Proszę mnie dobrze zrozumieć – ja WIEM, że również islam zna pojęcie Boga Miłosiernego i Litościwego, i że także w chrześcijaństwie występowały i występują „wojownicze” akcenty, najlepiej chyba ucieleśnione w idei „wypraw krzyżowych.” (Chociaż podobnie jak wielu innych historyków zastanawiam się, na ile zaistnienie takiego zjawiska w naszym kręgu kulturowym mogło być skutkiem wpływu religii muzułmańskiej? No, bo – upraszczając nieco – skoro „oni” są gotowi zginąć za swego Boga, to „my” przecież nie możemy być gorsi, prawda? Istnieje w historii chrześcijaństwa więcej epizodów, które dałoby się wyjaśnić przenikaniem islamu – jak choćby tzw. „ruch ikonoklastyczny” <niszczenie ikon> w Bizancjum w VIII i IX w. Czemuż by i w przypadku krucjat nie zastosować podobnego klucza?).
Tym niemniej, wydaje mi się, że różnica tkwi przede wszystkim w PROPORCJACH – o ile bowiem w Starym Testamencie można jeszcze znaleźć dość liczne wzmianki o „bojach Pańskich” (1 Sm 25,28) tj. toczonych „w imieniu” czy wręcz „z polecenia” Boga – o tyle trudno coś podobnego znaleźć w Ewangeliach, może z wyjątkiem jednego tylko fragmentu (Łk 22,36-38), gdzie Jezus nakazuje uczniom, aby kupili sobie „miecz.”
Może z tego powodu tylu radykalnych chrześcijan w przeszłości było pacyfistami (m.in. arianie i kwakrzy) a dziś jeszcze są nimi Świadkowie Jehowy. Warto jednak w tym miejscu przypomnieć, że przy całej swojej niechęci do użycia miecza (Mt 26,52), a w szczególności do „wojen religijnych” (Mk 9,38-40), wydaje się, że – podobnie jak Jan Chrzciciel (Łk 3,14) – Jezus NIE BYŁ otwarcie przeciwny służbie wojskowej przy zachowaniu elementarnych zasad moralnych. A w każdym razie nigdy wprost o tym nie mówił.
Natomiast nawet przy pobieżnej lekturze tekstu Koranu (choć należy tu dodać, że chodzi mi tylko o przekład polski Józefa Bielawskiego, ponieważ z punktu widzenia uczniów Mahometa jedynie prawdziwym Koranem – czyli „[świętą] Księgą” – jest ten w języku arabskim) może uderzać wyraźna dysproporcja pomiędzy liczbą fraz nawołujących do przemocy i brutalności (jest ich 180) oraz do nienawiści względem „niewiernych” (349), a tymi, które propagują gotowość do niesienia pomocy innym (69) i tolerancję religijną (11).
Zdaję sobie przy tym sprawę ze specyficznych warunków geopolitycznych, w których islam powstawał – to zapewne wymuszało na jego wyznawcach większą „bojowość”, niżby można było oczekiwać po wyznawcach Boga Jedynego – oraz z tego, że (inaczej, niż np. katolicyzm, a podobnie, jak judaizm) cały światowy islam nie tworzy jakiejś jednej, scentralizowanej struktury – i że w jego obrębie istnieje niezliczona liczba różnych „szkół koranicznych”, skupionych wokół tego czy innego imama.
Wiem również, że liberalni teologowie islamscy reinterpretują nawet samo pojęcie „dżihadu”, nadając owej „świętej wojnie” raczej znaczenie „walki duchowej” ze złem, etc.
Ale…czy to właśnie takie poglądy są dominujące we współczesnej religii muzułmańskiej, a zwłaszcza wśród nowych imigrantów do Europy – można by się spierać. Obawiam się także, że – jak zwykle – „neofici są zawsze najbardziej gorliwi.” Sam mufti Tomasz Miśkiewicz (przywódca Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP) zwierzył się kiedyś w jakimś wywiadzie, że ma problemy z przybywającymi z zagranicy wyznawcami, którzy, jak się wyraził – nie zawsze rozumieją ducha polskiego islamu, który od początku był nastawiony raczej pokojowo.
Czy zatem istnieje „tolerancyjny islam”? Zapewne. Ale czy jego zwolennicy nie uchodzą w oczach radykałów za równie niebezpiecznych, co „niewierni”?
Dość powiedzieć, że chociaż Koran zabrania wiernym uciskać tych, którzy „wierzą w Boga i w Dzień Ostatni” (przede wszystkim więc Żydów i chrześcijan), to jednak konwersja między tymi trzema „religiami Księgi” jest możliwa w zasadzie tylko w jedną stronę. Przejście wierzącego muzułmanina na jakąkolwiek inną religię jest traktowane jako „zdrada islamu” i może być karane nawet śmiercią, podobnie, jak otwarte przyznawanie się do ateizmu.