Nie tylko Smoleńsk.

W powodzi informacji, dotyczących katastrofy smoleńskiej od roku przewijają się takie przymiotniki, jak „największa” czy też „najbardziej tragiczna.” Swoim zwyczajem zaczęłam się zastanawiać, czy tak jest w istocie. Oczytałam się trochę i znalazłam naprawdę zdumiewające  rzeczy.

Tuż po katastrofie smoleńskiej pojawiło się na przykład pytanie – „jak to możliwe, że samolot tak po prostu rozpadł się w powietrzu?” Nie wiem, jak to możliwe, ale wiem, że czasami tak się właśnie zdarza. Na przykład, kiedy 10. czerwca 1952 roku w Poznaniu rozbił się samolot, należący do 21. Pułku Lotnictwa Zwiadowczego (ścinając po drodze słup elektryczny i trakcję tramwajową – podobnie, jak ów feralny Tu-154M ściął drzewo…) – rozpadł się na tak drobne kawałki, że praktycznie nie było już co zbierać.

Nawiasem mówiąc, był to bombowiec – tak więc odpadają także wszystkie teorie, mówiące o tym, że Tu-154M, jako samolot, rzekomo, „na bazie bombowca”(!) nie miał prawa się rozlecieć. Od katastrofy samolotu An-24 z 1969 roku, który rozbił się w trudno dostępnym terenie, minęło już z górą 40 lat, a na miejscu wciąż jeszcze można znaleźć fragmenty tej maszyny.

Zresztą „tutki” spadały i wcześniej – tyle tylko, że (ponieważ często były to samoloty używane do celów wojskowych) myśmy na ogół nic o tym nie wiedzieli. Z samolotów tych korzystały jednak także cywilne linie lotnicze – z krajów b. ZSRR, Kuby, Bułgarii, Rumunii, Węgier, Korei Północnej oraz Syrii. PLL Lot już w 1996 roku wycofał je ze swojej floty. Pozostały tylko te dwa – zarządzane przez 36 Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, które służyły do przewozu władz państwowych.

Tylko w ciągu ostatniej dekady kroniki zanotowały co najmniej 8 tragicznych katastrof z udziałem tupolewów (nie licząc tej w Smoleńsku):

 

3 lipca 2001: samolot linii Vladivostok Avia rozbił się w Irkucku na Syberii. Ginie 145 osób.

4 października 2001: 78 osób zginęło, gdy Tu-154 w drodze z Tel Awiwu do Nowosybirska w Rosji eksplodował nagle nad Morzem Czarnym. Samolot najprawdopodobniej został trafiony rakietą podczas ćwiczeń ukraińskiego wojska na morzu.

12 lutego 2002: Samolot linii Iran Airtour z 119 osobami na pokładzie rozbił się w pobliżu Chorramabadu w Iranie.

1 lipca 2002: Tu-154 linii BAL Bashkirian Airlines ,lecący z Barcelony  zderzył się nad Überlingen z samolotem dostawczym. 71 osób zginęło, a 52 z nich to dzieci.

24 sierpnia 2004: Samolot linii S7 Airlines rozbił się nad Morzem Czarnym. Śmierć poniosło 46 pasażerów .

22 sierpnia 2006: Samolot rosyjskich linii Pulkovo Airlines rozbił się podczas burzy nad Ukrainą. 170 osób zginęło.

1 września 2006: Tu-154 ze 147 osobami na pokładzie wpadł w poślizg i rozpadł się na pasie startowym w Meszhedzie (Iran). 80 ofiar śmiertelnych.

15 lipca 2009: Wkrótce po starcie spadł samolot linii Caspian Airlines , który leciał z Teheranu do Armenii. Zginęło 168 osób.

 

(Źródło:http://facet.dlastudenta.pl/artykuł/Dziewiata_katastrofa_Tupolewa,50285.html)

 

Jeden Tupolew brał też udział w tragicznym w skutkach zderzeniu w powietrzu, które miało miejsce we wrześniu 1976 roku nad Zagrzebiem. Życie straciło wówczas łącznie 176 osób.

 

A może chodzi o to, że katastrofa smoleńska była w istocie „najtragiczniejszym tego typu wydarzeniem w historii Polski”? W niczym nie umniejszając prestiżu ofiar, nie wydaje mi się. W dyskutowanej do dziś katastrofie należącego do PLL LOT Iła-62M o wdzięcznej nazwie „Tadeusz Kościuszko” (która wydarzyła się 9 maja 1987 roku w Lesie Kabackim) zginęło aż 183 ludzi. Nie muszę chyba dodawać, że pozostałości tej maszyny znajdowano na miejscu tragedii jeszcze wiele, wiele lat później.

 

W innej polskiej katastrofie Iła – z roku 1980 – zginęło wprawdzie „tylko” 77 osób, ale że była wśród nich także popularna polska piosenkarka, Anna Jantar, narosło wokół niej niemal tyle samo najdziwaczniejszych teorii spiskowych, co i wokół Smoleńska. Sama kiedyś słyszałam pogłoskę, jakoby Anna wcale nie zginęła, lecz została porwana do haremu jakiegoś bliskowschodniego szejka…

 

A co powiecie o tej tragedii na kolei z 1977 roku, gdy w katastrofie ekspresu relacji Praga-Moskwa, w którym jechali prawie sami Rosjanie, zginęło WYŁĄCZNIE 11 Polaków? Cóż za wymarzony temat do plotek!

 

Jeśli jednak sądzicie, że to my-Polacy mamy monopol na tego typu niestworzone historie, to się także mylicie. Najbardziej zaszokowała mnie informacja, że gdy 20 marca 1968 roku pod lawiną w Karkonoszach zginęła grupa zagranicznych turystów (w tym trzynaścioro pochodzących z ZSRR) to nie kto inny, tylko „przyjaciele Rosjanie” oskarżyli nas o… celowe wywołanie lawiny, ażeby pognębić „towarzyszy radzieckich.” Czy to Wam nie przypomina dywagacji na temat „sztucznej mgły” nad Smoleńskiem 10. kwietnia 2010 roku? Bo mnie bardzo.

 

A może tragedia smoleńska jest rzeczywiście „najbardziej zagadkowa” spośród wszystkich tego typu, jakie kiedykolwiek się wydarzyły? Z całym szacunkiem, ale chyba jednak nie. Według mnie niekwestionowane pierwszeństwo w tej „kategorii” należy się katastrofie, jaka zdarzyła się 19 sierpnia 1980 w  Arabii Saudyjskiej.

 

Jak wynika z zapisów czarnych skrzynek, w siódmej minucie lotu odkryto ogień w luku bagażowym. Kapitan zatem podjął decyzję o powrocie na lotnisko. Z niewyjaśnionych przyczyn jednak, pomimo zadymienia kabiny, ani pasażerowie, ani załoga nie założyli masek tlenowych – i w krótkim czasie udusili się dymem. Zapis czarnej skrzynki kończy się dramatycznie o godzinie 18.36 i 22 sekundy (a pierwsze symptomy pożaru zauważono około 18.14) – ale to… wcale jeszcze nie był koniec!

 

O godzinie 18.36 i 30 sekund samolot Saudyjskich Linii Lotniczych… wylądował bezpiecznie na lotnisku w Rijadzie! Silniki zgasły 6 minut po lądowaniu – gdy jednak służby ratownicze dostały się do środka (około 19.05) – okazało się że wszyscy, pasażerowie i załoga (łącznie 301 osób) dawno już nie żyją. Kto zatem sprowadził szczęśliwie samolot na ziemię? Kto wyłączył silniki?

 

Widzicie, historie takie, jak ta uczą mnie pokory i ostrożności w formułowaniu kategorycznych sądów. Jak to napisali autorzy książki „Najbardziej niesamowite katastrofy lotnicze”: „Analizując przebieg [tych wydarzeń] zauważymy, że pojedyncza pomyłka, jedno zaniedbanie nie jest w stanie spowodować lotniczej tragedii. Najczęściej jest tak, że tych błędów tworzy się cały, fatalny w swych skutkach, splot. Swoisty węzeł gordyjski pomyłek, którego od pewnego momentu nie można już rozwikłać. Takie sytuacje zdarzają się niezmiernie rzadko, ale się zdarzają. Lotnictwo, jak każda inna rzecz na tym świecie, nie jest doskonałe czy wolne od ludzkich słabości.” I o tym także radziłabym pamiętać w ferworze gorących, rocznicowych polemik…

blog_ii_564575_4042888_tr_rocznica

Na zdjęciu: Pomnik ofiar katastrofy w Lesie Kabackim.

 

Bibliografia:

Norbert Salustowicz, Violetta Krasnowska, Najbardziej niesamowite katastrofy lotnicze,  wyd. BELLONA, Warszawa 2006.

Przemysław Semczuk, Zatajone katastrofy PRL, wyd. Axel Springer („Newsweek Polska”), Warszawa 2011.

 

Nic śmiesznego!

Muszę się przyznać, że niezbyt lubię „żarty” primaaprilisowe, polegające na tym, że mówi się komuś, że właśnie wywalili go z pracy, żona przyprawia mu rogi, a dziecko wpadło pod samochód. Tego typu kawały mają to do siebie, że śmieszne są zazwyczaj tylko dla jednej strony. (Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia w tej sprawie?)

Zamiast więc tego chciałabym wywołać przynajmniej uśmiech na Waszych twarzach, zamieszczając tu dzisiaj kilka historyjek, które mnie ostatnio bardzo śmieszą. Zgodnie z tematyką bloga będą to, oczywiście, „dowcipy z kruchty.” Dobrej zabawy!

***

W mieszkaniu pewnego lekarza dzwoni telefon. Mówi znajomy ksiądz:
– Cześć, stary, brakuje nam czwartego do brydża. Wpadniesz?
– Dobra, tylko powiem żonie. Kochanie… przepraszam Cię, ale muszę jeszcze wyjść. Mam pilne wezwanie do pacjenta.
– Naprawdę musisz?
– Muszę, słoneczko! Stan jest bardzo ciężki – trzech katolickich księży już tam jest!

*

Młody mieszkaniec odległych wysp, studiujący w Europie, wraca na wakacje do domu. Dumni rodacy urządzają na jego cześć wystawną ucztę – a w kociołku, zgodnie z tradycją, gotują się ciała największych wrogów.

Student kategorycznie odmawia jedzenia. Na to wódz, zaniepokojony, pyta, czy aby na obczyźnie nie zaczął się wstydzić starych zwyczajów.
-Ależ nie, skądże znowu! Tylko widzicie, odkąd zostałem katolikiem, muszę przestrzegać pewnych przepisów, które ustala papież w Rzymie. I dziś jest właśnie jeden z takich dni. Jutro chętnie z wami poświętuję!
– Jutro? A dlaczego nie dziś?
– Bo dziś jest Wielki Piątek!

*

Mała Ellen wraca z katechezy i mówi do matki z wyrzutem:
– Zawsze mi opowiadałaś, że Pan Bóg mieszka w niebie, a pani katechetka mówiła, że On jest w kościele! To jak to w końcu jest?!
– Bo widzisz, skarbie – odpowiada szybko matka – to jest tak: Pan Bóg mieszka w niebie, a w kościele ma tylko konsultacje…

*

Wódz Indian wraz z synkiem został zaproszony do Europy celem przedstawienia religii i kultury swego ludu. Ponieważ w hotelu jest duszno, prosi synka, by przyniósł  mu trochę wody. Po chwili rezolutny malec wraca do pokoju i mówi:
– Nie dostałem niestety wody. Jakiś biały człowiek siedzi na źródle…

*

Ksiądz pyta dzieci na religii, kiedy Pan Bóg ustanowił sakrament małżeństwa.
– W raju! – pada odpowiedź.
– No, dobrze. A jakimi słowami zostało to powiedziane?
Głos z klasy:
– „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę!”

*

Wschodnie Niemcy. Matka wysyła małego Hansa na plebanię z jakąś wiadomością. Przed wyjściem tłumaczy mu: „Jak się spotkasz z księdzem, to nie mów do niego „dzień dobry!” tylko „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” Po powrocie pyta go, jak mu poszło.
-Dobrze. – odpowiada chłopiec – Ale panią, która otworzyła drzwi, pozdrowiłem inaczej!
-?
-”Bądź pozdrowiona, Maryjo!”*

Europa Zachodnia. Dwóch nastolatków pomaga zakonnicy z ręką w gipsie wsiąść do tramwaju. Uprzejmie pytają, co jej się stało.
-A, chłopcy, poślizgnęłam się w wannie i upadłam.
Jeden do drugiego szeptem:
– Ty wiesz, co to jest ta „wanna”?
– Skąd, przecież nie jestem katolikiem!

*

XIX wiek, czasy przedekumeniczne. Misjonarze katolicki i protestancki znani są z tego, że często toczą ze sobą burzliwe dyskusje. Wreszcie duchowny katolicki, mając świadomość tego, jak fatalne wrażenie robi to, że chrześcijanie nie potrafią się ze sobą dogadać, wyciąga rękę do zgody:
– Słuchaj, stary, nie kłóćmy się już! W końcu obydwaj wierzymy w tego samego Boga. Ty na swój sposób, a ja na Jego…
blog_ii_564575_4042888_tr_zart
Takie i podobne historyjki znajdziecie np. w książce Adalberta Ludwiga Ballinga „Humor klasztorny. Błogosławieni mądrzy i pełni humoru.”,  Wydawnictwo M, Kraków 2006. Obrazek z niegrzecznym aniołkiem (to wypisz-wymaluj ja!:)) pochodzi z serwisu katolik.pl

Nieprzyzwoite pytania.

Witajcie,

strasznie dawno mnie tu nie było (zbytnio pochłania mnie walka o przeżycie w prawdziwym świecie). A jednak ten chochlik w mojej głowie został znów sprowokowany do pisania przez wiadomość, że podczas tegorocznego spisu powszechnego ma zostać (po raz pierwszy od czasów międzywojennych) zadane pytanie o „wyznanie (przynależność do kościoła lub związku wyznaniowego).”

Pomijając już fakt, że zdziwił mnie nieco sam taki pomysł w epoce, w której kwestie związane z religią uważa się często za bardziej „wstydliwe” niż te związane z seksem – zastanawiam się, na podstawie jakich kryteriów można owo „wyznanie” precyzyjnie określić?

Bo jeśli np. na podstawie statystyki chrztów i odpowiedniego wpisu do metryki, to hierarchowie Kościoła katolickiego mogą spać spokojnie, w poczuciu błogiego samozadowolenia, mimo całej bylejakości naszego chrześcijaństwa. Niestety.

A z drugiej strony – do jakiej rubryczki można „wpisać” tych wszystkich, którzy choć nie czują bliskości z żadną konkretną religią, czują jednak intuicyjnie, że „Coś tam gdzieś jest”? Czy można ich jednoznacznie przypisać do grupy „niewierzących”, agnostyków czy też ateistów? Czy można nazwać „niewierzącymi” Simone Weil lub Leszka Kołakowskiego, choć oboje całe życie unikali jednoznacznych religijnych deklaracji?

Gdzie przyporządkować całe rzesze „wierzących-niepraktykujących” (rozmaitych zresztą konfesji), którzy, choć często przyznają się do związku z jakimś wyznaniem, z różnych przyczyn nie „praktykują” żadnego?

Gdzie wreszcie mam w tej tabeli umieścić samą siebie? Ja, która mówię, że jestem katoliczką (i nie potrafię być nikim innym) – a którą Kościół instytucjonalny (którego, o ironio, często muszę bronić przed niesprawiedliwymi atakami) interesuje się tylko o tyle, by mnie karcić jako „zatwardziałą grzesznicę”?

Słyszałam o bardzo wielu ludziach, którzy choć od dawna nie wierzą już w nic, w co każe wierzyć „ich” religia (istnieją badania sugerujące, że w niektórych krajach ponad 60% chrześcijan nie wierzy już nawet w tak fundamentalne dogmaty, jak zmartwychwstanie Chrystusa), to jednak z różnych względów pragną przy niej pozostać. Czy należy im odmawiać tego prawa? Czy w kwestiach wiary, podobnie jak np. w sprawach narodowości, kryteria „subiektywne” (wewnętrzne przekonanie o własnej tożsamości) są zawsze ważniejsze od „obiektywnych” (formalna przynależność do danej wspólnoty i/lub respektowanie wszystkich jej zasad)? A może jest dokładnie odwrotnie? No, nie wiem, nie wiem…