Dlaczego BXVI nie lubi „Avatara”?

Muszę przyznać, że kiedy watykańskie media skrytykowały „Avatara” za „brak głębi, emocji oraz bardzo prosto zarysowaną ideologię antyimperialistyczną” – nieco się zdziwiłam.

Przede wszystkim dlatego, że nie od dziś wiadomo, że jakakolwiek „katolicka krytyka” bywa dla współczesnych dzieł sztuki (nawet tych nie najwyższych lotów) najlepszą reklamą. 🙂

Naturalnie, ja też uważam, że fabuła jest w tym filmie jedynie tłem dla zapierających dech w piersiach efektów specjalnych (tym bardziej zadziwiających, kiedy ogląda się je w technologii 3D) – nie zostało przecież nawet pokrótce wyjaśnione DO CZEGOwłaściwie ludziom był potrzebny ten pandoriański surowiec, tak cenny, że dla niego mityczne ziemskie „korporacje” były skłonne wymordować całą nację.

Mamy tu zatem klasyczny schemat: zderzenie zdegenerowanej cywilizacji i mitu „dobrego dzikusa” – i rozumiem, że taki film mógł się spodobać antyglobalistom, ekologom, oraz tym, którzy wciąż jeszcze leczą nasze ziemskie traumy postkolonialne (w momencie, kiedy Kolumb odkrył Amerykę, na tym kontynencie żyło około 40 milionów Indian – ciekawe, gdzie się oni wszyscy podziali?). A także panteistom i feministom – choć wydaje mi się, że przypisywać Absolutowi tak jednoznacznie żeńskie cechy, jak w tym filmie, to takie samo nadużycie, jak twierdzić z całą pewnością, że Bóg jest mężczyzną (a taki pogląd swego czasu przypisywano „Pancernemu Kardynałowi”).

I jestem dziwnie spokojna, że gdyby „neutralne”i miło brzmiące słowo „EYWA” [Ewa?:)] , oznaczające Istotę Najwyższą zastąpić „nienawistnym” słowem „Bóg” to ten film mógłby dostać pierwszą nagrodę jedynie na Festiwalu Filmów Religijnych…

Przy tym myśląc o tej „przełomowej w dziejach kina” historii mam nieodparte wrażenie, że coś podobnego już nieraz widziałam. Tylko że wtedy nazywało się to na przykład „Pocahontas.”

 

Dzieci i ryby (opowieść prawie wigilijna).

Dwa dni temu w naszej wannie zalęgły się karpie. Sztuk trzy. Żywe. Bo niestety nie mogę przekonać Rodziców, że lepiej by je było kupić już w stanie uśmierconym – a najchętniej wcale. 

Wiem, wiem, że ryba to symbol chrześcijański, że ICHTYS i tak dalej… A jednak wydaje mi się że Boże Narodzenie doskonale by się obeszło bez „krwawej jatki” tych stworzeń. (Które zresztą stały się „tradycyjną potrawą” dopiero w XVIII stuleciu). Ja w ogóle mało „rybożerna” jestem, a jeszcze na Wigilię je się tyle innych pysznych rzeczy, że w ogóle nie ma o czym mówić…

Antoś był „rybkami” zachwycony. Do tego stopnia, że próbował im umilić kąpiel w wannie przez dodanie swego szamponu o zapachu malinowym. Altruista. 🙂 Na szczęście wspólnymi siłami udaremniliśmy ten zamiar.

Niestety, nie miałam w sobie dość odwagi, by powiedzieć synkowi, co naprawdę stało się następnie z jego nowymi „przyjaciółmi.” Ostatnio sytuacja rodzinna zmusiła nas do tłumaczenia mu zjawiska śmierci LUDZI – pomyślałam sobie, że rzeczywistość świątecznej śmierci karpia mogłaby być dla niego już zbyt wstrząsająca.

I tak oto ja, która za naczelną zasadę przyjęłam sobie nigdy swego dziecka nie okłamywać – stałam się nagle „wspólniczką w zbrodni” i opowiadałam mu gładkie historyjki o wypuszczaniu karpi do przerębla…

Jedyne, co mnie usprawiedliwia, to to, że z całej duszy chciałabym, żeby to była prawda.

Tak teraz, jak i wtedy, kiedy razem ze starszym o 5 lat bratem urządzaliśmy w domu marsze protestacyjne w obronie biednych karpi („Liga Obrony Karpia” to się nazywało, czy jakoś tak:)) – i podejrzliwie patrzyliśmy na ręce wszystkim wchodzącym do łazienki dorosłym, czy aby nie dzierżą w dłoniach jakiegoś skrytobójczego narzędzia… 🙂

Większości ludzi to podobno przechodzi – mnie jakoś nie przeszło.

 

Myślicie, że ta rybka to karp? Albo śledzik?

Puzzle małżeńskie.

W polskim Sejmie ma być rozpatrywana ustawa dotycząca stosunku państwa polskiego do jednopłciowych „związków partnerskich” zawieranych za granicą.

Prawo i Sprawiedliwość głośno krzyczy, że jest to furtka, służąca wprowadzeniu takowych związków w naszym bogobojnym kraju.

A mnie się zdaje (oczywiście, mogę się mylić…) że choć nie musimy niewolniczo wprowadzać u siebie WSZYSTKICH obcych „nowinek” – wcale nie uważam wszystkiego, co „postępowe” za automatycznie DOBRE, czego nigdy nie ukrywałam! (trudno mi chociażby uznać aborcję na życzenie do 24 tygodnia za najwyższe osiągnięcie ludzkości…) – to jednak nie możemy karać ludzi za to, że zrobili coś, co w innym systemie prawnym czy kulturze uchodzi za dozwolone. Tak, jak nie karzemy za przestępstwo tych, którzy poddali się sterylizacji czy przerwaniu ciąży za granicą – mimo że u nas obydwa te czyny są nielegalne. Choć, żeby to było zupełnie jasne: sam proceder „migracji aborcyjnej” (tak to się teraz nazywa zgodnie z wymogami poprawności politycznej…) wydaje mi się bezgranicznie smutny.

Problem różnic kulturowych jest jednak szerszy niż homoseksualizm. Co na przykład zrobić w Polsce z muzułmaninem, który chciałby się tu osiedlić ze swoimi dwiema, trzema, lub czterema żonami? Skazać za bigamię?:) Co ciekawe, nawet „postępowe” społeczeństwa Zachodu, które na ogół (już) nie mają problemu z uznaniem za małżeństwo pary osób tej samej płci, mają dużo większy kłopot z tego typu rodzinami. Widocznie paradygmat małżeństwa monogamicznego  „siedzi” w świadomości Europejczyków dużo głębiej, niż wymóg heteroseksualności… Poza tym, co tu dużo mówić, dwie żony to dwa razy więcej zasiłków rodzinnych, i tak dalej…

A żeby już nie szukać przykładów na tym „zgniłym Zachodzie” – pamiętam i u nas głośną sprawę pewnego Roma, który – zgodnie z ich prawem zwyczajowym – poślubił 14-latkę…i został przez polski sąd skazany za pedofilię. Słusznie, czy nie?

Ale z drugiej strony…jak daleko można iść w tym poszanowaniu dla odmiennych systemów wartości? Są kraje, w których praktykuje się „morderstwa honorowe”, niewolnictwo czy też obrzezanie kobiet. Czytałam o pewnym ojcu w Wielkiej Brytanii, który w imię tej tradycji okaleczył swoją dwuletnią córeczkę kuchennym nożem…Czy i to powinniśmy honorować z szacunku dla tamtych kultur? Czy odmienność kulturowa może być w takich przypadkach wygodną linią obrony?

Ojej! Trudne to wszystko, niejednoznaczne… (I cokolwiek bym nie napisała, od KOGOŚ mi się dostanie – tak trudno godzić „ogień z wodą”, wymogi „tolerancji” z własnym sumieniem… I jakby coraz trudniej…)

A obawiam się, że z czasem będziemy mieli tego typu moralno-prawnych dylematów coraz więcej. Bo nie jest przecież tak, że wystarczy tylko okopać naszą ukochaną Ojczyznę i dobrze ją odrutować, a żadne obce „wszeteczeństwo” już do nas nie dotrze. Prawda?