Jak to jest być roślinką?

Krew się we mnie gotuje, kiedy przy okazji KAŻDEJ dyskusji na temat aborcji w naszym kraju zwolennicy przerywania ciąży podnoszą lament nad „ciężkim życiem osób niepełnosprawnych” (zwykle elegancko przez nich zwanych KALEKAMI).

 

Lamentują nad czymś, co ich nie dotyczy. I o czym zwykle nie mają zielonego pojęcia.

 

To prawda, że Bóg sprawia, że czasami trudno jest być mną. Że czasem chce mi się płakać, kiedy ktoś musi wiązać mi sznurowadła – jest to jedna z tych PROSTYCH rzeczy, których zrobienie jedną ręką niekiedy graniczy z cudem – albo kiedy muszę stale uzgadniać swoje plany z zamierzeniami innych ludzi. Złoszczę się, kiedy stopnie lub krawężniki są zbyt wysokie, abym mogła je przekroczyć, a wanny – bym mogła bezpiecznie do nich wejść. Przerażają mnie ruchliwe ulice i ruchome schody.

 

A jednak, kiedy jesteś osobą niepełnosprawną, masz więcej okazji, aby przekraczać granice własnych możliwości. Bo masz tych granic znacznie więcej.

 

I wierzcie mi, że moje życie też bywa bardzo piękne, pełne i szczęśliwe. Jestem młoda, wykształcona i zakochana. Na jakiej podstawie KTOŚ ma mi mówić, że moje życie jest „gorszej jakości” niż kogokolwiek innego?

 

I jeszcze coś: jeżeli „nowoczesne społeczeństwa” będą tak usilnie eliminować wszystkich niepełnosprawnych, to ich strach przed nimi będzie coraz większy. Przecież wiadomo, że ludzie zawsze najbardziej boją się tego, czego nie znają…

 

POSTSCRIPTUM: Mój profesor od najdawniejszej historii ludzkości opowiadał nam kiedyś, jak archeolodzy odnaleźli w jednej z jaskiń szkielet człowieka, który dożył sędziwego wieku, chociaż najprawdopodobniej nigdy nie chodził. Karmiono go i troskliwie pielęgnowano, mimo że czasy wówczas na pewno były ciężkie. Czyżbyśmy zatem teraz byli mniej ludzcy od naszych jaskiniowych przodków?     

Praca jak każda inna?

Wielu ludzi twiedzi, że zalegalizowanie takich „zawodów” jak prostytutka ograniczyłoby wpływ świata przestępczego na ten proceder i pozwoliłoby go lepiej kontrolować. Córy Koryntu zyskałyby wówczas ochronę prawną, ubezpieczenie, opiekę zdrowotną i emeryturę.

 

Jednym słowem: czysto, zdrowo i higienicznie… 

 

TEORETYCZNIE można byłoby im przyznać rację, ale w praktyce… Czy panie, uprawiające ten zawód miałyby np. pisemnie określony…hmmm…zakres obowiązków? A wysokość emerytury? Czy byłaby uzależniona od ilości obsłużonych klientów, czy raczej od liczby lat, przepracowanych „w zawodzie”? Czy otrzymywałyby za swoje usługi określoną pensję, a dodatkowe prezenty od wdzięcznych klientów byłyby już uważane za łapówki? Czy wreszcie przedstawicielki tegoż rzemiosła byłyby traktowane jako samotne matki (wraz z wszystkimi przysługującymi im przywilejami?) I czy domagałyby się ścigania dziewcząt, uprawiających go „nielegalnie”?

 

Zresztą nawet argument, że po zalegalizowaniu nasze państwo mogłoby czerpać zyski z pracy, z której obecnie korzystają jedynie przestępcy NIE JEST dla mnie przekonujący. Przecież „przybytki rozkoszy” , zakamuflowane u nas w formie „agencji towarzyskich” czy innych „salonów masażu” zazwyczaj są już zarejestrowane jako dzialalność gospodarcza i…płacą podatki!  

 

Poza tym w państwach europejskich, w których uznano prostytucję za „normalny” zawód zdarzało się, że kobieta, która odmówiła pracy w takim charakterze, została pozbawiona prawa do zasiłku. Bo jeśli uznamy, że nierząd to „zawód jak każdy inny” a w sprzedawaniu swego ciała (i kupowaniu go!) nie ma naprawdę nic złego, to NIE MA żadnego racjonalnego powodu, dla którego ktoś mógłby odmówić jej przyjęcia.

 

I… co będzie następne? Handlarze narkotyków?! W końcu też są to ogromne pieniądze, które przechodzą państwu koło nosa! A przeciwnikom środków odurzających zawsze można przecież powiedzieć, że wszystkie rządy świata czerpią zyski z monopoli spirytusowych i tytoniowych. Przecież to PRAWIE to samo, nieprawdaż?

 

„Żadna praca nie hańbi”? Tylko czy aby na pewno?

„Anoreksja to moja przyjaciółka!”

Kiedy miałam 14 lat byłam anorektyczką.

Do dziś pamiętam bóle głodowe, w których wiłam się leżąc na dywanie – i dlatego nie mogłam ukryć przerażenia, gdy zobaczyłam na pewnym blogu fotografię dziewczyny, niegdyś ślicznej, która sama siebie zamieniła w przerażający szkielet rodem z filmów o obozach koncentracyjnych.

I chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego piękne, zdrowe dziewczyny nienawidzą swego ciała aż do tego stopnia, że aż dążą do samounicestwienia…

Wstrząśnięta tym, co zobaczyłam, napisałam do dziewczyny długi list, tłumacząc, że anoreksja w końcu ją zabije.  I bardzo się zasmuciłam, otrzymawszy odpowiedź: „Przykro mi, ale ja nie uważam anoreksji za chorobę, tylko za moją przyjaciółkę.” No, cóż – biedna mała…Przypuszczam, że należała do którejś z internetowych „społeczności”, których członkowie (a raczej – członkinie!) utwierdzają się nawzajem w takiej chorej ideologii.

Czasami myślę, że ta moda na „szkielety w kobiecej skórze” jest kreowana po pierwsze przez kreatorów mody – dla nich modelka nie jest istotna, powinna więc być „przezroczysta”, aby swymi kuszącymi okrągłościami nie odwracać uwagi widzów od stroju.

Po drugie zaś wydaje mi się, że mają w tym swój udział same anorektyczki, które chcą w ten sposób uczynić ze swojej choroby modę i styl życia.

I często zastanawiam się, czy te biedne dziewczyny pamiętają jeszcze, że jedzenie nie jest tylko „śmiertelnym zagrożeniem” – że jest przede wszystkim wielką przyjemnością? Cała nasza sztuka kulinarna opiera się przecież na tym…

Miałam kiedyś przyjaciółkę, której wszyscy powtarzali, że jest trochę „zbyt puszysta.” Biedactwo umartwiało się i głodziło, stosując najróżniejsze diety, oczywiście bez rezultatu. I dopiero kiedy przestała się odchudzać i zaakceptowała samą siebie zaczęła…naprawdę tracić na wadze. Bo najważniejsze jest chyba, żeby lubić siebie i dobrze się czuć we własnej skórze. A najlepszym sposobem na bezbolesne odchudzanie jest się…zakochać. Sprawdziłam na sobie.

Kiedy poznałam P., wszyscy wokół zastanawiali się, w jaki sposób zrzucić „poświąteczną nadwagę”, a ja, szczerze mówiąc, myślałam wtedy o wszystkim, tylko nie o jedzeniu! 😉