Bajka pod smutnym tytułem.

Dawno, dawno temu…a właściwie to całkiem niedawno…w pewnym małym kraju uważanym za cywilizowany… żyła sobie Staruszka.

Staruszka, wzorem innych staruszków w tym kraju, już od dawna mieszkała w luksusowym domu opieki, tak sterylnym i czystym, że nawet pielęgniarki uśmiechały się w nim tylko zgodnie z przepisami.

Mieszkała tam już od tak dawna, że miała wrażenie, że zapomniał o niej cały świat – a już na pewno jej własne dzieci i wnuki, które (to też było w zwyczaju) dawno, dawno temu same odwiozły ją do tego miejsca słonecznej starości, gdzie miała dożyć jasnego końca swoich długich dni.

“Moje życie nie ma sensu! – pomyślała Staruszka pewnego dnia, który był podobny do setki innych jej dni – Tylko śmierć może mnie jeszcze uszczęśliwić!” Po czym sięgnęła po nóż, aby podciąć sobie żyły – niestety, jej ręce, słabe i drżące, nie zechciały jej posłuchać.

A potem pielęgniarki, uśmiechając się służbowo, zabrały wszystkie ostre narzędzia z jej pokoju. Staruszka rozpoczęła więc głodówkę.

Wielcy tego świata byli zdumieni uporem Staruszki – bo choć mędrcy w jej kraju już dawno dopuścili miłosierną eutanazję z wielu innych powodów, to jednak żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że komuś może doskwierać sama starość tak znormalizowana i czysta…

Tylko… czy jakakolwiek trucizna zdoła zabić w człowieku potrzebę bycia kochanym?

A ta bajeczka, kochane dzieci, zdarzyła się naprawdę – można było dziś o tym przeczytać w jednym z ogólnopolskich dzienników.

9 Replies to “Bajka pod smutnym tytułem.”

  1. Widze ,że wyłapujemy podobne problemy.Oczywiście ,każdy z nas odczuwa potrzebę bycia kochanym,lub przynajmniej akceptacji i to od dziecka po późną starość.Znam to doskonale z autopsji.Nasłuchałam sie tylu smutnych opowieści…Ale z drugiej strony muszę stwierdzić ,że mam też sporą grupę pacjentów,często w znacnie zaawansowanym wieku,niektórych z zaburzeniami poznawczymi,a otoczonych taką,wręcz wzruszjącą troską bliskich i to nie tylko corek,ale niekiedy i synów,a czasami też wnuków,że jest to budujące.Wszysko zależy od więzi rodzinnych,ktore zawiązują się juz we wczesnym dzieciństwie i potem od przykładu rodzicow.A co bys powiedaiała o apelu pewnej gazety,bez konkretnego adresata.Mianowicie zapyuje ona czy nikt nie zechce pomóc,umieszconej z zakladzie opiekuńczym 80-cioletniej Lucynie Winnickiej,podobno w trzyosobowym pokoju,z zakazem wpuszczania gości i pozbawieniem jej telefonu komórkowego?..Przeciez ma syna i wnuki.!!To one tak ją uszczęśliwiły.Stała sie zbędnym “przedmiotem”….Bez komentarza.Przyklady można mnożyć.Pozdrawiam.Marycha44.blog.onet.pl

    1. To straszne! I tragicznie smutne…Czy to ta wielka aktorka (“Matka Joanna od Aniołów”) czy tylko przypadkowa zbieżność nazwisk? Wiesz, już tu kilka razy cytowałam jednego mojego znajomego księdza, który stwiedził, że być może “domy starców” są zemstą naszych dzieci za żłobki…Rodzice coraz mniej czasu poświęcają swoim dzieciom – choć mają ich coraz mniej!- więc KIEDY ma sę wytworzyć ta więź miłości między nimi?

      1. Tak to wlasnie o nią chodzi.Apelowano ,aby umieścić ją w Domu Aktora.gdzie byłaby wśród swoich.Ale u nas pisze się o różnych tragediach,lecz czy jest tego dalszy ciąg?Bardzo często nie.A co do więżi?Napewno jest jak mowisz.Choć z własnego podworka muszę powiedzieć,że mimo iż zawsze dużo pracowalam,jak większość lekarzy,ale mogę z całą odpowiedzialnościa powiedzieć ,że udało mi się nie tylko mieć kontakt,ale zaprzyjaźnić się z wlasną corką.Choć bytwały trudne okresy,oj bywały

  2. Trudno mi ustosunkowac sie do postu,lecz musze jednak stwierdzic,ze zabraklo definitywnie milosci,bo ona tutaj jest jedyna sprawczynia takiej sytuacji.Chce mimo wszystko powiedziec,ze pomysl pobytu starszych i niedoleznych juz ludzi w domach seniora[delikatnie nazywajac],nie jest wcale zly.Lecz musza tego chciec obydwie strony;podopieczny[a] i opiekunowie.Z wlasnego doswiadczenia widze,jak trudno opiekowac sie starszym czlowiekiem,jak ciezko jest tej osobie,ktora sie nia opiekuje.Mam sasiadke,ktora ma 74 lata,a jej matka 98.Oboje z mezem[81] lat opiekuja sie ta staruszka,ktora jest stosunkowo zdrowa osoba,lecz zniedolezniala.Za to corka jest inwalidka i po udarze,maz tez schorowany,lecz mimo to nie oddaja matki do domu opieki,a to dlatego,ze ona sama nie wyraza takiej ochoty.Jest tego swiadoma,ze jest ogromnym ciezarem dla corki,lecz jest jeszcze w dodatku zlosliwa.Corka z zieciem czasami wychodza przed dom zeby sobie poplakac nad swoim losem,ale robia wszystko,co w ich mocy,zeby babcia miala czysto byla najedzona,miala opieke lekarska i czyste poslanie.Chociaz narzekaja na swoj los,to jednak kochaja matke i za nic bez jej zgody nie oddaliby do do mu opieki.Gdyby wyrazila zgode,nie byloby dnia ,czy tygodnia zeby jej nie odwiedzili.Patrzac z boku na ta sytuacje i na udreke tej kobiety,poinformowalam juz wlasne dzieci,ze w chwili,kiedy nie bede mogla nic juz wokol siebie zrobic,maja mnie oddac bez zadnych wyrzutow do domu opieki.Od ich woli bedzie zalezalo czy mnie beda odwiedzac,czy nie.Wiem tylko tyle,ze nie chce byc dla nikogo ciezarem,albo zeby ktos czul sie przymuszony do opieki,wole zaplacic.Uwazam,ze bez wzgledu na przekonania religijne,czy status spoleczny,nalezy podejmowac takie decyzje,jakie beda najlepsze dla obu stron.Napewno nie totalna samotnosc i napewno nie wbrew woli.Jeszcze trzeba wykazac sie szacunkiem i dac odrobine ciepla,a w szczegolnosci milosc.Tego trzeba sie nauczyc w rodzinie.

    1. I to jest prawda. Obserwowałam sąsiadkę mojej córki. Kobieta dobrze po sześćdziesiątce, z choroba nowotworowa, cukrzycą, sfelerowanym kregosłupem opiekowała się matką. Póki matka chodziła było jako tako, jak sie połozyła zaczęła sie tragedia. Przecież ona nie miała siły ani matki podnieść, ani zmienić pampersa ani nawet nie miała jak wyjść do sklepu po zakupy. Matki nie oddała, może tez dlatego ze poprostu z marniutką emeryturą swoja i matki nie było jej poprostu stać na dom opieki. Matka zmarła ale po niej żalu jakoś nie było widać a raczej ona w końcu odetchnęła.

      1. No, tak, Małgorzato – tylko że problem polega na tym, że KAŻDY z nas może stać się dla innych ciężarem. Ty także. A zapewniam Cię, że taka świadomość nigdy nie jest przyjemna. Wciąż jednak nie wierzę, że samobójstwo jest tutaj najlepszym rozwiązaniem.

    2. Niestety, pani Tereso, choć nie neguję konieczności istnienia takich domów w społeczeństwie, sądzę, że są one coraz częściej tylko bardziej lub mniej wygodnymi “przechowalniami” dla ludzi, których nikt nie kocha i którzy nie są już nikomu potrzebni. A z tą “dobrowolnością” to też różnie bywa – w krajach, gdzie takie rozwiązanie przyjmuje się za “normę” nikomu nie przychodzi do głowy, aby protestować. Mój spowiednik, który spędził długie lata w Szwajcarii, opowiadał mi o presji, jaką wywiera się na ludzi starszych, żeby “dobrowolnie” przenosili się do takich zakładów.

  3. opieka nad starszą osobą jest ciężka fizycznie i psychicznie. Ja nie mam odwagi oceniać ludzi oddających starszcych do domu starców. Czemu? Bo nie wiemy jak wyglądały stosunki w tej rodzinie i co ta miła staruszka robiła swoim krewnym i jak się do nich odnosiła. Przypadek z rodziny- syn przedzielił murem dom i ogród (mieszkali na wsi) na część swoją i matki. Wyrodny krzyczeli, łazienkę zabrał matce. Matka biła bo i znęcała się nad nim póki miała siłę. Od innej uciekły dzieci- rozbijała ich małżeństwa i wtrącała się do cudzego życia. Czasem to faktycznie kwestia że dziecko jest wyrodne, ale czasem to po prostu… odpłacenie pięknym za nadobne.

    1. Erinti, ja nie przeczę, że czasami oddanie kogoś do takiego domu może być koniecznością, a nawet – niekiedy – najlepszym dla wszystkich rozwiązaniem (bo wiem, że staruszkowie to też nie aniołki i bywają nieznośni…), nie powinno to jednak stawać się regułą, prowadzi bowiem do samotności i wykluczenia ludzi starszych ze społeczeństwa. Obawiam się, że następnym krokiem może być już tylko ich “dobrowolna” eutanazja – właśnie ze strachu przed zniedołężnieniem i samotnością (bo nikt przecież nigdy nie wymyśli “leku” na starość, która powinna być dla nas NORMALNĄ częścią życia, tak samo, jak dzieciństwo i młodość – noworodki wymagają od nas równie wiele troski, ale czy komuś przychodzi do głowy, żeby oddawać je “na przechowanie” do jakiegoś ośrodka, dopóki trochę nie urosną?). Moja babcia dożyła 89.roku życia i – mimo że pod koniec życia opieka nad nią bywała bardzo uciążliwa – gasła we własnym domu, otoczona naszą miłością, a kiedy zmarła, płakało po niej całe miasteczko, bo była cudowną osobą… Zawsze nas uczyła, że człowiek może “wymagać” na starość od innych tylko tyle życzliwości, ile sam dał im w ciągu życia. Tak więc sami “zapracowujemy” sobie naszym postępowaniem na taką starość, jaką mamy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *