Piąty tydzień?

Jestem zdania, że każda kobieta ma prawo być wzięta na ręce i zacałowana na śmierć za to, że urodzi dziecko ukochanemu mężczyźnie.

 

I ja akurat jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że ten, który jest ojcem mojego ewentualnego dzieciątka (o ile ono już tam jest – bo jeszcze tego nie sprawdziliśmy) – bardzo mnie kocha i bardzo się cieszy. Chociaż – a może właśnie „dlatego, że”? – jest Bożym kapłanem…

 

Na razie oboje przyzwyczajamy się do myśli, że nasze hipotetyczne maleństwo mogło już zamieszkać we mnie (on się bardzo denerwuje, kiedy mówię: „możliwe, że noszę już TWOJE dziecko, kochanie!” – „Nasze, poprawia mnie, nasze!”) Roboczo nazywamy je „Fasolką.” 🙂

 

Dobrze, że Matka Natura dała ludziom aż dziewięć miesięcy na oswojenie się z tym faktem…  Na razie Fasolka, jeśli jest, ma niecałe pięć tygodni – i choć jest jeszcze zbyt mała, abym mogła w jakikolwiek sposób wyczuć jej obecność (chociaż P. sądzi, że kobiety czują to intuicyjnie – jeżeli tak, to chyba nie jestem w ciąży – albo też nie jestem „prawdziwą kobietą” 😉 – ponieważ nic zupełnie nie czuję!) to jednak mam nadzieję, że czuje już i wie, że jest przez nas kochana i oczekiwana…

 

A „tatuś” jeszcze dziś rano kochał mnie tak, „że już sił nie starczało na krzyk radosny” (Marta Fox)…Wyjechał dopiero kilka godzin temu, a ja już za nim tęsknię, Fasolko… Bardzo!

O wyższości Świąt Wielkanocnych nad świętami Bożego Narodzenia.

Większość ludzi „woli” Boże Narodzenie od Wielkanocy – i to z kilku powodów.

 

Przede wszystkim, narodzenie Jezusa, mimo całej swej niezwykłości (narodzenie z Dziewicy, itd.) wymaga w moim przekonaniu jednak mniejszej wiary, niż Jego zmatwychwstanie.

 

Pomimo wszystko mamy tu zwykły, ludzki obrazek: Matka, ojciec i „Niemowlę, leżące w żłobie.”

 

Nikt z nas (jak sądzę :)) nie zna nikogo, kto by powstał z martwych – a Dziecko? Dzieci rodzą się każdej nocy…

 

 

A po drugie – właśnie z racji owej niezwykłości, tajemniczości i pewnej „dyskrecji” (żaden z Ewangelistów nie był bezpośrednim świadkiem wyjścia Jezusa z grobu) – zmartwychwstanie Jezusa mniej się nadaje do skomercjalizowania niż prawie zupełnie już zlaicyzowane Boże Narodzenie.  Zmartwychwstanie po prostu niezwykle trudno jest… sprzedać. Traci przez to trochę na popularności, za to zyskuje – na duchowej i religijnej głębi.

 

Gdyby zapytać „przypadkowych przechodniów”, które święta uważają za „ważniejsze” to jestem absolutnie przekonana, że większość wskazałaby na Boże Narodzenie – z jego wzruszającymi kolędami, choinką i prezentami (wielkanocny „zajączek” mimo wszystko nie może się równać w tej kwestii ze św. Mikołajem).

 

Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.  Narodzenie Chrystusa jest tylko faktem historycznym, który miał niejako „służyć” Jego zmartwychwstaniu. (Apostoł Paweł napisze nawet: „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara.”) I dlatego, choć chrześcijanie od samego początku obchodzili święto Wielkiej Nocy (przenosząc nawet swój „dzień święty” z żydowskiego szabatu – soboty na „pierwszy dzień tygodnia” czyli na niedzielę) to jednak przez pierwsze 300 lat swego istnienia radzili sobie zupełnie nieźle BEZ Bożego Narodzenia.

 

Konieczność wprowadzenia pamiątki narodzin Syna Bożego w ludzkiej naturze zaistniała bowiem dopiero w IV wieku, kiedy to pojawiły się sekty (jak arianie czy nestorianie) które zaczęły kwestionować tę podwójną naturę Chrystusa.

Święta, Święta – i co dalej?

Ksiądz Jan Twardowski kiedyś pisał o ludziach, „którzy świąt nie przeżywają, ale PRZEŻUWAJĄ.”

 

Otóż ja nigdy nie chciałam być takim człowiekiem. Bardzo mnie martwi, że obecnie pojęcie „życia duchowego” kojarzy się nam bardziej z buddyzmem i z różnymi sektami, niż z chrześcijaństwem.

 

Ciekawa jestem, ile osób wie, że istnieje np. coś takiego, jak medytacja chrześcijańska? Ilu ludzi dziś się MODLI (tzn. umie szczerze rozmawiać z Bogiem) zamiast tylko „klepać paciorki”?

 

Wiadomo, że ludzie lubią świętować  („bo wtedy nie pracują, jedzą do syta i zakładają piękne szaty”, jak trzeźwo zauważył historyk z IV w. n.e., Ammian Marcellinus) – i kiedy np. Rewolucja Francuska „zniosła” święta chrześcijańskie, wprowadziła zamiast nich nowe, „świeckie” w tych samych terminach (był np. Dzień Świni…).

 

Tymczasem chrześcijaństwo, jak sądzę, wciąż ma w sobie wielką głębię i siłę. Trzeba ją tylko odkryć.

 

Boże Narodzenie to przypomnienie tego, że z miłości do ludzi Bóg stał się człowiekiem, a Wielkanoc – że z tej miłości umarł na krzyżu i zmartwychwstał.

 

Są (a przynajmniej powinny być!) to święta tego, co pierwsi chrześcijanie określali greckim słowem METANOIA – nowego życia, nawrócenia, przemiany…

 

Bo co nam przyjdzie nawet z tysięcy życzeń „Wesołych Świąt” jeśli po tych świętach nie staniemy się lepszymi ludźmi?

 

Mimo wszystko jednak – Wesołych Świąt! 🙂