Krew się we mnie gotuje, kiedy przy okazji KAŻDEJ dyskusji na temat aborcji w naszym kraju zwolennicy przerywania ciąży podnoszą lament nad „ciężkim życiem osób niepełnosprawnych” (zwykle elegancko przez nich zwanych KALEKAMI).
Lamentują nad czymś, co ich nie dotyczy. I o czym zwykle nie mają zielonego pojęcia.
To prawda, że Bóg sprawia, że czasami trudno jest być mną. Że czasem chce mi się płakać, kiedy ktoś musi wiązać mi sznurowadła – jest to jedna z tych PROSTYCH rzeczy, których zrobienie jedną ręką niekiedy graniczy z cudem – albo kiedy muszę stale uzgadniać swoje plany z zamierzeniami innych ludzi. Złoszczę się, kiedy stopnie lub krawężniki są zbyt wysokie, abym mogła je przekroczyć, a wanny – bym mogła bezpiecznie do nich wejść. Przerażają mnie ruchliwe ulice i ruchome schody.
A jednak, kiedy jesteś osobą niepełnosprawną, masz więcej okazji, aby przekraczać granice własnych możliwości. Bo masz tych granic znacznie więcej.
I wierzcie mi, że moje życie też bywa bardzo piękne, pełne i szczęśliwe. Jestem młoda, wykształcona i zakochana. Na jakiej podstawie KTOŚ ma mi mówić, że moje życie jest „gorszej jakości” niż kogokolwiek innego?
I jeszcze coś: jeżeli „nowoczesne społeczeństwa” będą tak usilnie eliminować wszystkich niepełnosprawnych, to ich strach przed nimi będzie coraz większy. Przecież wiadomo, że ludzie zawsze najbardziej boją się tego, czego nie znają…
POSTSCRIPTUM: Mój profesor od najdawniejszej historii ludzkości opowiadał nam kiedyś, jak archeolodzy odnaleźli w jednej z jaskiń szkielet człowieka, który dożył sędziwego wieku, chociaż najprawdopodobniej nigdy nie chodził. Karmiono go i troskliwie pielęgnowano, mimo że czasy wówczas na pewno były ciężkie. Czyżbyśmy zatem teraz byli mniej ludzcy od naszych jaskiniowych przodków?
