY o tym nie zapominam. A podobno bardziej należy słuchać Boga niż ludzi, choćby najświętszych…:)

  5. Człowiek zna wprawdzie zasady, lecz wystarczy chwila słabości…
    Osobiście nie popieram angażowania się w uczuciowe związki z osobami duchownymi, czyli takimi, którzy podjęli (wiadome nam od początku) zobowiązania. Co więcej, trąci mi to jakąś naiwną egzaltacją.
    W tym miejscu wtręt – nawiązanie do pozy “kopciuszka”.
    Nikt zapewne nie czyni tego z premedytacją, a jednak w pewnym momencie sprawy wymykają się spod kontroli. Dlatego warto postępować rozważnie.
    W tym miejscu chcę zauważyć, że nie rzucam w Ciebie żadnym, symbolicznym nawet, kamieniem. Nie jestem bez grzechu i nie zamierzam nikogo osądzać.
    Stało się. Miłość ludzka w takich razach, przynajmniej na początku, wygrywa.
    Co robić? Podjąć właściwe kroki proceduralne w celu uregulowania Waszej sytuacji wobec Kościoła. Jak rozumiem, jest to dla Was niezwykle ważne. To JEST do rozwiązania. Poszukajcie roztropnego kapłan, który pokieruje tą (trudną, owszem) sprawą.
    Życzę Wam samego Dobra, ponieważ czuję, że będziecie wspaniałymi małżonkami i rodzicami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *