Dwaj słudzy Mesjasza.

Wielu z Was na pewno słyszało o ks. Romualdzie Jakubie Wekslerze-Waszkinelu (ur. w 1943 r.), niezwykłym kapłanie, ocalonym z getta żydowskim chłopcu, który po latach został księdzem, działał na rzecz polsko-żydowskiego pojednania i nosi krzyż wpisany w Gwiazdę Dawida…

Ja też wiele o nim słyszałam, więc z przyjemnością przeczytałam niedawno wydaną książkę Dariusza Rosiaka „Człowiek o twardym karku.” (Wyd. Czarne, Wołowiec 2013) – która przybliża tę niejednoznaczną postać.

Ale przyznam się, że dotąd nie wiedziałam, że jest jeszcze jeden chłopiec ocalały z Zagłady, który jest księdzem katolickim – znacznie mniej znany „szerszej publiczności” ks. prałat Grzegorz Pawłowski (Hersz Griner).

Z książką o nim, „Sługa Mesjasza”,(Wyd. Gaudium, Lublin 2011), także zetknęłam się dopiero niedawno.

Starszy o kilkanaście lat od Waszkinela (bo urodzony w 1931 roku), miał też całkiem inną drogę życiową.

Ot, na przykład: Weksler-Waszkinel został ocalony z getta na Litwie, dzięki porozumieniu pomiędzy dwoma kobietami – jego „matką żydowską” i „matką polską.”

Pawłowski (co było przez lata dla niego wyrzutem sumienia) – uciekł od rodziny, czekającej w Izbicy na śmierć, aby ocalić życie…

Młody Waszkinel wzrastał w kochającej (a nawet trochę nadopiekuńczej:)) polskiej rodzinie – Pawłowski zaś przez kilka lat tułał się z miejsca na miejsce, aż wreszcie wylądował w pewnym Domu Dziecka, prowadzonym przez siostry zakonne.

Podczas gdy ten pierwszy (ze względów bezpieczeństwa) nigdy nie był obrzezany i został ochrzczony przez swoją „polską matkę”, jak ją nazywa, już jako niemowlę, ten drugi przez pierwszych kilka lat życia wzrastał w kulturze i tradycji żydowskiej i przyjął chrzest, świadomie, dopiero w wieku 14 lat.

Nie musiał więc mozolnie odkrywać „tajemnicy” swego pochodzenia, jak od lat mozolnie czyni to ks. Romuald, który dowiedział się o swoim „żydostwie” już jako dorosły człowiek i kapłan.

I stale się chyba trochę „szarpie” z tą wiedzą – próbował np. żyć w Izraelu i w żydowskim kibucu religijnym i w katolickiej wspólnocie hebrajskiej – nigdzie nie czując się do końca „na miejscu” i „u siebie.”

Pawłowski, przeciwnie, dość dobrze zaaklimatyzował się w Ziemi Świętej, posługując z powodzeniem jako kapłan wśród Polaków i Żydów-chrześcijan.

Mam wrażenie – ale zastrzegam, że to tylko moje subiektywne odczucie! – że dla ks. Pawłowskiego jego „podwójna tożsamość” jest czymś bardziej naturalnym, niż dla ks. Wekslera-Waszkinela; nie jest więc czymś, o co trzeba nieustannie „walczyć” i sobie (oraz innym!) udowadniać. (Stąd też, chyba niesłusznie i niesprawiedliwie  Waszkinel zarzucał kiedyś Pawłowskiemu – który przez kilka lat pracował m.in. w Komisji Episkopatu d/s Dialogu z Judaizmem – że ten jest za bardzo kompromisowy, „za mało żydowski” – wątpię, czy istnieje gdzieś jakiś „wzorzec żydowskości” – tak samo, jak np. „polskości” – a jeśli nawet, to czy ktoś, kto dowiedział się o swoich korzeniach w wieku 35 lat, jest na pewno właściwą osobą, by taki wzorzec wskazywać komuś, kto nigdy z nimi nie zerwał?)

Tak więc, podczas gdy Romuald jest niezwykle wyczulony na wszelkie przejawy polskiego antysemityzmu, Grzegorz – choć podczas swojej wojennej wędrówki (która, jak sądzę, jest niemal gotowym materiałem na porywający film!) z pewnością spotkał wielu RÓŻNYCH Polaków, zawsze mówi o nich tylko dobrze.

Dla niektórych z tych, którzy go ratowali (a było ich w sumie naprawdę sporo!:)) wywalczył także tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Tytułu tego, co znamienne, początkowo odmówiono Piotrowi i Emilii Waszkinelom, polskim rodzicom ks. Romualda.

„Pańscy rodzice – tłumaczono mu – ratowali żydowskie dziecko, ale nie oddali żydowskiego dziecka. Pan jest księdzem!” 

„Co to ja jestem – paczka, żeby mnie przechowywać i oddawać?!” – irytował się Waszkinel.

I tutaj dochodzimy, pomimo tych wszystkich różnic, do punktów wspólnych w biografii obydwu księży.

Obydwaj przeżywają swoje kapłaństwo nie tyle jako „zerwanie” z tradycją żydowskich przodków – ile jako jej kontynuację i dopełnienie. Obydwóm ich matki (w pewnym sensie) przepowiedziały życiową drogę.

„Będziesz kiedyś żołnierzem Mesjasza!” – mówiła mama małemu Herszowi (później Grzegorzowi); „Pani jest chrześcijanką, wierzy pani w Jezusa. – mówiła Batia Weksler do Emilii Waszkinel – A przecież On też był Żydem. Tak więc przez wzgląd na tego Żyda, w którego pani wierzy, niech pani ratuje to żydowskie niemowlę! Zobaczy pani, on będzie księdzem, będzie nauczał ludzi…”

I, paradoksalnie, dla obydwu to ich przepowiedziane kapłaństwo jest źródłem problemów z państwem Izrael… Obydwaj bowiem nie mogą uzyskać obywatelstwa we własnym kraju, bywają odrzucani nawet przez najbliższych (ks. Pawłowski po latach odnalazł brata, który pozostał przy religii mojżeszowej).

Bo to jest tak: możesz być komunistą (nawet w najgorszym, stalinowskim wydaniu), ateistą a nawet prawosławnym Rosjaninem (jakich wielu napłynęło ostatnimi czasy do Izraela). Możesz W NIC nie wierzyć – a jednak nie przekreśla Cię to jako Żyda. Ale jeśli jesteś księdzem katolickim, sprawa jest prosta: nie jesteś Żydem…

Piersi niezgody.

Od kilku dni media (prawie) o niczym innym nie mówią, jak tylko o „prewencyjnej podwójnej mastektomii”, której poddała się Angelina Jolie.

Jedni więc mówią (jak nawrócony aborter, Bolesław Piecha), że to tylko „event” i kolejna „fanaberia” gwiazdy. Inni zaś odsądzają tych pierwszych od czci i wiary, wychwalając pod niebiosa „odważny gest” Jolie. (Jak niezawodna prof. Środa, która nawet na tę okoliczność przywołała dawny – i miałam nadzieję, że już trochę zapomniany, bo niezbyt mądry – feministyczny slogan o tym, jakoby „to, co prywatne, powinno stać się PUBLICZNE – a nawet polityczne.”)

Tymczasem ja myślę, że w całej tej dyskusji nie powinno chodzić o ocenę osobistej (a nawet intymnej!) decyzji aktorki – a raczej o pewne pytania natury bardziej ogólnej, filozoficznej i etycznej. I dziwię się, pośród tych emocjonalnych „przekrzykiwań się” (kiedy jedni solidaryzują się z Jolie, a drudzy w czambuł ją potępiają) wszystkim jakoś to umyka.

NAWET pani profesor – która, jak się zdaje od lat jest już o wiele bardziej „bojowniczką o prawa kobiet” niż filozofką, zdolną do spokojnej i pogłębionej refleksji.

Wydaje mi się, że ROZUMIEM motywacje Jolie, jej strach przed chorobą i cierpieniem – zwłaszcza, że oglądała wcześniej bolesną śmierć swojej matki.

Ze strachu ludzie często robią różne rzeczy, nawet głupie i złe – i nie należy ich za to potępiać.

Mówi się czasem niefrasobliwie, że „strach ma wielkie oczy”, próbując pomniejszyć jego siłę. Wydaje mi się jednak, że strach ma PRZEOGROMNĄ moc nad ludźmi  – ileż to zbrodni, w tym zabójstw (że już o aborcjach nawet nie wspomnę) popełniono właśnie ze strachu?

Czytałam o przypadkach z okresu II wojny światowej, gdy ukrywające się matki-Żydówki dusiły swoje niemowlęta, bojąc się, że płacz dziecka może zdradzić miejsce ich ukrycia – i któż mógłby je za to potępić?

Nie będę zatem potępiać i pięknej Angeliny za to, że ze strachu przed rakiem zdecydowała się pozbawić piersi. Z całą pewnością nie powiedziałabym też, jak pan Piecha, że to tylko kolejna „fanaberia” rozkapryszonej gwiazdy, obliczona na zwrócenie na siebie uwagi.

Nie powiem także, że „gdybym ja była na jej miejscu, NA PEWNO bym tego nie zrobiła” (choć tak właśnie zdecydowała się powiedzieć Krystyna Kofta, autorka świetnej książki o własnych zmaganiach z rakiem „Lewa, wspomnienie prawej.”).

Prawda jest taka, że nie mogę tego wiedzieć „na pewno” – NIKT nie może, ponieważ nikt z nas nie jest i nigdy nie będzie „nią ”.

Przed chwilą przeczytałam w książce o. Jacka Krzysztofowicza (tak, tak, to ten sam Krzysztofowicz, o którego odejściu tak głośno było kilka tygodni temu:)) że „mówić komuś, co DLA NIEGO byłoby najlepsze, oznacza brak szacunku dla bliźniego.”

Tego wszystkiego więc nie powiem i nie napiszę.

Chociaż przypominam sobie z własnego życia sytuację, kiedy wyczułam guzek w piersi i (jeszcze przed odwiedzeniem lekarza:)) pobiegałam do swojego spowiednika (i przyjaciela), by mu oznajmić, że ja WSZYSTKO rozumiem, niepełnosprawność i tak dalej, ale TYM RAZEM to już Pan Bóg trochę przesadził! WSZYSTKO tylko nie moje piersi! Krzyczałam, że wolałabym umrzeć. Za usprawiedliwienie tak gwałtownej reakcji niech posłuży fakt, że byłam wtedy jeszcze bardzo młoda.:)

Ale mimo wszystko wydaje mi się, że warto tu przypomnieć pewien podstawowy fakt: Angelina nie była (i nie jest) CHORA na raka, jest jedynie obciążona dość znacznym ryzykiem tej choroby.

A to każe – w zupełnym oderwaniu od jej indywidualnej decyzji, którą można jedynie uszanować! – stawiać pytania o sens takiej profilaktyki. O granice „primum non nocere”, o władzę człowieka nad własnym ciałem, o rolę lekarza…

Czy jedyną granicą etyczną medycyny powinna być WOLA pacjenta? (Jak w przypadku eutanazji, czy też tego mężczyzny, o którym już tu wielokrotnie wspominałam, który postanowił przeistoczyć się w „kota” i z pomocą usłużnych chirurgów wciela ów plan w życie.)

Czy mamy PRAWO usuwać zupełnie zdrowe organy, aby się ustrzec przed POTENCJALNYM niebezpieczeństwem? Dla przykładu: znany aktor Peter Falk (szerzej znany jako porucznik Columbo:)) przeszedł w dzieciństwie operację usunięcia gałki ocznej z powodu nowotworu – czy jednak należałoby taki zabieg przeprowadzać PROFILAKTYCZNIE u dzieci, których rodzice OBAWIAJĄ SIĘ nowotworu?

Inny przykład: wyrostek robaczkowy (co do którego nawet nie wiemy, dlaczego właściwie przetrwał u człowieka, i który z pewnością jest jeszcze mniej „potrzebny” niż kobiecie piersi:)) jest potencjalnym źródłem problemów u WSZYSTKICH ludzi, którzy go jeszcze posiadają.

Sama bardzo boję się jego zapalenia, ponieważ mam w rodzinie dwie osoby, które omal nie umarły z tego tak „banalnego” powodu. (Wywiązało się ciężkie zapalenie otrzewnej). A jednak nikt, o ile mi wiadomo, nie przeprowadza tego typu zabiegów „na wszelki wypadek.”

I wreszcie, jeśli Angelina podda się także – jak zapowiada – operacji usunięcia jajników, to chyba do końca życia będzie musiała poddawać się hormonalnej terapii zastępczej?

Tak więc PRZED owymi zabiegami profilaktycznymi mielibyśmy do czynienia ze ZDROWĄ (jeszcze!), płodną kobietą – a po niej…?

Czy zatem to wszystko nie jest tylko specyficznym przejawem naszego „lęku przed niepewnością” i tego, co wybitny biolog, prof. Testart, nazywa chęcią zabezpieczenia się przed WSZELKIM ryzykiem, jakie nas może spotkać w życiu?

To jednak chyba jest niemożliwe – bo RYZYKIEM jest przecież samo życie?

I wreszcie – czy w miarę, jak coraz lepiej będziemy poznawać nasz genom i drzemiące w nim zagrożenia, nie dojdzie w końcu do czegoś, co znakomity film sprzed lat, „Gattaca – szok przyszłości”, nazywa „genoizmem” – dyskryminacją ze względu na „złe” geny? „Przepraszamy, ale nasza firma nie może pana ubezpieczyć – ma pan aż 95% szans zachorowania na…”; „Niestety, z takim ryzykiem nie może pani liczyć na tę pracę.” I tak dalej…

Wydaje Wam się, że to czyste s.f.? Ja, niestety, obawiam się, że nie. Już teraz, na przykład, niektóre pary domagają się od lekarzy  ”gwarancji” na dziecko bez wad genetycznych lub potomka określonej płci.

I nie twierdzę, że ZNAM odpowiedzi na te wszystkie pytania. Ale i tak uważam, że należy je zadać.

„Ratunku, mam płodne dni!”

Myślę, że tym, co najbardziej odstrasza wielu ludzi od metod naturalnych (poza ich rzekomą „nieskutecznością” – wczoraj przeczytałam w pewnej książce wydanej przez FEMINOTEKĘ taki „żarcik”: „Jak się nazywa kobieta, która to stosuje? MAMA!” – która w dużej mierze jest mitem) jest konieczność „powstrzymywania się od seksu” przez kilka (czy kilkanaście) dni w każdym cyklu.

Pominę już na razie fakt, że NIE WIERZĘ, by także pary stosujące inne metody antykoncepcji kochały się „codziennie i przez cały czas.” (Tym bardziej, że działaniem ubocznym niektórych preparatów  hormonalnych bywa obniżenie libido u części kobiet, co przyznają nawet producenci. Reklamuje się przecież środki, które mają niwelować ten niechciany skutek). Od zbyt wielu czynników bowiem to zależy.

Sądzę jednak, że większość tego typu problemów wynika z tego, co uważamy za „prawdziwy, satysfakcjonujący seks.”

No, bo jeśli TYLKO pełny stosunek, podczas którego dochodzi do „złożenia nasienia” w pochwie – no, to faktycznie mamy problem.

Jak jednak słusznie przekonuje Dagmar O’Connor w swojej świetnej książce „Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia…i wciąż to lubić?” (wyd. Czarna Owca, 2010)  taki stereotyp „prawdziwego seksu” jest prostą drogą do małżeńskiej nudy.

Kiedy nie ma „pełnego zbliżenia” to już nie ma seksu, nie ma miłości, bliskości – jak mawiał Kononowicz, „nie ma niczego”?

A przecież, kiedy byliśmy bardzo młodzi, te wszystkie ukradkowe pocałunki, dotknięcia i pieszczoty wydawały się równie ekscytujące, jak „prawdziwy seks” i sprawiały nam również dużo przyjemności, prawda?

Wiele par, stosujących NPR uważa, że w czasie płodnym należy wręcz rygorystycznie unikać jakiekolwiek kontaktu fizycznego, aby się, cytuję, „niepotrzebnie nie rozpalać.”

Czytałam nawet kiedyś w artykule cenionego skądinąd katolickiego doradcy małżeńskiego, jakoby w małżeństwie wręcz ZABRONIONE były wszelkie pieszczoty, o ile nie prowadzą bezpośrednio do stosunku.

Mnie jednak zdecydowanie bliższy jest pogląd nieżyjącego już niestety o. Joachima Badeniego, który mówił: „Jeśli chodzi o pieszczoty, to w małżeństwie już wszystko, co tylko sprawia przyjemność, co buduje miłość – to róbcie!” („Kobieta i mężczyzna – boska miłość.”)

Nie dziwię się, że przy bardziej surowym podejściu i przeżycie „czasu zakazanego” i późniejszy powrót do siebie mogą być bardzo trudne, równie trudne, jak w niektórych ortodoksyjnych małżeństwach żydowskich, które praktykują niemalże całkowitą separację małżonków na czas „nieczystości” kobiety.

W NPR chyba jednak niezupełnie o to chodzi – „wstrzemięźliwość małżeńska” NIE JEST tym samym, co wstrzemięźliwość ludzi żyjących w celibacie czy w stanie wolnym.

Prawie wszyscy zajmujący się tą problematyką eksperci zgodnie twierdzą, że czas płodny to nie ma być „czas bez miłości” – lecz jedynie czas bez kontaktu narządów płciowych.

Gdyby prześledzić typowy przebieg zbliżenia seksualnego – piszą np. autorzy naszego podręcznika, John i Shelia Kippley’owie – zazwyczaj na początku są szepty i pocałunki, następnie przytulenia i pieszczoty; do tego momentu partnerzy mogą być nawet zupełnie lub częściowo ubrani. Potem następuje właściwe zbliżenie i wkrótce sam mąż albo oboje doświadczają orgazmu. W chwilę później jest już po wszystkim. Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione etapy, czy można uznać któryś z nich za najważniejszy, jeśli idzie o wyrażanie miłości? Inaczej mówiąc, czy w tej typowej serii czynności seksualnych samo zbliżenie i przeżycie orgazmu wnoszą więcej do ich miłości, niż tzw. wstępna gra miłosna? Czy też szepty, pocałunki i pieszczoty są tutaj w równej mierze twórcze?

Wszyscy autorzy zgadzają się też co do tego, że ważna tu jest wyobraźnia i…poczucie humoru, które pozwala nie traktować „obowiązku małżeńskiego” jako sprawy śmiertelnie poważnej, którą można „należycie zrealizować” tylko w jeden, określony sposób.

Pomocne mogą tu być namiętne pocałunki, różne pieszczoty, zmysłowy taniec, erotyczna rozmowa, wspólna kąpiel lub masaż, a nawet – nieco bardziej figlarne – wzajemne malowanie się farbkami do ciała (co zaleca O’Connor).

Możliwości jest więc całkiem sporo. A te, które wymieniłam, to na pewno jeszcze nie wszystkie.

A żeby nie było, że znów głoszę tu jakieś straszne herezje (choć zapewne i taki zarzut znowu padnie:)), o. Ksawery Knotz, któremu trudno raczej zarzucić brak „ortodoksji”, też zalecał np. wspólny prysznic małżonkom, którzy tak się strasznie „napinali” w czasie płodnym, żeby się tylko (broń Boże!) nie dotykać, że potem, kiedy „te dni” już przeminęły, zupełnie nie potrafili się ze sobą dogadać.

Oczywiście, jestem przekonana, że należy tak doskonalić same metody naturalne, aby ten czas „niespełnienia” maksymalnie skrócić – jestem zawsze przerażona, kiedy czytam o kobietach, które MIESIĄCAMI nie współżyją, bo zwyczajnie nie wiedzą, kiedy mogą. Myślę, że małżonkowie „z natury” nie powinni siebie unikać dłużej, niż to absolutnie konieczne.

A jednak sądzę też, że doświadczenie i poczucie humoru pozwalają z czasem wypracować sobie w tej kwestii taką wewnętrzną wolność, jak u pewnej uroczej pary w średnim wieku, pokazanej w reportażu o działalności o. Knotza: „A my to się KOCHAMY codziennie. – mówili oni w odpowiedzi na skargi młodszych, skarżących się na pewne niedogodności „płodnych dni” – Po prostu wiemy, kiedy możemy jeszcze przestać…”Tak więc – „jak ludzie WOLNI postępujcie!” (1 List św. Piotra Apostoła 2,16). :)

Zob. także: „Jak NIE NALEŻY uczyć NPR?”; „10 mitów na temat NPR”; „FAQ:NPR.”