Piersi niezgody.

Od kilku dni media (prawie) o niczym innym nie mówią, jak tylko o „prewencyjnej podwójnej mastektomii”, której poddała się Angelina Jolie.

Jedni więc mówią (jak nawrócony aborter, Bolesław Piecha), że to tylko „event” i kolejna „fanaberia” gwiazdy. Inni zaś odsądzają tych pierwszych od czci i wiary, wychwalając pod niebiosa „odważny gest” Jolie. (Jak niezawodna prof. Środa, która nawet na tę okoliczność przywołała dawny – i miałam nadzieję, że już trochę zapomniany, bo niezbyt mądry – feministyczny slogan o tym, jakoby „to, co prywatne, powinno stać się PUBLICZNE – a nawet polityczne.”)

Tymczasem ja myślę, że w całej tej dyskusji nie powinno chodzić o ocenę osobistej (a nawet intymnej!) decyzji aktorki – a raczej o pewne pytania natury bardziej ogólnej, filozoficznej i etycznej. I dziwię się, pośród tych emocjonalnych „przekrzykiwań się” (kiedy jedni solidaryzują się z Jolie, a drudzy w czambuł ją potępiają) wszystkim jakoś to umyka.

NAWET pani profesor – która, jak się zdaje od lat jest już o wiele bardziej „bojowniczką o prawa kobiet” niż filozofką, zdolną do spokojnej i pogłębionej refleksji.

Wydaje mi się, że ROZUMIEM motywacje Jolie, jej strach przed chorobą i cierpieniem – zwłaszcza, że oglądała wcześniej bolesną śmierć swojej matki.

Ze strachu ludzie często robią różne rzeczy, nawet głupie i złe – i nie należy ich za to potępiać.

Mówi się czasem niefrasobliwie, że „strach ma wielkie oczy”, próbując pomniejszyć jego siłę. Wydaje mi się jednak, że strach ma PRZEOGROMNĄ moc nad ludźmi  – ileż to zbrodni, w tym zabójstw (że już o aborcjach nawet nie wspomnę) popełniono właśnie ze strachu?

Czytałam o przypadkach z okresu II wojny światowej, gdy ukrywające się matki-Żydówki dusiły swoje niemowlęta, bojąc się, że płacz dziecka może zdradzić miejsce ich ukrycia – i któż mógłby je za to potępić?

Nie będę zatem potępiać i pięknej Angeliny za to, że ze strachu przed rakiem zdecydowała się pozbawić piersi. Z całą pewnością nie powiedziałabym też, jak pan Piecha, że to tylko kolejna „fanaberia” rozkapryszonej gwiazdy, obliczona na zwrócenie na siebie uwagi.

Nie powiem także, że „gdybym ja była na jej miejscu, NA PEWNO bym tego nie zrobiła” (choć tak właśnie zdecydowała się powiedzieć Krystyna Kofta, autorka świetnej książki o własnych zmaganiach z rakiem „Lewa, wspomnienie prawej.”).

Prawda jest taka, że nie mogę tego wiedzieć „na pewno” – NIKT nie może, ponieważ nikt z nas nie jest i nigdy nie będzie „nią ”.

Przed chwilą przeczytałam w książce o. Jacka Krzysztofowicza (tak, tak, to ten sam Krzysztofowicz, o którego odejściu tak głośno było kilka tygodni temu:)) że „mówić komuś, co DLA NIEGO byłoby najlepsze, oznacza brak szacunku dla bliźniego.”

Tego wszystkiego więc nie powiem i nie napiszę.

Chociaż przypominam sobie z własnego życia sytuację, kiedy wyczułam guzek w piersi i (jeszcze przed odwiedzeniem lekarza:)) pobiegałam do swojego spowiednika (i przyjaciela), by mu oznajmić, że ja WSZYSTKO rozumiem, niepełnosprawność i tak dalej, ale TYM RAZEM to już Pan Bóg trochę przesadził! WSZYSTKO tylko nie moje piersi! Krzyczałam, że wolałabym umrzeć. Za usprawiedliwienie tak gwałtownej reakcji niech posłuży fakt, że byłam wtedy jeszcze bardzo młoda.:)

Ale mimo wszystko wydaje mi się, że warto tu przypomnieć pewien podstawowy fakt: Angelina nie była (i nie jest) CHORA na raka, jest jedynie obciążona dość znacznym ryzykiem tej choroby.

A to każe – w zupełnym oderwaniu od jej indywidualnej decyzji, którą można jedynie uszanować! – stawiać pytania o sens takiej profilaktyki. O granice „primum non nocere”, o władzę człowieka nad własnym ciałem, o rolę lekarza…

Czy jedyną granicą etyczną medycyny powinna być WOLA pacjenta? (Jak w przypadku eutanazji, czy też tego mężczyzny, o którym już tu wielokrotnie wspominałam, który postanowił przeistoczyć się w „kota” i z pomocą usłużnych chirurgów wciela ów plan w życie.)

Czy mamy PRAWO usuwać zupełnie zdrowe organy, aby się ustrzec przed POTENCJALNYM niebezpieczeństwem? Dla przykładu: znany aktor Peter Falk (szerzej znany jako porucznik Columbo:)) przeszedł w dzieciństwie operację usunięcia gałki ocznej z powodu nowotworu – czy jednak należałoby taki zabieg przeprowadzać PROFILAKTYCZNIE u dzieci, których rodzice OBAWIAJĄ SIĘ nowotworu?

Inny przykład: wyrostek robaczkowy (co do którego nawet nie wiemy, dlaczego właściwie przetrwał u człowieka, i który z pewnością jest jeszcze mniej „potrzebny” niż kobiecie piersi:)) jest potencjalnym źródłem problemów u WSZYSTKICH ludzi, którzy go jeszcze posiadają.

Sama bardzo boję się jego zapalenia, ponieważ mam w rodzinie dwie osoby, które omal nie umarły z tego tak „banalnego” powodu. (Wywiązało się ciężkie zapalenie otrzewnej). A jednak nikt, o ile mi wiadomo, nie przeprowadza tego typu zabiegów „na wszelki wypadek.”

I wreszcie, jeśli Angelina podda się także – jak zapowiada – operacji usunięcia jajników, to chyba do końca życia będzie musiała poddawać się hormonalnej terapii zastępczej?

Tak więc PRZED owymi zabiegami profilaktycznymi mielibyśmy do czynienia ze ZDROWĄ (jeszcze!), płodną kobietą – a po niej…?

Czy zatem to wszystko nie jest tylko specyficznym przejawem naszego „lęku przed niepewnością” i tego, co wybitny biolog, prof. Testart, nazywa chęcią zabezpieczenia się przed WSZELKIM ryzykiem, jakie nas może spotkać w życiu?

To jednak chyba jest niemożliwe – bo RYZYKIEM jest przecież samo życie?

I wreszcie – czy w miarę, jak coraz lepiej będziemy poznawać nasz genom i drzemiące w nim zagrożenia, nie dojdzie w końcu do czegoś, co znakomity film sprzed lat, „Gattaca – szok przyszłości”, nazywa „genoizmem” – dyskryminacją ze względu na „złe” geny? „Przepraszamy, ale nasza firma nie może pana ubezpieczyć – ma pan aż 95% szans zachorowania na…”; „Niestety, z takim ryzykiem nie może pani liczyć na tę pracę.” I tak dalej…

Wydaje Wam się, że to czyste s.f.? Ja, niestety, obawiam się, że nie. Już teraz, na przykład, niektóre pary domagają się od lekarzy  ”gwarancji” na dziecko bez wad genetycznych lub potomka określonej płci.

I nie twierdzę, że ZNAM odpowiedzi na te wszystkie pytania. Ale i tak uważam, że należy je zadać.

Co zajmuje naszych posłów?

Otóż, proszę Państwa, wiele  niezwykle istotnych kwestii.

Oto, gdy jedni (zespół Macierewicza) w pocie czoła tropią sprawców „zamachu smoleńskiego” – bo zamach jest już prawie rzeczą pewną, należy jeszcze tylko ustalić, kto i dlaczego (choć, przyznam szczerze, nie bardzo rozumiem, jak dwie tezy: „samolot rozpadł się w powietrzu” i „trzy osoby prawdopodobnie przeżyły zamach.” – mogą być JEDNOCZEŚNIE prawdziwe. No, ale cóż – ja jestem tylko laikiem. Mecenas Rogalski, biedaczek, też widać nie rozumiał.) – inni znów (poseł-minister Gowin) węszą niemiecką zbrodnię przeciw polskim zarodkom. (Jedynie na podstawie jednego pustego pojemnika po ciekłym azocie, znalezionego notabene nie w klinice leczenia niepłodności, tylko w okulistycznej – a z tego, co mi wiadomo, pojemniki takie mogą służyć także do przechowywania innych substancji biologicznych, a nie tylko zarodków. Ale, znów podkreślam, nie jestem specjalistką.).

Tutaj akurat chciałabym serdecznie poradzić panu Gowinowi, żeby, jeśli RZECZYWIŚCIE leży mu na sercu los polskich zarodków (a mnie, na przykład, leży) – przestał się wygłupiać i namówił wreszcie swoich kolegów z partii do ustawowego uregulowania kwestii związanych z in vitro.

Bo dopóki to nie zostanie zrobione, to – przynajmniej teoretycznie! – każdy będzie mógł sobie robić z zarodkami i embrionami co mu się żywnie podoba. Pragnę przypomnieć panu ministrowi sprawiedliwości (choć co prawda dziwię się, że trzeba), że w prawie od dawna funkcjonuje zasada: „Co nie jest zakazane, uważa się za dozwolone.” Koniec i kropka.

Mogli Niemcy, Francuzi czy Amerykanie dopracować się własnych rozwiązań w dziedzinie bioetycznej – dlaczego my nie możemy?

Wszystko to jednak jeszcze nic w porównaniu z wielką ofensywą światopoglądową, jaką rozpoczął ostatnio przygasający nieco Ruch Palikota (przygasający do tego stopnia, że nawet ich Capo di tutti Capi już, mam wrażenie, szuka dla siebie i swoich zauszników wygodnej szalupy ratunkowej w postaci „Europy PLUS„: Nawiasem mówiąc, mój P. ostatnio zauważył, że ten „plus” w logo niebezpiecznie się kojarzy z krzyżykiem – czy taki „kryptochrześcijański” symbol jest dla nich do przyjęcia?;)).

Otóż światli posłowie tegoż Ruchu ostatnio zasypują panią minister Szumilas (to jest ta pani, przypominam, która była uprzejma stwierdzić, że „wiek uczniów nie wpływa na osiągnięcia szkolne” – choć wiadomo, że najlepsze obecnie wyniki nauczania w Europie osiąga Finlandia, gdzie dzieci rozpoczynają naukę w wieku siedmiu lat. No, ale dobrze: skoro wiek nie gra roli, to ja już zacznę przygotowywać Anielę do szkoły!:)) interpelacjami na temat przerażających treści, jakie wpajane są dzieciom na lekcjach religii (i nie tylko).

Twierdzą np. że nauczanie dziatwy o cudzie rozmnożenia chleba może skutkować niechęcią do uczciwej pracy, wspominanie na katechezie o zamianie wody w wino jest jedną z przyczyn plagi alkoholizmu w naszym kraju, zaś obraz Jezusa kroczącego po jeziorze może spowodować falę utonięć…

O, zaiste: słuszne to i sprawiedliwe, godne i zbawienne. Dzieci należy chronić za wszelką cenę. Ale czemu ograniczać się w tym wypadku jedynie do Biblii? Proponuję wykasować z programów szkolnych np. całą mitologię grecką. Toż to same patologie! Mit o Ikarze może wszak zachęcać dzieci do wyskakiwania przez okna, a znów ten o narodzinach Ateny – do rozwalenia koledze głowy młotkiem…

Już wolę nie myśleć, co by się działo, gdyby dzieciarnia postanowiła zrealizować od początku do końca historię Prometeusza – tę makabreskę z przywiązywaniem do skały i wyjadaniem wątroby przez sępa…

A jeśli chodzi o bajki  dla najmłodszych, to wcale nie jest lepiej! Sympatyczny (z pozoru!) Puchatek promuje niezdrowy styl życia i kradzieże; Gucio – kolega Pszczółki Mai – lenistwo i tumiwisizm, Kopciuszek – polowanie na bogatego męża, Czerwony Kapturek – przemoc wobec zwierząt, a Jaś i Małgosia – szkodliwe stereotypy płciowe i przemoc wszystkich wobec wszystkich. I tak dalej, i tak dalej…

Do odstrzału!

W zamian zaś proponuję wprowadzić lekturę obowiązkową dzieł zebranych posła Romana Kotlińskiego. Choć nie wiem, czy to dla dzieciaków nie nazbyt ciężka kara – sama przebrnęłam tylko przez 1,5 tomu trzytomowej sagi „Byłem księdzem.” No, ale cóż – per aspera ad astra!

Proszę Państwa, ja ROZUMIEM, że jak się ma 4% poparcia, to trzeba się trzymać swego twardego, antyklerykalnego elektoratu. I proszę mi wierzyć, doskonale rozumiem, że ktoś może zgłaszać zastrzeżenia do nauczania religii w szkołach. Sama mam ich niemało.

Ale BARDZO bym prosiła, żeby tego nie robić tak beznadziejnie głupio.

Postscriptum: Ostatnio zresztą antyklerykalni rycerze z Ruchu Palikota zmienili nieco front i zamiast o dusze młodych Polaków walczą z Kościołem kat. o zdrowie rodaków. Oświadczyli mianowicie, że księża, udzielający komunii „mogą przenosić choroby zakaźne.”

Rozumiem więc, że następnym krokiem będzie domaganie się zakazu tej wysoce niebezpiecznej ceremonii (o której już zresztą słyszałam najdziwniejsze rzeczy: że propaguje picie alkoholu i kanibalizm, na przykład)?

Mocno mnie tylko dziwi, czemu owa „epidemiologiczna troska” Ruchu sięga znowu TYLKO duchownych katolickich? W siostrzanej Cerkwii Prawosławnej komunii udziela się wiernym przy użyciu jednej łyżeczki… To ich nie przeraża?

Ale skoro nie, to rzecz cała mocno trąci nienawiścią na tle religijnym – i swoim brzydkim zapaszkiem zaczyna mi nieco przypominać to, co działo się w Niemczech w początkach lat 30.ubiegłego wieku.

Oto bowiem księża katoliccy są już nie tylko „źli” (to się rozumie niemal samo przez się!) – są także „brudni” – roznoszą choroby, jak, nie przymierzając, Żydzi w nazistowskiej propagandzie. .

Burza w filiżance herbaty.

No, i stało się. :)

Małgorzata Terlikowska, nazywana żoną „naczelnego taliba kraju” (cóż to za „nieoceniający” język, swoją drogą:)), udzieliła wywiadu. I to komu – „wrażym” Wysokim Obcasom, dodatkowi do „Gazety Wyborczej”.

Podziwiam tę odwagę w świecie „sformatowanych” mediów, gdzie wiadomo, że jedni czytają TYLKO „Krytykę Polityczną”, a inni znów „Gazetę Polską” (i to codziennie!;)) – i żadna ze stron nawet kijem nie tyka pism drugiej strony.

Innymi słowy, każdy z obozów siedzi we własnym okopie i nawet nie próbuje „przeciwnika” poznać i zrozumieć, już nie wspominając nawet o tym, żeby go szanować. Po co? I tak przecież „wszyscy wiedzą, jacy ONI są – i co myślą.” Na każdy temat. Prawda?:)

I, jak można się było spodziewać, ten śmiały manewr wywołał gwałtowne protesty z obydwu stron barykady.

Ci z prawicy oburzeni pytali, jak „Matka Polka-katoliczka” mogła w ogóle skalać się rozmową „z nimi” (Terlikowcy zaś rozsądnie ripostowali, że chcieli dotrzeć ze swoimi poglądami także do tych, którzy NIE MYŚLĄ tak, jak oni) – a znów z lewicy odezwały się głosy współczucia dla kobiety rzekomo „zniewolonej” przez patriarchat.

Czym zresztą lewica udowodniła, że – mimo głośno deklarowanej otwartości na RÓŻNORODNOŚĆ – ma problem z zaakceptowaniem stylów życia innych, niż szeroko lansowany „feministyczny” model kariery.

Oto bowiem red. Agnieszka Kublik w odpowiedzi na ów „obrazoburczy” wywiad zawyrokowała autorytatywnie, że Terlikowska jest istotą głęboko nieszczęśliwą, nawet jeśli sama o tym nie wie, ponieważ – o zgrozo! – „zinternalizowała” pragnienia i poglądy swego męża, błędnie uznając je za własne.

Inaczej mówiąc – biedna Terlikowska sama nie wie, czego chce, ponieważ „żadna normalna” kobieta nie może przecież pragnąć tego, czego chce jej mąż – a jeśli wydaje jej się, że chce, to…tak jej się tylko wydaje!

Przed takimi zarzutami próbował zresztą bronić swojej rozmówczyni sam autor wywiadu, stwierdzając, że „Terlikowska ma własne zdanie i nie potrzebuje męża, aby za nią myślał.” Został jednak szybciutko uciszony przez redakcyjną koleżankę, która błyskotliwie stwierdziła, że „na podstawie wywiadu nie da się stwierdzić, czy ktoś jest szczęśliwy, czy nie.” (Zgoda – mam tylko nadzieję, że podobną „zasadę ograniczonego zaufania” pani redaktor zastosowałaby również np. do Ygi Kostrzewy, która by jej opowiadała o szczęśliwym związku z partnerką?:)) A ona, Kublik Agnieszka, jest przekonana, że Terlikowska szczęśliwa być po prostu NIE MOŻE i już.

A ja, głupia, ciemna parafianka, zawsze myślałam, że „feminizm” oznacza także WOLNOŚĆ WYBORU dla kobiety takiego stylu życia, jakiego ona SAMA chce?I że wara komukolwiek to oceniać? No, cóż – okazuje się, że i tym razem się myliłam – nie pierwszy to raz i zapewne nie ostatni.

Okazuje się bowiem, że i tutaj (jak i np. w przypadku aborcji zresztą) tylko JEDEN wybór zasługuje na miano „prawdziwego” wyboru.

No, dobrze… A cóż takiego strasznego naopowiadała pani Małgorzata? Ano, mówiła o tym, że zamierza pozostać „z tym strasznym Terlikowskim” aż do śmierci, że nie stosuje antykoncepcji, tylko „model Creightona” (jest to inna, znacznie bardziej skomplikowana wersja metody objawowo-termicznej, stosowana np. przy problemach z damską płodnością -:)); że mąż chciałby mieć piąte dziecko, ale ona nie jest jeszcze gotowa; że ludzie w Polsce są okropnie niedelikatni i źle się odnoszą zarówno do rodzin bezdzietnych (Terlikowska ujawnia, że przez wiele lat po ślubie nie mogła się doczekać potomstwa), jak i wielodzietnych…

Zwłaszcza w tym ostatnim przypadku redaktor prowadzący wywiad dziwi się jak dziecko („Naprawdę? Niemożliwe!”). No, jasne, że „niemożliwe.” :) Przecież „w naszym katolickim kraju” nietolerancja dotyczy wyłącznie mniejszości seksualnych i etnicznych – wszyscy inni mają się tutaj jak pączek w maśle. Prawda?:)

Chociaż gdyby pan Redaktor poczytał sobie choćby mało przyjazne wpisy internautów na forach po tym wywiadzie, być może odrobinę zmieniłaby mu się perspektywa. Najbardziej „podobał mi się” komentarz następujący (a i tak był to jeden z tych najbardziej kulturalnych:)): „To straszne! Pani rodzi, nie licząc się zupełnie  z kosztami utrzymania potomstwa!”

Przyznam, że tutaj już zgłupiałam. KTO ostatecznie łoży na utrzymanie młodych Terlikowskich? Internauci (solidarnie!), czy ojciec tych dzieci? A jeśli ojciec, to z czym (oni mają) problem?!

W ogóle, choć autor stara się zachować pozory „przyjaznej neutralności” – pewne stereotypy dotyczące „katoli” wyłażą z niego prawie w każdym zdaniu. Gdy np. mówi, że „wy się wadzicie z tym światem głównie o dupę i okolice…” – bardzo bym chciała usłyszeć w wywiadzie z p. Biedroniem równie kulturalne stwierdzenie, że osobom homoseksualnym też chodzi głównie o te „okolice.” (Żartowałam – wcale bym nie chciała!) – albo „[ta czystość przedmałżeńska] to taki wasz katolicki fetysz”,  albo – Terlikowska napomyka o Bogu, a on rzuca „powiedz coś mniej BANALNEGO” (no, jasne – Bóg, jakie to banalne; po kiego napisano o Nim tyle książek?:)) – albo gdy dziwuje się, że Małgorzata, której mówi, że „świętą zostanie”, chodzi jeszcze do spowiedzi… Wydźwięk jest następujący: „Każdy ma jakieś tam swoje słabości, ale nie przesadzajmy, nie trzeba zaraz problemu z tego robić…”

Oczywiście, gdyby Terlikowska przyznała, że ma – jak nie przymierzając inna Małgorzata (Rozenek),  ”Perfekcyjna Pani Domu” – dosyć swego życia, zamierza się rozwieść z mężem oraz regularnie odwiedza psychoanalityka, warsztaty waginalne albo wróżkę – wszystko byłoby w jak najlepszym porządku. :) Prawda?

Nawiasem mówiąc, same te ciekawskie pytania: „Spowiadasz się? A z czego?” wydają mi się mocno nietaktowne. DLA MNIE spowiedź jest (a raczej, niestety, była) aktem tak intymnym, że na tak postawione pytanie odparłabym chyba: „Przepraszam, panie redaktorze, ale to nie pański interes!”

Rozumiem jednak, że żyjemy w czasach powszechnego ekshibicjonizmu i nie ma nic przyjemniejszego dla dziennikarza, niż zaglądać komuś do sumienia. Albo do łóżka. Zwłaszcza, jeśli jest to łóżko „katoli.”

W obronę swojej koleżanki, okrutnie gnębionej przez „katotaliban” wystąpił w końcu sam Redaktor Naczelny „Gazety”, pan Piotr Pacewicz, który czujnie tropi  w dalszej internetowej  dyskusji wszelkie oznaki niezadowolenia Terlikowskiej – widząc np. „żal” w jej stwierdzeniu, że czuła się doceniana jako dziennikarka, albo że bywa czasem „sfrustrowana” jako żona i matka.

No, jasne.:) Terlikowska mogłaby się czuć spełniona w tej roli TYLKO w wypadku, gdyby w pracy padła ofiarą molestowania, a przynajmniej mobbingu i „szklanego sufitu”?:)

Czasami mi się wydaje, że niektórzy ludzie o lewicowych poglądach mają dość naiwnie pozytywny obraz „pracy poza domem” (w przeciwieństwie do „siedzenia w domu”, które to jawi im się z reguły jako brutalne zniewolenie kobiet) – jak gdyby przeciętna „kobieta interesu” nie doświadczała równie często zmęczenia i frustracji. Jako córka „bizneswoman” z czasów, gdy w Polsce mało kto jeszcze znał to słowo, mogę potwierdzić, że doświadcza. Wątpię jednak, by to było dla kogoś przekonującym argumentem na potwierdzenie tezy, że „kobiety pracujące zawodowo z reguły są nieszczęśliwe.” Prawda?:)

Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że w dobie nowoczesnych technologii stary podział na „kobiety pracujące” i „te, które siedzą w domu” powoli traci rację bytu. Ja, na przykład, jestem tłumaczką i pracuję w domu, wychowując jednocześnie dwójkę dzieci – należę więc do tych „biernych zawodowo” czy raczej do tych, które „się realizują”?:P

Sądziłam zresztą, że dzięki telepracy uda mi się oszczędzić moim dzieciom przynajmniej niektórych problemów, które sama przeżywałam jako mała dziewczynka, mając wiecznie zabieganą mamę. Niestety, nie do końca jest to prawda. Czy pracujesz w domu, czy poza nim, DZIECI potrzebują Cię dokładnie tak samo. Słabo rozumieją terminy „zobowiązanie” i „umowa” – i często wołają „Maaaamoooo!” w najmniej odpowiednich momentach.:)

Gdybym pracowała w biurze, mogłabym zapewne uciec od tych okrzyków, ale nie od problemu.

Reasumując: NIGDZIE nie jest cały czas różowo i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Tymczasem Terlikowska z uporem powtarza, że jest szczęśliwa i że jej świat nie ogranicza się bynajmniej tylko do „piaskownicy”.

„Zresztą – dodaje – piaskownica to skądinąd bardzo ciekawe miejsce wymiany myśli i poglądów. Na przykład w mojej jest i anglistka, i slawistka, i biolożka, i filozof. I są to kobiety, których pasją jest macierzyństwo”.

No, skandal po prostu!:) W każdym razie dyskusja trwa i nie zanosi się na to, by się miała prędko zakończyć. I dobrze. Ja zawsze naiwnie wierzyłam, że, mimo wszystko, „warto rozmawiać.” (Mimo że nawet sam ten zwrot został już totalnie ośmieszony, odkąd stał się tytułem programu Pospieszalskiego.:))

Postscriptum: I żeby znów nie było, że ja, „żona księdza”, tak we wszystkim, bez zastrzeżeń, zgadzam się z żoną Terlikowskiego.:) Nie. Nie zgadzam się np. z jej dosyć sceptycznym podejściem do idei „urlopów ojcowskich” (bo „małe dziecko potrzebuje przede wszystkim matki”).

Inaczej też niż pani Małgorzata raczej nie miałabym problemu z zaproszeniem homoseksualnej córki (choć oby ją Pan Bóg zachował od takiego „błogosławieństwa odmienności”) wraz z jej przyjaciółką na rodzinny obiad. Ja wciąż wierzę, że nawet bardzo jasne określenie „granic grzechu” naprawdę nie musi oznaczać odrzucenia CZŁOWIEKA.

I wiem, że moje macierzyństwo nie byłoby w ogóle możliwe bez pomocy P., który jest moimi „rękami i nogami.” On sam zresztą niejednokrotnie skarżył mi się, że wyczerpująca praca zawodowa nie pozwala mu poświęcać naszym dzieciom tyle czasu, ile by chciał. Tak więc oboje nie mielibyśmy absolutnie NIC przeciwko temu, aby WSPÓLNY (płatny!) pobyt rodziców z nowonarodzonym w domu trwał nawet i pół roku i dłużej… A co, pomarzyć nie można?;)

A tutaj macie wywiad, od którego to wszystko się zaczęło:): http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,13607538,Malgorzata_Terlikowska__Maz_chce__dzieci_chca__a_ja.html